sobota, 17 października 2009

Skąd książki?


Ola ostatnio spędziła pracowite przedpołudnie starannie "malując" w kolorowance wodnej (umoczonym pędzelkiem wydobywa się kolory z kartki). Kiedy już zamoczyła wszystkie kartki poprosiła nianię: "kup mi jeszcze taką książeczkę, a jak nie będzie w księgarni, to pani przywiezie z hurtowni".
Lekko zdumiona tą rozbudowaną prośbą pani Małgosia przypomniała sobie, że ponad miesiąc temu zamawiała w księgarence na naszej ulicy podręcznik dla syna i wtedy pani z księgarni ją zapewniała, że przywiezie książkę z hurtowni. A małe uszka słuchały...

Ale nie zawsze jest różowo z wypowiedziami córeczki. Kilka dni temu błogosławiłam szybko zamykające się drzwi w naszym warzywniaku. Warzywniak "U Tomka" prowadzi chłopak nazywany przez nas zawsze (żeby nie było niedomówień) "panem Tomkiem". Wychodząc zachęcałam Olcię, żeby powiedziała "do widzenia". Kiedy otwierałam drzwi Ola powiedziała "do widzenia...", a kiedy drzwi się już domknęły dodała niespodziewanie "... ty cwaniaku". I nie umiała wyjaśnić, co miała na myśli.
No pięknie. A ja przypomniałam sobie, że parę dni temu opowiadając Maćkowi jakąś sprawę z pracy nieroztropnie wspomniałam coś o cwaniakach.

A teraz coś z zupełnie innej beczki:
W pierwszy październikowi weekend rzutem na taśmę wybraliśmy się do zoo. Nie udało nam się zrealizować całego planu wycieczki, bo według naszych zamierzeń do zoo mieliśmy dotrzeć stateczkiem z przystani na Ostrowie Tumskim. Jako że z nastaniem jesieni statki przestały pływać zgodnie z rozkładem udaliśmy się do zoo samochodem. Ale dzięki temu trafiliśmy akurat na karmienie kotików. Foczki w łapały ryby w powietrzu i robiły inne sztuczki:


a po solidnie zapracowanym posiłku relaksowały się w basenie:

Zaraz obok fok był mały wybieg misia, na którym był tylko jeden apatyczny niedźwiedź. Ola, która przyobserwowała, że generalnie zwierzęta mieszkają po kilka razem, zapytała:
- gdzie jest kolega misia?
- ten miś jest sam w wybiegu, nie ma kolegi.
- i jest smutny?

Nie mogę sobie odmówić wklejenia poruszonego zdjęcia małpiego przytulenia totalnego; mała małpka nie tylko wczepia się w futro mamy, przywiera brzuchem i pyszczkiem, ale zmyślnie zawija swój ogonek wokół mamowego.

Ostatnio Olcia jest jak ta małpka: mamusi-tatusia-córeczka. Poranne pożegnania są rozdzierające, domaga się naszej obecności przy zasypianiu (a już od dawna po czytaniu i kołysankach usypia sama), a ostatnie 3 poranki w przedszkolu były bardzo ciężkie: nieodstępowanie o krok, trzymanie za nogę, brak zainteresowania dziećmi, zabawkami i szloch przy pożegnaniu.
Za pierwszym razem winę zrzuciłam na chorobę (Oli przyplątało się zakażenie układu moczowego, pierwszy w życiu i od razu paskudny antybiotyk, maście i różne badania). Ale potem się powtórzyło.
Pocieszeniem jest rozmowa z wychowawczynią Oli. Pani Kinga zauważyła, że we wrześniu Ola - spokojna przy pożegnaniach - siedziała potem nieco na uboczu, a teraz po trudnym rozstaniu chętnie włącza się w zabawy. Nie rozumiem tego. Na razie nie myślmy o zabieraniu Oli z przedszkola - w sumie uspokaja się po krótkim czasie a potem chłonie wrażenia.
Ola fajnie przyswaja nowe doświadczenia: nabrała zwyczaju zachęcania do zabawy w liczbie mnogiej ("a teraz tańczymy", "podnosimy razem nóżki"), a w domu podśpiewuje piosenki, których nauczyła się w przedszkolu.
Ale na myśl o porannym pożegnaniu boli serce...

Ola od nowa zapałała miłością do kreskówek o Reksiu, pszczółce Mai i Koziołku Matołku. A tak wygląda, jak ogląda:

Nowością jest to, że pełna koncentracja i zaangażowanie nie przeszkadzają Oli ujawniania poczucia humoru i co pewien czas słychać radosny śmiech (oczywiