czwartek, 31 grudnia 2009

sylwester


I roku koniec. I urodziny jutro. A dziś Ola będzie spać u pani Małgosi, a rodzice będą sylwestrować.

Przed Świętami trochę przyprószyło, co nie odstraszyło Oli od korzystania z placu zabaw:


Święta minęły oczywiście za szybko, zwłaszcza dla Oli, która chętnie celebrowała świąteczne chwile. Najsampierw została odziana w piękną sukienkę oraz opaskę, które to przy wydatnej pomocy Agnieszki i Jacka przysłał Oli Święty Mikołaj. Sukienka była bardzo trafionym prezentem, bo Ola ma teraz fazę na małą damę , która boleje nad koniecznością wychodzenia w spodniach na zimowe spacery i chętnie wskakuje w sukienki, by w nich potańczyć a potem jeszcze w lusterku się przejrzeć.


Oczekując na wigilię, rada ze swojego wyglądu Ola zasiadła do pianina i zaczęła wyśpiewywać kolędy, których sporą ilość opanowała w ostatnich tygodniach. Jej ulubiona to "Pójdźmy wszyscy do stajenki", ale kolędniczka miała z nią mały problem: "Co to znaczy czartamocy?" pytała się Maćka, mnie, babci. Kiedy już złapała, o co chodzi w czartamocy zdarzyło jej się przerwać śpiewanie i tłumaczyć: "Mamusiu, a wiesz, że czart to diabeł?".
Wigilią była tak podekscytowana, że niemal nic nie zjadła - z wyjątkiem racuszków, ale i o nich zapomniała, kiedy (gdy wszyscy asystowali babci krojącej ciasto) pod choinką pojawiły się prezenty.


W Polanicy pod choinką Ola znalazła tablicę, ławkę, dziecięcy laptop i kolorowe spodnie, we Wrocławiu jeszcze kuchenkę z licznymi akcesoriami.
Prezenty bardzo się spodobały:

Ola oderwała się od tablicy tylko na śpiewanie kolęd, a we Wrocławiu od kuchenki na spacer bezśnieżnymi ulicami

podczas którego szczególnie przykleiła się do wujka Michała:

A tu Maciek objaśnia działanie komputerka (przekazuje memy?):


*
Ola kończy 3 lata. Jak już się rzekło lubi sukienki, choć jako żywo nikt jej szczególnie takiej preferencji nie sugerował. Wyodrębnił nam się człowiek - ze swoim gustem, sympatiami i antypatiami. Wygłasza opinie i komentuje.To jej się podobało, tamto nie. Ma przy tym szczęśliwą skłonność zwracania większej uwagi na pozytywy i jest spostrzegawcza*.
Lubi skupiona malować, rysować, plastelinować. Uwielbia czytanie książek, asystowanie przy wszystkich naszych czynnościach; robienie obiadu, czy tankowanie paliwa - wszystko równie fascynujące.
Choć chłonie każdą nowość - nową zabawę, książkę, miejsce, zwyczaj - to bardzo lubi powtarzalność. Mam swoją teorię (o dinozaurach), że robiąc po raz kolejny, to co już dobrze zna, córeczka ma poczucie większego panowania nad rzeczywistością - wie dokładnie co się będzie działo, w jakiej kolejności i konfiguracji. Może się włączyć, pomóc, udzielić cennej rady. Nie potrzebuje wskazówek, nie ma niepewności. Jest jak dorośli.
Niezależność i odrębność objawia się także tym, że z pewnym oporem Olcia przystępuje do wykonywania rzeczy koniecznych: wieczorne sprzątanie zabawek, ubieranie się, czy czasem mycie zębów poprzedzane są co najmniej kilkukrotnymi wezwaniami. Zasady wzajemności i współpracy (choćby dzielenie się zabawkami) też nieco szwankują; to ponoć jeszcze normalne w tym wieku, ale co sobie rodzice poopowiadają o zaletach kooperacji - to ich...
Szarpią nią czasami sprzeczne uczucia - chce być jednocześnie samodzielna, niezależna ale jeszcze mocno nas potrzebuje albo nie radzi sobie z oporną materią. Niekiedy w chwilach rozdarcia oblewa się łzami i woła "pśitul mnie".
Ma bardzo dobrą pamięć (pamięta dość dokładnie co ciekawsze wydarzenia z wiosny, lata), sporą inwencję i nieposkromioną wyobraźnię. Bardzo lubi towarzystwo, ale nie nudzi się sama ze sobą.
"Osiągnięciem" ostatniego roku jest też pojawienie się poczucia humoru, dla rodziców nieco zagadkowego, bo raczej nie umiemy przewidzieć, co rozbawi naszą córeczkę (Ola umie też rozbawić samą siebie, opowiadając coś absurdalnego, po czym stwierdzając ze śmiechem "przecież tak wcale nie jest"). Lubi też nas powkręcać, mówiąc jakieś niestworzone rzeczy, po czym szybko zastrzega "to na niby", jakby nie dowierzając w naszą wrodzoną bystrość.
Po prostu - nasza Ola kochana.

* Już o tym kiedyś pisałam, ale bodaj jesienią Ola całkiem szczerze doceniła urodę papieru toaletowego (kiedy korzystała z łazienki, w gościach będąc): "jaki piękny papier - w fale".

wtorek, 22 grudnia 2009

Wałek i zagadki


Mamy ostatnio smak na bułeczki drożdżowe. Doszłam w ich wytwarzaniu do pewnej wprawy i upraszczam produkcję: zamiast rozwałkowywać ciasto, rozciągam je na blacie rękami. Odejście od wersji pierwotnej nie spodobało się mojej asystentce kuchennej, która widząc mamine ułatwienia, bez słowa zeszła z krzesła (stanowisko obserwacyjne przy blacie), bezbłędnie otworzyła drugą szufladę od dołu, wyjęła wałek i podając go przemówiła: "masz, mama, bo sobie ręce pobrudzisz". Cóż było robić - wałkowałam.
No bo jak to być może inaczej niż tak:

Musi być trochę powtarzalności, rytuału...

Zainteresowanie Oli zajęciami domowymi ma swoje zrozumiałe granice i kiedy ogarniam gospodarstwo, dziecko zajmuje się sobą samo. Któregoś dnia zabrałam się za porządki po tym, jak zadawałam Oli zagadki z książki. I słyszę z drugiego pokoju:
"Co to jest za rzecz, która jest mała i ma smoczek? To mała dzidzia. Brawo, brawo!"
"Kto to jest, kto nosi plecak? To księżniczka mała niesłychana. Brawo, brawo!"
Dziecko samowystarczalne: samo zapyta, samo odpowie (trochę zaskakująco czasami) i samo sobie brawo bije.

Kilka dni temu była Marta z Szymkiem. Nieco się obawiałam, jak zachowa się Ola, bo ostatnio wielką rozpaczą reagowała na każdą próbę pobawienia się jej zabawką przez Nastkę.
Chyba zachowanie to należy zrzucić na karb zaleczonej już choroby (znów zakażenie układu moczowego), bo z Szymkiem bawiła się świetnie.
Szymon (coraz bardziej wymowny) był wciągany w różne zajęcia takimi zachęcającymi propozycjami jak: "choć Szymek, ja będę śpiewać, ty będziesz klaskał".


Przyszedł wreszcie mróz i zima. Niestety - śnieg, który na kilka dni okrył świat, nieco zawiódł oczekiwania Oli, bo był sypki i nie dało się lepić bałwana.
Za to można było - posmarowawszy się grubą warstwą kremu "z pingwinkiem" - spacerować po niemal pustym Parku Południowym (Ola właśnie pokazuje na rzeźbę pana Chopina a ja udzielam odpowiedzi na pytanie "czy pan Chopin będzie jeszcze kiedyś grał"):

skarmiać wygłodniałe ptactwo:

albo wieczorem spacerować po pięknie przybranej Świdnickiej, dość do rynku, by zobaczyć imponującą choinkę, inscenizację bajek, naciągnąć rodziców na przejazd karuzelą w ramach bożonarodzeniowego jarmarku i chcieć kupić niemal każdą ozdobę świąteczną ze straganów.

Ola bardzo przeżywa zbliżające się święta. Od kilku tygodni jej ulubione lektury to: "Boże Narodzenie" (taki leksykon) i "Boże Narodzenie w Bullerbyn". Przez kilka dni opowiadała szczegóły wigilii i koncertu świątecznego w przedszkolu.
Od miesiąca Ola z uwagą przygląda się każdej choince, ale zaskoczyła nas jej reakcja na finał domowego ubierania choinki: przystrojone drzewko zostało postawione na szafce, Maciek włączył lampki, a Olci oczy rozbłysły i zaczęła się śmiać z radości. Teraz ma poduszkę w łóżku tak przełożoną, żeby zasypiając widzieć choinkę.
Po prostu czyste szczęście; i nam od razu radośniej.
A wczoraj, kiedy jechałyśmy autem, Ola porządkowała oczekiwania: "Będzie wujek Jarek, ciocia Beata, Antoś, Michaś i oczywiście babcia. Podzielimy się opłatkiem, będziemy życzyć życzenia, a potem babcia przyniesie p r z y s m a k o ł y k i".

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Mikołajki

Oli właśnie przechodzi katar, który jeszcze kilka dni temu bardzo ją męczył, była więc gotowa na wszelkie poświęcenia, byle by tylko zwalczyć chorobę. W któreś popołudnie obrałam pomarańczę. Ola spróbowała i lekko się krzywiąc stwierdziła: "Bardzo kwaśna!" a po chwili (z nadzieją): "Pomoże na katar?".
Rozbawiło mnie to bardzo, bo kiedyś moja ukochana babcia po spróbowaniu soku z grejpfrutów uznała, że "to jest tak niedobre, że musi być zdrowe". Ola idzie tym samym tropem

W mikołajkowy weekend atrakcji było pełno. Lekceważąc Mikołajów w aquaparku i centrach handlowych, udałyśmy się z Olcią w sobotę do muzeum, gdzie miał być dzień mikołajkowy. Z wszystkich atrakcji dla córeczki odpowiedni okazał się li i jedynie kiermasz świątecznych ozdób (to jeszcze nie ten wiek, by wysłuchać wykładu o św. Mikołaju, a potem grać w kalambury). Mimo, że kiermasz na pierwszy rzut oka nie robił imponującego wrażenia (4 stoiska w dużym hallu) spędziłyśmy tam prawie godzinę. Przy pierwszym stoisku można było samodzielnie ozdobić bombkę.


Ja smarowałam klejem różne wzory, a Ola posypywała brokatem złotym, srebrnym, zielonym, itp z takim zaangażowaniem, że brokat miałyśmy na butach, na włosach, wszędzie.


Po pomalowaniu bombki Ola miała strapienie, ponieważ w jej rękach pozostawiłam wybór bombki-bałwana (czerwona, zielona lub niebieska czapka). Ola wybrnęła rozbrajająco: "Kupimy tego, bo ma takie ładne rękawiczki. I mamusiu, zobacz - tu leży taki mały bałwanek - to jest mama i dziecko, kupisz? I jeszcze tatusia - będzie cała rodzina".
Kupiłam wszystkie trzy. Przekonała mnie :)

Znowu przypomina mi się Szydłówek i Antoś (chyba 2-letni wówczas), który na widok dwóch krów i jednej jałówki zdiagnozował sytuację rodzinną rogacizny: "to jest mama-muu, tato-muu i Antoś-muu".

A potem podziwiałyśmy ozdoby z masy solnej ("jak ciasteczka kangurzycy") i zakupiłyśmy tylko jedną, na końcu bombki-olbrzymy (na szczęście bez zakupów).
Kiedy wychodziłyśmy z muzeum, Olcia pytała, kiedy znowu pójdziemy na kiermasz.

W niedzielę Maciek wybrał się z Olą na ostatni w tym roku poranek filmowy, na którym - z okazji Mikołaja - czestowano mandarynkami


a potem niespodzianka - multimedialny pokaz grafik Andrzeja Dudka-Durera. Dzieci szalały, córeczka też:


środa, 2 grudnia 2009

Matematyka


Wracamy dziś z Olcią od fryzjera, obie nowe lepsze i podcięte. Córeczka ukontentowana zainteresowaniem "jej fryzjerki" pani Agnieszki, która odświeżyła fryzurę Olci, uwijając się wokół niej zgrabnie, mimo 7. miesiąca ciąży, a na koniec tradycyjnie poczęstowała małą klientkę cytrynowym lizakiem.
W połowie drogi do domu Ola ma dość wrażeń - "weź mnie na rączki mamusiu", ale tu dzwoni telefon, tu zsuwa się z mojego ramienia torebka dociążona soczkiem, książeczką (na wypadek nudy) i zapasowym sweterkiem (na wypadek nie wiadomo czego, bo ciepło u nas jak - nie przymierzając - we wrześniu). Ola ponawia prośbę, ja rozmawiam, ale szybko kończę i tłumaczę córeczce:
"Olciu, nie mogłam cię podnieść, jak rozmawiałam, tak się nie da, ja mam tylko 2 ręce".
Ola przystaje, patrzy na mnie i stwierdza (przysięgłabym, że nieco kpiąco):
"Aha, a jak rozmawiałaś, to miałaś jedną?"

PS. Liczenie na głos przy schodzeniu po schodach (a mamy ich do bramy 20) przyniosło nieoczekiwany efekt:
- Olciu, ile bajek dziś oglądamy?
- piętnaście tatusiu!

poniedziałek, 30 listopada 2009

Za siedmioma górami...


Oleńka stał się ostatnio wymagającym egzekutorem wieczornych rytuałów.
Maciek któregoś dnia czytał jej książkę na sposób szkolny - tzn. zawieszając głos pod koniec zdania i czekając aż córeczka dokończy znane jej świetnie wersy. Ola kilka razy dopowiedziała, ale przy kolejnym zamilknięciu Maćka powiedziała: "Tato, ale t y czytaj!".

Maćkowi nie upiekło się też ze śpiewaniem kołysanek:
- tato, zaśpiewaj mi piosenkę "mam chusteczkę haftowaną"
- nie umiem tej piosenki, Oleńko
- ja cię nauczę
i zaśpiewała całą. Tato okazał się pojętnym uczniem.

Biada tym, którzy zmieniają wersję, o czym się wczoraj przekonałam. Od kilku dni opowiadam Olci bajkę o Dorotce (tej malusiej, co to tańcowała ranną rosą, itd). Dozwolone jest dodawanie nowych szczegółów, dzięki czemu opisy domu, rodziny i przygód Dorotki są coraz pełniejsze, natomiast absolutnie nie wolno: czegoś pomijać i zmieniać kolejności zdarzeń. A zaczyna się niewinnie:
- dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami żyła sobie dziewczynka...
- mamo, zapomniałaś powiedzieć "za siedmioma morzami"
- oczywiście, więc: dawno, dawno temu, za siedmioma morzami, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami żyła sobie dziewczynka...
- mamusiu, nie powiedziałaś "za siedmioma lasami "
- ...
Córeczka byłaby niezłym śledczym...

Ostatnimi czasy więcej przesiadujemy w domu. Oli coś się poprzekręcało i w popołudniową drzemkę zapada dopiero po 14, i budzi się po 16, a czasami około 17, obiad je w porze podwieczorku a na spacer wychodzimy, kiedy jest zupełnie ciemno.
Na dzisiejszym krótkim wieczornym spacerze Ola (znana wielbicielka ciał niebieskich) entuzjastycznie przywitała się z księżycem:
- halo halo księżycu!
- witaj Olu - przemówiłam basem (przyjmując, nie wiedzieć czemu, że właśnie w ten sposób mówiłby księżyc) - patrzę z góry na ciebie i oświetlam ci drogę
- świeć, świeć, bo mi się baterie w latarce wyczerpały.

Latarka, którą Ola dostała od babci, wyczerpała już 2 zestawy baterii - nie dziwota, skoro Ola oświeca sobie wieczorami wszystko z wielką skrupulatnością.
Długie jesienne wieczory Ola umila sobie jeszcze słuchaniem składanki dla maluchów, w każdym tygodniu darząc inny utwór silnym przywiązaniem, które objawia się słuchaniem go w kółko (mieliśmy już tydzień "kolorowe kredki", tydzień "pszczółka Maja", itd.).
Kolejne domowe hobby, to "pisanie literek" - Ola domaga się włączenia komputera a potem w zapamiętaniu pisze litery i cyfry, ale największa frajdę ma z użycia klawisza "backspace".
Ola oczywiście nie rozróżnia liter (poza O i czasami H i M), ale lubi z nimi przestawać. Chyba już wie, jakie możliwości kryją...
A kiedy wybierała się z babcią, Antkiem i Michałem do kościoła, poprosiła moja mamę:
- babciu, weźmy "Pinokia" (lektura obowiązkowa Antosia, czytana przy okazji i Oli)
- Oleńko, ale w tej książce nie ma obrazków
- nie szkodzi, pooglądam literki
No - literatka. Albo literówka.

I jeszcze: podsypywacz mąki pod toczenie bułeczek.


niedziela, 15 listopada 2009

Mówi się

Oj, mówi się coraz więcej i coraz bardziej składnie. Używa się nowych słów ("muszę całkowicie zamknąć to pudło") zdań złożonych ("na spacer wezmę tego misia, któremu ubrałam sweterek") i zdań zasłyszanych ("to nam się przyda") i robi się mnóstwo pięknych błędów:
przede wszystkim w odmianie: "tu będę stoiła" (chyba bo: "stoimy"),
a czasami w konstrukcji:
- mama, choć zobaczyć jak się smażą naleśniki za mną!
- za tobą???
- no, choć za mną! (kiedy wyciągała mnie z łoża boleści na podziwianie, jak Maciek smaży naleśniki)
i z rzadka w stopniowaniu: "jestem żyrafą, sięgam głową wysoko, wysoko, jeszcze wysoczej!"

Lubię, kiedy Ola mówi - jeszcze nie jesteśmy zmęczeni jej rozmownością, a słynnego strumienia pytań przedszkolaków (a co to? po co to?, dlaczego?) nawet jestem ciekawa (i ciekawa jestem, kiedy będę marzyła, żeby dziecko zamilkło choć na chwilę).*

Ostatnio Ola specjalizuje się w monologach. W środowe święto polegiwałam w łóżku z zapaleniem krtani, prawnie bezgłośna (mogłam tylko szeptać) i z nakazem odzywania się jak najmniej. Ale jak tu się nie odezwać, kiedy przychodzi córeczka i prawie na jednym oddechu prawi:
"Mama, jesteś bardzo chora? Mama, uśmiechnij się! Przyniosłam ci moją poduszkę. Zgaszę ci lampkę, bo pora spać."
pstryk
"Zapalę ci lampkę, będziesz sobie czytać książeczkę."
pstryk
"Mamusiu, ja cię przytulę i wyzdrowiejesz. Nie martw się. Pocieszam cię! Mamusiu! [z przyganą] pożyczyłam ci poduszkę, powiedz ładnie dziękuję!"
"Dziękuję Oleńko".

No i mam - a było ciągle przypominać dziecku, że trzeba mówić dziękuję?

Rzecz jasna - nie zawsze jest tak pięknie i miło, zwłaszcza, kiedy Olę rozbiera choroba (teraz chyba się ode mnie zaraziła). Upór jej jest gwałtowny, towarzyszy mu donośny głos i kwaśna minka, ale na szczęście Ola daje się przekonać i potrafi w sekundę zmienić zdanie, którego przez poprzednie 10 minut broniła jak niepodległości.
Dziś pogoda aż prosiła o spacer, ale Olcia coś nie miała ochoty na takie rozrywki: "Nie idę na spacer, nie ubiorę się, chcę się nudzić w domku!". A za chwilę zgodne wyjście...
A w promocji bajki - udało mi się wreszcie znaleźć weekendowe poranki dla dzieci w wieku Oli; szkoda, że tylko do końca jesieni...

Zmienia się nie tylko stopień wymowności Oli, ale też stopień jej śmiałości. Wprawdzie nie jest to wielki skok, ale ostatnio Ola lepiej nawiązuje kontakt z nieznajomymi, odpowiada na pytania, sama pyta... W poniedziałek rozmówcą Oli była pani sprzątająca z biblioteki na Sztabowej, a tematem rozmowy oryginalny mop i jego osprzęt.

I z rannym odprowadzaniem do przedszkola lepiej - pogodniej, bez płaczu i rozpaczy. Ufff

A to zajęcia świętoniepodległościowe - pogoda zniechęciła do obchodów publicznych, a Maciek z Olą przystąpili do budowy domku dla Misia Paulinki:
1. front robót:
2. stan bardzo surowy:
3. c.d.n.

A to zajęcia zeszło-niedzielno-polanickie-po-wyjeździe-kuzynów:
1. badanie zewnętrzne pudła po parkingu:
2. badanie wewnętrzne pudła po parkingu:


*gdzieś przeczytałam: "przez pierwsze 2 lata życia uczymy dzieci chodzić i mówić, a przez następnych 16 lat marzymy, by usiadły i zamilkły" - myśmy to tego jeszcze nie doszli ;)

piątek, 30 października 2009

(chrobami) jesień się zaczyna


Na początku przypominki - 15 października Ola miała pasowanie na przedszkolaka. Nie było akademii ku czci, rodzice i dzieci bawili się razem - były wspólne tańce, hulanki i rysowanki (dobre rozwiązanie - przypuszczam, że dla maluchów samodzielne występy byłyby jeszcze za dużym wyzwaniem).
Potem panie wychowawczynie dotykały wielkim ołówkiem ramienia dziecka i wymawiały formułkę "jesteś dużym już dzieciakiem, mianuję cię przedszkolakiem", a przedszkolak odbierał dyplom i prezent.
Ola podeszła do sprawy nad wyraz poważnie i wieczorem spytała się, czy teraz jest już przedszkolakiem. Wygląda na to, że uznała znaczenie uroczystości.
(zdjęć brak - aparat wciąż na kuracji)

Dzień ten uroczysty był jednym z nielicznych, które Ola spędziła w przedszkolu w tym miesiącu - zapalenie układu moczowego płynnie przeszło w przeziębienie, więc Królik siedział w domu i się kurował, a ja na lodówce przyczepiłam rozpiskę leków (ten na czczo, ten po jedzeniu, tego 5 ml, a tego 10 ml, jeden 1 dziennie, a drugi 3 razy dziennie, ten mozna mieszać z soczkiem, ten absolutnie nie, a jeszcze maść...)
Ola spędzała więc czas w domu.
Przez chyba 2 tygodnie ulubioną zabawką Oli był zestaw lekarski. Z pełną powagą i wielką lubością badała puls, bo przy naciśnięciu stetoskop wydawał dźwięk jak bicie serca (już nie wydaje - czas na zmianę baterii), drugie miejsce ex aequo miały otoskop i lusterko dentystyczne zaopatrzone w małe latareczki, dalej strzykawka i termometr. Bardzo mi się podobało, jak Ola wyciągała termometr spod pachy patrzyła uważnie w wyświetlacz i wygłaszała: "trzydzieści sześć".
Potem weszła w fazę klocków i kolejki. Nowością jest to, że Ola nie zniechęca się przy pierwszym niepowodzeniu, ale potrafi zatopić się w konstruowaniu i budować, przebudowywać ("robię remont mamusiu"), kombinować...


Chwilami Ola wykazuje zmysł małej spryciulki:
Wieczorem zapowiadam cięcia repertuaru kołysanek
- Olciu, zaśpiewam ci tylko 2 usypianki, bo jest już bardzo późno, co wybierasz?
- o łapach i o żabce
Zaśpiewałam
- a teraz mamusiu zaśpiewaj 2 kołysanki misiowi, nie mi, tylko misiowi...

Maciek pomaga Oli sprzątać zabawki wieczorem (a niełatwo nakłonić córeczkę do przedkąpielowego opanowania chaosu, który z wielką łatwością generuje) i prosi:
- Ola, podaj mi ten klocek
- sam nie dosięgniesz tata?

Kupiłyśmy Oli nową małą poduszkę (stara poszła do przedszkola towarzyszyć córeczce w leżakowaniu - na razie bez większych sukcesów w usypianiu). Nowa poduszka ma dużą szeleszczącą metkę, ale kiedy zamierzałam się na tą wątpliwą ozdobę z nożyczkami usłyszałam: "Mamusiu, nie wolno obcinać metki, tu są literki! Mama, tu jest napisane, żeby nie obcinać metki!"
Jasne.

sobota, 17 października 2009

Skąd książki?


Ola ostatnio spędziła pracowite przedpołudnie starannie "malując" w kolorowance wodnej (umoczonym pędzelkiem wydobywa się kolory z kartki). Kiedy już zamoczyła wszystkie kartki poprosiła nianię: "kup mi jeszcze taką książeczkę, a jak nie będzie w księgarni, to pani przywiezie z hurtowni".
Lekko zdumiona tą rozbudowaną prośbą pani Małgosia przypomniała sobie, że ponad miesiąc temu zamawiała w księgarence na naszej ulicy podręcznik dla syna i wtedy pani z księgarni ją zapewniała, że przywiezie książkę z hurtowni. A małe uszka słuchały...

Ale nie zawsze jest różowo z wypowiedziami córeczki. Kilka dni temu błogosławiłam szybko zamykające się drzwi w naszym warzywniaku. Warzywniak "U Tomka" prowadzi chłopak nazywany przez nas zawsze (żeby nie było niedomówień) "panem Tomkiem". Wychodząc zachęcałam Olcię, żeby powiedziała "do widzenia". Kiedy otwierałam drzwi Ola powiedziała "do widzenia...", a kiedy drzwi się już domknęły dodała niespodziewanie "... ty cwaniaku". I nie umiała wyjaśnić, co miała na myśli.
No pięknie. A ja przypomniałam sobie, że parę dni temu opowiadając Maćkowi jakąś sprawę z pracy nieroztropnie wspomniałam coś o cwaniakach.

A teraz coś z zupełnie innej beczki:
W pierwszy październikowi weekend rzutem na taśmę wybraliśmy się do zoo. Nie udało nam się zrealizować całego planu wycieczki, bo według naszych zamierzeń do zoo mieliśmy dotrzeć stateczkiem z przystani na Ostrowie Tumskim. Jako że z nastaniem jesieni statki przestały pływać zgodnie z rozkładem udaliśmy się do zoo samochodem. Ale dzięki temu trafiliśmy akurat na karmienie kotików. Foczki w łapały ryby w powietrzu i robiły inne sztuczki:


a po solidnie zapracowanym posiłku relaksowały się w basenie:

Zaraz obok fok był mały wybieg misia, na którym był tylko jeden apatyczny niedźwiedź. Ola, która przyobserwowała, że generalnie zwierzęta mieszkają po kilka razem, zapytała:
- gdzie jest kolega misia?
- ten miś jest sam w wybiegu, nie ma kolegi.
- i jest smutny?

Nie mogę sobie odmówić wklejenia poruszonego zdjęcia małpiego przytulenia totalnego; mała małpka nie tylko wczepia się w futro mamy, przywiera brzuchem i pyszczkiem, ale zmyślnie zawija swój ogonek wokół mamowego.

Ostatnio Olcia jest jak ta małpka: mamusi-tatusia-córeczka. Poranne pożegnania są rozdzierające, domaga się naszej obecności przy zasypianiu (a już od dawna po czytaniu i kołysankach usypia sama), a ostatnie 3 poranki w przedszkolu były bardzo ciężkie: nieodstępowanie o krok, trzymanie za nogę, brak zainteresowania dziećmi, zabawkami i szloch przy pożegnaniu.
Za pierwszym razem winę zrzuciłam na chorobę (Oli przyplątało się zakażenie układu moczowego, pierwszy w życiu i od razu paskudny antybiotyk, maście i różne badania). Ale potem się powtórzyło.
Pocieszeniem jest rozmowa z wychowawczynią Oli. Pani Kinga zauważyła, że we wrześniu Ola - spokojna przy pożegnaniach - siedziała potem nieco na uboczu, a teraz po trudnym rozstaniu chętnie włącza się w zabawy. Nie rozumiem tego. Na razie nie myślmy o zabieraniu Oli z przedszkola - w sumie uspokaja się po krótkim czasie a potem chłonie wrażenia.
Ola fajnie przyswaja nowe doświadczenia: nabrała zwyczaju zachęcania do zabawy w liczbie mnogiej ("a teraz tańczymy", "podnosimy razem nóżki"), a w domu podśpiewuje piosenki, których nauczyła się w przedszkolu.
Ale na myśl o porannym pożegnaniu boli serce...

Ola od nowa zapałała miłością do kreskówek o Reksiu, pszczółce Mai i Koziołku Matołku. A tak wygląda, jak ogląda:

Nowością jest to, że pełna koncentracja i zaangażowanie nie przeszkadzają Oli ujawniania poczucia humoru i co pewien czas słychać radosny śmiech (oczywiście w momentach nie zawsze dla nas oczywistych).

I jeszcze coś z innej beczki:
Piątkowa wizyta na poczcie skończyła się na placu zabaw przy pobliskich blokach. Wydaje mi się, że Ola ma niezła pamięć do miejsc, bo na poczcie nie byłyśmy razem bodaj od wiosny, a dziecko zaraz po odebraniu listu zapowiedziało wycieczkę na plac zabaw schowany za budynkiem.
Nie byłam osobiście tym pomysłem zachwycona, bo ubrałam się zupełnie nieadekwatnie do bardzo rześkiej pogody. Kiedy Ola obeszła już wszystkie urządzenia (zresztą niepiękne i zdezelowane) i zaczęła nową turę od huśtawki zaczęłam ją usilnie namawiać na powrót, na co dziecko palnęło przemowę: "tak, już idziemy, tylko się ostatni raz pohuśtam; na pożegnanie pohuśtaj mnie tak wysoko, że aż głowa boli - jak w parku południowym".
Pamięć do miejsc potwierdziła, kiedy w sobotę odwieźliśmy Olę do Bety i Jarka a sami pojechaliśmy sprzątać na budowie (syzyfowa praca). Beata zabrała Olę i Misia do biblioteki na Sztabowej a potem uprzejmie doniosła, że Ola całkiem nieźle kojarzyła drogę powrotną.

Od dziś przez najbliższy czas zdjęcia z komórki, bo nasz aparat pojechał na kurację do Warszawy (tak, właśnie tam znajduje się jedyny serwis canona).
Komórka ma tą zaletę, że zawsze jest pod ręką. Np. przy robieniu pasty z bakłażanów, kiedy Ola ochoczo zabrała się za rozdrabnianie przypraw, kiedy tylko usłyszała słowo "moździerz".



Ola jest wielką zwolenniczką wspólnego gotowania. Miesza i próbuje, podaje i ostrzega ("mamusiu, patelnia jest gorąca, uważaj, nie oparz się") i ma swoje kuchenne sympatie i antypatie: np. zawsze z dużym zaangażowaniem miesza (choć nie zawsze mieści się w misce z tym mieszaniem), bardzo lubi przebijać żółtko i patrzeć jak się malowniczo rozpływa.


piątek, 2 października 2009

Maliny

Ostatni weekend zaczęliśmy "Bękartami wojny" (polecamy) i kolacją o północy (niekoniecznie polecamy). Kiedy myśmy wsłuchiwali się w piękny akcent pułkownika Aldo Rein, Ola smacznie spała u dziadków. I tak się tam zadomowiła, że w sobotę nie chciała wychodzić.
A z babcią Anią pojechaliśmy z Polanicy do Studziannej, gdzie jej znajoma udostępniła nam zagon malinowych krzaków, uginających się od owoców.

Było sielsko. Maliny wielkie jak truskawki, szum brzóz i bezchmurne niebo. Przy zbieraniu malin towarzyszyło nam stado kur oraz kogut. Ola przemawiała do kur: "dzień dobry kurki! ja chodzę do przedszkola...".
A kiedy kogut zapiał córeczka oświadczyła: "jak w Reksiu". No - dziecko z miasta...
Były jeszcze dwa psy, których Ola nie mogła się nagłaskać.
A w przerwach między bieganiem za zwierzętami i zjadaniem malin Ola trochę przeszkadzała tacie:


a potem relaksowała się z babcią:

(zdjęcia średniawe - z komórki)

A w przedszkolu, o którym Ola opowiadała kurkom, córka czuje się już całkiem zadomowiona. Jest bardziej rozmowna przy wspólnych zabawach, dobrze czuje się na zajęciach (zwłaszcza na muzyce), a w czasie drzemki spokojnie (ponoć) poleguje. Po przyjściu do przedszkola spokojnie zasiada koło swojej półeczki z pingwinem (to Oli znaczek), zmieniamy buty i po nierozdzierającym (choć nie zawsze krótkim) pożegnaniu idzie do dużej sali.
Ostatnio nie mogłam sobie odmówić i po odprowadzeniu Oli stałam dłuższą chwilę na schodach na zewnątrz patrząc przez okno na córeczkę, która obeszła salę, wybrała sobie zabawkę, a potem siadła koło dzieci i zaczęła się bawić, zerkając na nowoprzybywających. Była spokojna i pogodna. Miód na moje serce.
Ola rozbroiła mnie w tym tygodniu przypominając mi, że mam jej zapakować drugie śniadanie. Nie zdarzyło nam się kiedykolwiek o tym zapomnieć, ale fajne jest dołączenie przez Olę nowej czynności do porannych rytuałów.

wtorek, 22 września 2009

Trochę kultury


Mój brat działacz Wrocławskiej Inicjatywny Historycznej namówił nas na obejrzenie inscenizacji przygotowanej na 17 września. Chyba na najciekawsze się spóźniliśmy, a to co oglądaliśmy potem, choć dramatyczne (przetrzymywanie i przekazywanie jeńców - polskich żołnierzy, wędrówki wysiedlonych cywili) nie było już bardzo spektakularne, ale i tak prowokowało Olę do pytań. Na bardziej zaawansowane wyjaśnienia (z krótkim streszczeniem stosunków polsko-rosyjskich) jest jeszcze za wcześnie, więc ograniczaliśmy się do uproszczonych tłumaczeń typu "źli ludzie napadli i te panie z walizkami musiały zostawić swoje domy", itp. Ale w sumie, czy nie tak właśnie było?
Ola bacznie śledziła niespiesznie posuwającą się akcję, dodając własne komentarze ("niedobry złodziej" na sołdata, który wyrwał kobiecie walizkę).

A w sobotę wybraliśmy się na przedstawienie trochę bardziej przystosowane do percepcji malucha - w bibliotece na Jesiennej Ola obejrzała "Małego Księcia" w całkiem udanej wersji dla przedszkolaków. I księcia, i pilota, i różę, i lisa i węża przedstawiało dwoje aktorów na tle dość umownej dekoracji. I to wystarczyło, żeby wciągnąć dzieci na jakieś 40 minut. Ola co prawda pod koniec zaczęła się wiercić na krzesełku, ale dotrwała do końca. "Mały Książę" został oczywiście znacznie skrócony i przykrojony do odbiorców, a aktorzy (postacie?) co jakiś czas rzucali pytania w publiczność. Ola się nie udzielała, ale niektóre przedszkolaki jak najbardziej.


Chyba już można o Oleńce napisać, że jest nieśmiała. Musi się jakiś czas przyzwyczajać do nowych twarzy, miejsca, sytuacji, by odzyskać mowę i zacząć się swobodniej zachowywać. Zdecydowanie nie jest dzieckiem, które nie pytane, samo wszczyna rozmowę. Zresztą Olcia nawet pytana przez obce osoby raczej nie udziela odpowiedzi, ewentualnie odpowiada szeptem, lub z dużym poślizgiem - kiedy pytający zniknie już z pola widzenia.
Ale jak się już rozkręci, to zachowanie wraca do normy "domowej" - aktualnie tą normą jest mówienie, śpiewanie, mówienie...

Jak na razie Ola nie rozkręciła się w przedszkolu na dobre. Opiekunka jej grupy - pani Kinga mówi, że Olcia robi się rozmowna w sytuacji bezpośredniej rozmowy, zwłaszcza przy czytaniu książek, kiedy inne dzieci śpią. W czasie zabaw grupowych (a grupa Oli liczy raptem 9 dzieci) Ola z reguły milczy. Swobodnie czuje się za to na zajęciach muzycznych z panią Amelią i na angielskim. Ola za nic nie umie mi powtórzyć, co dzieje się na lekcjach angielskiego, ale ostatnio rozbroiła mnie zupełnie:
- Ola: blumfum (czy coś w tym guście)
- ja: co mówisz? nie zrozumiałam?
- Ola: nie zrozumiesz, to po angielsku.

Ale przy całym nierozkreceniu Ola chętnie chodzi do przedszkola, nie protestuje ani w domu, ani w Entliczkach. Wygląda na to, że dobrze przyjmuje nową sytuację.

A to zdjęcie z dziś - odwiedziny dziadków. Dwie jeansowe dziewczyny konwersują o bańkach.


W tle łóżeczko Oli z uniesioną częścią "głowową". Dziecko nasze od kilku dni ma mocny katar, więc 4 tomy encyklopedii powszechnej pwn powędrowały pod zagłówek łóżeczka, coby główkę choraka nieco unieść. I tu ujawniła się praktyczna wyższość encyklopedii książkowej nad wikipedią (o czym nie omieszkałam napomknąć Maćkowi - zwolennikowi wikipedii).

I jeszcze tekst:
Olcia przytula się do niani i ją głaszcze, po czym pyta: "I co? Miło ci, prawda?"

niedziela, 6 września 2009

Proszę państwa! Dzieci plotkują!

Ola ostatnimi czasy łapie nie tyle słówka, ile całe wyrażenia.
Któregoś dnia, kiedy bezlitośnie wypuściliśmy całą wodę z wanny (czasem nie ma innego sposobu na zakończenie kąpieli), Ola dramatycznym tonem oznajmiła: "Proszę państwa! nie ma wody".
Ale mistrzostwo w używaniu "dorosłych" słów osiągnęła Nastka, która któregoś dnia pocieszyła płaczące maluchy w przedszkolu tymi słowy: "Dzieci! Apeluję do was (!!!), nie płaczcie! Mamusie przyjdą!". Kasia (mama Nastki) wypiera się, żeby mówiła tak do dziecka. Gdzie te szkraby łapią takie wyrażenia?

A jeszcze a propos Nastki oraz tytułowego plotkowania: Ola ostatnio przyniosła z przedszkola opowieść, że Nastka tęskniła za mamą, Ola ją pocieszała i dowiedziała się (po czym nam uprzejmie doniosła), że tato Nastki nie szedł do pracy i został w domu (skądinąd tak rzeczywiście było) - dziewczyny się wymieniły informacjami. Te czasy już nadeszły - dzieci nas obgadują...

Choć bacznie obserwujemy różne poczynania Olci, może nie zauważyliśmy, że dziecko nam wskoczyło na wyższy poziom i jest uważniejszym obserwatorem, niż nam się wydawało.

Już od dłuższego czasu Ola nabrała zwyczaju komunikowania stanu swojego samopoczucia/ wrażeń. Cieszę się, że zdecydowanie częściej pojawiają się: "i jestem wesoła", "mi się podoba", "ale ładne", niż łzawe "jest mi psikro" (przykro).
Ola te komunikaty wygłasza "oddolnie", niepytana i ma miły zwyczaj dzielenia się swoimi zaskakującymi zachwytami, takimi jak "jaki piękny papier toaletowy - w fale!" (kiedy jesteśmy w gościach i dziecko korzysta z toalety).
Choć nie można powiedzieć, żeby córeczka nie była asertywna; kiedy jej jakaś zabawa nie odpowiada od razu wypala "nie podoba mi się, nie rób tak". Choć czasami pozornie ulega naszemu entuzjazmowi i wtedy dialog wygląda tak:
- Oleńko, podobało ci się?
- tak
- to zrobimy tak jeszcze raz?
- nie!
Z reguły dziecię dostrzega pozytywy, a krytyki jakie wygłasza, są odbiciem tego, co słyszała od nas ("O papierek leży, nieładnie tak śmiecić...").

Tu Ola w czwartkowy wieczór pozuje tacie mocno minkując. Perspektywa pójścia następnego dnia do przedszkola zdecydowanie jej nie smuci.


Po pierwszym tygodniu (a właściwie po 2 dniach, bo Ola chodzi w środy i piątki) mogę napisać, że córeczka dobrze odnajduje się w nowej sytuacji, tylko nieprzeciętnie konfabuluje przy relacjach:
- Oleńko, jak było na muzyce z panią Amelią*?
- nie byłam na muzyce, byłam z Nastką na górze
- jak to?
- no - byłyśmy na górze.
Po godzinie córeczka prezentuje taniec z rytmicznym poklaskiwaniem.
- Olciu, kto cię nauczył takiego tańca?
- pani Amelia!

* rozkład jazdy w przedszkolu jest mocno zapełniony. Ola w swoje 2 dni trafia na wspomnianą muzykę oraz na angielski i gimnastykę.

Byłam w środę po raz pierwszy na zebraniu rodziców. Wrażenia dobre, zwłaszcza po przedstawieniu wizji opieki przedszkolnej według metody zakładającej równoczesne rozwijanie umysłu, emocji i ruchu. Brzmi trochę pompatycznie, ale dobre jest już samo założenie, że pobyt w przedszkolu to nie zabijanie czasu do godziny 16, tylko coś z myślą przewodnią. Zobaczymy jak będzie w praniu.

W sobotę ja wybrałam się trwonić pieniądze, a Maciek z Olą na spacer Gazety Wyborczej do zoo, gdzie od naszej kwietniowej wizyty zaszły liczne zmiany (na lepsze). Ola i Maciek nie doczekali do największej atrakcji - nowego fokarium; czmychnęli zaskoczeni przez deszcz.


Potem deszcz ustąpił a myśmy pojechali do Sulistrowiczek świętować Urodziny Rodziny, czyli zbiorcze urodzino-imieniny Beaty, Jarka, Antosia i Michałka. Zdecydowanie najoryginalniejszym prezentem był pan grajek z gitara i w słomkowym kapeluszu przywieziony przez Grześka aż spod Radomia, który umilał nam imprezę grą i śpiewem.
Olę przytłoczyła nieco ilość nowych twarzy. Zamilkła więc niemal zupełnie dając głos tylko przy Uli (lat 3), a potem przyklejając się do Zuzi (lat 8). Wierna asystowanie Zuzi zostało dostrzeżone przez Michałka, który poczuł się tym wyróżnieniem Zuzi trochę zdetronizowany i zagadywał Olę: "Olciu, to ja Michałek, pamiętasz mnie?" Ciekawe, bo do tej pory Michał czuł się namolnym nieco zachwytem Oli trochę zmęczony.

Jak widać na zdjęciu poniżej Ola później trochę rozkręciła się w kontaktach z dziećmi: w niedzielny poranek śmiało wzięła za rękę Bartusia i udała się na spacer do lasu (w asyście mojej oraz Ewy i Hani - w chuście).


A z innej beczki - odwaliłyśmy z Olką naszą powakacyjną pańszczyznę: wybrałyśmy się do lekarzy alergologa i pediatry-dietetyka. Pomijając uczulenie Oli na laktozę, to prawie na pewno zdrowa jest. A że ma niedowagę? taka uroda. Ok, niech tam będzie szczupła. Niech ma :)

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Przedszkolak

Zacznę trochę od końca. Ostatni tydzień sierpnia Ola chodziła do przedszkola na zajęcia adaptacyjne - po 2 godziny dziennie, z dopuszczalnym udziałem rodziców. Pierwszego dnia byłam z nią cały czas (starając się jednak trzymać na uboczu), drugiego dnia zastąpiła mnie pani Małgosia, a potem Olcia była zostawiana na coraz dłużej i dobrze sobie radziła. Nie było potem co prawda niekończących się opowieści o tym, jak fajnie było w przedszkolu (Ola w ogóle nie ma zamiłowania do sprawozdawczości), ale nie było żadnego sprzeciwu, czy łez. A po tygodniu Ola umie już całą piosenkę śpiewaną na przywitanie.
Prognozy są dobre, Ola ma pozytywne nastawienie, tylko mi jakoś żal, że córeczka wkracza nieubłaganie na żmudną ścieżkę zinstytucjonalizowanej edukacji...
Tu - zdjęcie z poniedziałku (niezbyt udane, ale ważne): Ola i Nastka z plecaczkami wyruszają po nowe wrażenia.


A przedostatni tydzień sierpnia (czyli po prostu: trzeci) spędziłyśmy z Olą w Polanicy. Wezwani fachowcy szybko uporali się ze zniszczonymi drzwiami i zamkami; okazało się też, że zbyt wiele nie ukradziono (alkohole, kosmetyki, widelczyki...). Było nam więc zasadniczo żal tylko zmarnowanego urlopu, więc starałyśmy się nadrabiać.
Nie ma za bardzo nadziei na znalezienie sprawców, bo sama policja nie wierzy w możliwość ich ustalenia. Cudowni funkcjonariusze dopiero na specjalną prośbę mamy zdjęli odciski palców ("z drewnianych rzeczy się nie zdejmuje" i "te klisze do odcisków takie drogie") i pobrali próbkę krwi z plamki z progu ("to chyba stara krew"), zbadanie rzeczy porzuconych w lesie zdecydowanie przekracza inwencje i kompetencje policji.
Cóż.
Ja miałam wreszcie czas, żeby spotkać się z koleżankami. Akurat Kasia miała urlop i prawie udało się nam nagadać. W nadrabianiu zaległości w rozmowie dzieci nasze średnio nam pomagały. Ola i Krzyś bawili się zgodnie, choć zdecydowanie obok siebie. Ale co jakiś czas któreś zbliżało się nadmiernie do oczka wodnego, czy rabatek Kasi mamy i nam wątki jakoś uciekały.
Monika od razu wyznaczyła spotkanie na placu zabaw, w płonnej nadziei, że Jaś i Ola zajmą się urządzeniami dla nich przeznaczonymi i pozwolą pogadać. Zaznaczyłam, że nadzieja była płonna... Ola zafascynowana starszym kolegą chwilami wkręcała się we wspólne zabawy, po czym dzieciaki rozbiegały się w przeciwne końce placu zabaw i tyle było gadania.

Byłyśmy też w aquaparku w Kudowie i wpadłyśmy do Kłodzka. "Wycieczka" do Kłodzka była trochę sentymentalną podróżą - kupiłam Oli lody z cukierni Maślanki - vis a vis mojego liceum, a sobie tosty z tościarni za rogiem. Smakowały dokładnie jak ...naście lat temu.

Największą wyprawą był wyjazd do zoo w Dvur Kralowe. Zoo ma część tradycyjną (wybiegi, woliery) i spory obszar "safari", gdzie zwierzęta sawannowe korzystają z większych przestrzeni. Przez część safari jedzie się autobusem. I właśnie ten autobus (przetaczający się powoli między polanami z bawołami, zebrami, itp.) był największą - w oczach Oli - atrakcją zoo, bo nie miał szyb. Ten frapujący wyjątek od reguły, że pojazdy mają szyby, pojawiał się potem najczęściej w naszych rozmowach o zoo.

Zachwyty Oli są wciąż czymś niespodziewanym; nie powala jej to, co jest atrakcją w naszych oczach, ale jakiś szczegół, na który nie zwracamy większej uwagi, albo przyjmujemy jako rzecz oczywistą.

Poza magicznym autobusem Oli spodobały się małpki wyczyniające małpie figle i piękny tygrys syberyjski, który zmęczony upałem leniwie polegiwał. Zawiedziona brakiem kontaktu z tygrysem Ola stukała paluszkiem w pancerną szybę wybiegu i monologowała: "chcę wejść, ale jest szyba; trzeba rozbić głośno dużym młotkiem; czy jest pan z dużym młotkiem?".
Dodać trzeba, że obecne wyobrażenie Oli o tygrysach całkowicie zdominował kompan Kubusia Puchatka, który tylko niewinnie bryka.

Mnie z kolei zafascynowały zebry, a konkretnie ich umaszczenie. Dopiero tam odkryłam, że sa zebry w pasy wąskie i zebry w pasy szerokie. A na dodatek są zebry w pasy dwukolorowe (tzn. czarne i beżowe).


Dobrze też patrzyło się na ptaki, zazdroszcząc pelikanom dostępu do wody a sekretarzowi obojętności na obłędną temperaturę.


No i jeszcze miss gracji - kudu i jej źrebiątko:

oraz uboczna działalność nosorożca:


Na takich to atrakcjach upłynął tydzień a na weekend dojechał do nas Maciek:
A zaraz po weekendzie świętowaliśmy rodzinnie naszą 7 rocznicę ślubu. Ola zupełnie zlekceważyła jedzenie (i oczywiście niepowtarzalny nastrój chwili ;-)), oddając się wyłącznie wyglądaniu z II piętra wieży ciśnień (dla zaniepokojonych: za relingami jest jeszcze gruba szyba).


A w ostatni piątek trafiliśmy na rodzinne ognisko w ogrodzie na Krzyckiej. Oczekiwanie na ryby z rusztu umilił Oli wujek Maciek robiąc z niej pomocnicę rozpalacza: przytargał kompresor i ział powietrzem w ogień. Ola pomagała trzymać dysze kompresora (natychmiast przyswajając sobie nazwę urządzenia):


aż buchnęły takie iskry (a rybki lekko się zwęgliły):

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

I po wakacjach

Wisełka, jak sama nazwa wskazuje leży nad morzem (zdjęcie z witania się z morzem)

i jeziorem
pośród pięknych lasów.

Dojechaliśmy tam, korzystając z dobrodziejstw układu z Schengen - przez Niemcy. Rowery na dachu nas spowalniały, trasa więc nieco się dłużyła. Ola zniosła ją nadspodziewanie dobrze, w czym wydatnie pomogła nieśmiertelna kaseta z Kubusiem Puchatkiem. Od pewnego momentu Ola nie pozwalała jej wyłączyć; pełny obieg kasety trwa 40 minut, a myśmy długo jechali... Ciekawe, ile razy słyszeliśmy mruczankę Puchatka.
Zaraz po przyjeździe spotkaliśmy się z Magdą, Adamem i Zosią, która zdecydowanie wyszła ze stadium małego robaczka i postanowiła być ciekawskim prawie-półroczniakiem, a potem zainstalowaliśmy się w "Perle".
Największą atrakcją naszego hotelu były wyłożone przy recepcji numery pisma ezoterycznego "Nieznany świat" z 2003 r., zawierające artykuł o naszym pensjonacie, z którego wynikało, że siedząc pod umieszczoną w ogrodzie hotelu magiczną "piramidą" z 4 metalowych prętów i niewielkiej kopuły, można nie tylko ozdrowieć z wszelkich schorzeń, ale np. bez wysiłku zrzucić 10 kg (załączono zdjęcia "przed" i "po"), a zostawione tam zużyte maszynki do golenia nabierają ostrości. No - mieliśmy radości na dwa dni.

Na szczęście w okolicy było tyle do roboty, że do hotelu wracaliśmy na sen i posiłki.
Pierwszy tydzień to głównie leniwe plażowanie. Olę wcale nie pociągało chłodne morze. Przeciwnie - musieliśmy ją mocno nakłaniać, żeby zamoczyła choć stópki. Córeczce do szczęścia wystarczał piasek, łopatka i foremki oraz trochę morskiej wody do robienia błotka, po którą to wodę Ola regularnie wybierała się w towarzystwie rodzica oraz konewki i wiaderka.

Ola była zachwycona wielkością nowej piaskownicy i zdecydowanie ponad ganianie po plaży przedkładała budownictwo wzwyżne (zamki, górki, albo żółwia lub węża - w wykonaniu rodziców) lub wdolne:

oraz konstrukcje z udziałem własnym ("jestem mostkiem"):


Spacery po plaży odbywały się raczej wieczorem, kiedy znikał tłum, a na piasku badaliśmy ślady mew, psów lub własne.

Popołudniami zwiedzaliśmy okolicę. Na pierwszy ogień poszedł rezerwat żubrów, z którego wybraliśmy się na spacer do Międzyzdrojów. Imponujące żubry dzieliły rezerwat z pobratymcami z dawnych kniejów. Obejrzeliśmy więc też dziki i rodzinę saren. A żubry ciągle leżały...

O ile spotkanie ze zwierzakami i spacer przez las nas zachwyciły, to Międzyzdroje zupełnie nie; ładne tylko czasami, niemiłosiernie zatłoczone, przecięte deptakiem nabitym straganami z tandetą (te koszulki z doczepianym biustem, te spodenki z pośladkami...). Na molo szliśmy gęsiego w ogonku ludzi, choć na zdjęciach wygląda, jakbyśmy byli tam sami:


Następny w kolejce był Wolin, malowniczo rozciągnięty nad Dziwną. Dość dokładnie zbadaliśmy stopień rozciągnięcia miasteczka, bo zmyleni sprzecznymi wskazówkami z przewodnika i na drogowskazach zrobiliśmy bardzo solidny spacer w poszukiwaniu rzekomo zasadniczej atrakcji - rzeźby Trygława. Tygław, jak Trygław (nota bene uświadomiliśmy sobie, że trzeba się podszkolić z mitologii słowiańskiej), ale okazało się, że w Wolinie najładniejsze jest nadbrzeże i że sprzedają tam pyszne jagodziankami i smaczną latte po niewiarygodnie nienadmorskich cenach.
Relaks na nadbrzeżu z widokiem na skansen:

i karmienie wygłodniałych kaczek i mew (a poza kadrem - Zosi):


Do skansenu wróciliśmy we trójkę w ostatni dzień naszego pobytu. Ola oglądała wszystko bardzo dokładnie, no - z wyjątkiem suszonych ryb w chacie rybaka. Ola, która ma wyjątkowo czuły węch, odmówiła nawet przejścia przez próg ("bźidko pachnie"). Za to połowiłyśmy sobie z czółna:

Można było też zobaczyć jak pani wystrojona za rdzenną Słowiankę piecze podpłomyki i nawet zakupić placuszek

i dojadać go bębniąc na wielkim bębnie:

Ola ochoczo ogarniała wszystkie atrakcje - przeszła się po palisadzie, uważnie obserwowała pana wybijającego monety, oglądała chaty i narzędzia - ale chyba nie ogarniała naszych opowieści o tym, jak było dawno dawno temu. Rzeczywistość sprzed tysiąca lat to jeszcze zbyt wielka abstrakcja.

Wybraliśmy się też za granicę. Jakieś 5 km za granicę.
Zagraniczna podróż zaczęła się od przeprawy promem do Świnoujścia, na którym Olinek pytał się z uporem gdzie jest pan kapitan, a tam jakoś nikt, kto by wyglądał na marynarza nie chciał się nawinąć.

Cały pobyt w Ahlbecku Ola przespała w wózku a my podziwialiśmy kurortową architekturę i nieskazitelne trawniki; domki wyglądały trochę jak z piernika albo bezy, ale tam to wszystko jakoś pasowało. A gdy nam się Olinek obudził poszliśmy do jednego takiego na kawę, ciastka i oczywiście lody.

Muszę napisać, że lody były (są) wakacyjną miłością Oli. A na dodatek w Wisełce była rewelacyjna lodziarnia, mieli lody pieniczkowe, czekolada z chilli... byliśmy tam codziennie.


Za to na wycieczkach rowerowych byliśmy raptem 2 razy. Niech za usprawiedliwienie posłuży moja kontuzja nadgarstka i załamanie pogody w drugim tygodniu. Ale jak już jeździliśmy, to się nam bardzo podobało:

i można było trafić w takie miejsca:


Trafiliśmy też do Świnoujścia, które przywitało nas takim stworzonkiem:

a potem ochlapało fontanną tryskającą z chodnika:

którą inni obserwowali z bezpiecznej odległości:

A poza tym Świnoujście mile zaskoczyło. Robi się coraz ładniejsze.

Z Agnieszką i Jackiem, którzy wczasowali nieopodal byliśmy na wysokim klifie
i nad Szafirowym Jeziorkiem:


A w pozostałe dni po prostu chodziliśmy po drogach i bezdrożach,
podziwiając piękne lasy i błogosławiąc urodzaj mirabelek:


A na koniec wspomnieć trzeba o kolejnej wakacyjnej miłości Oli - trampolinie. Dawała się wyciągnąć tylko podstępem.


Niestety, nasze wakacje skończyły się wcześniej, niż planowaliśmy. W piątek przyjechała moja mama, żeby spędzić z nami ostatni tydzień (potem mieli do niej dojechać Antek i Michaś). W sobotę rano babcia odebrała telefon od sąsiadów - do domu w Polanicy było włamanie. Już przed przyjazdem policji było widać wybite okno w hallu, naruszone drzwi i mama zdecydowała się wrócić. My też. Maćkowi i tak kończy się urlop a ja z Olą pojadę do Polanicy.

Powrót Ola zniosła nieco gorzej niż drogę nad morze. Już nie pomagało włączanie Puchatka, ani przekupstwo orlenowym hot-dogiem. Tym razem hitem była piosenka "Gdzie żeś ty bywał czarny baranie" i rysowanie w notesiku. Ola wymyślała, a rysowałam ja. Chyba tylko młodemu wiekowi naszego dziecka należy zawdzięczać fakt, że podobały jej się mamine dzieła, bowiem górną granicę moich możliwości rysunkowych wyznacza schematycznie narysowany kot i motyl. A zadania były bardziej skomplikowane: "Mama, narysuj lalę i żeby trzymała lunetę". Natomiast pająk wyszedł mi całkiem nieźle i Ola na poczekaniu skomponowała wierszyk:
Pająk, pająk wystaw rogi,
dam ci sera na pierogi,
dam ci sera do kapusty,
brzuszek będzie pusty.
Rytmu trochę brakuje, sensu też, ale rodzicom i tak się spodobało.
Jakieś 60 km przed Wrocławiem nastąpił kryzys: "Ja nie chcę do domku! Nie chcę!". I zanim zdążyliśmy otworzyć usta córeczka dodała: "Nie chcę do mojego łóżeczka, nie chcę do moich zabawek!". A myśmy o domu, łóżeczku i zabawkach nie mówili od 2 tygodni... Ale chyba jesteśmy zbyt przewidywalni dla dziecka.
W domu Ola poczuła się całkiem dobrze; zaraz po przyjeździe na korytarzu spotkaliśmy Kasię z Nastką, a potem Olcia wykapała się w dawno nie widzianej wannie i wcale nie chciała wyjść: "Jeszcze nie wypuszczaj wody, jestem brudna tu, i tu, i tu, i tu..." przekonywała po półgodzinnym pluskaniu się.

I nowa kategoria: kurioza.
1. w Wisełce - "dar PRL-u", noszący jednocześnie bezpretensjonalne imię Paula, a na bramie spętany łańcuchem orzeł w koronie i napis RP (która?)


2. w Wolinie - sklep monopolowy, a na wystawie zegarki (zastaw?)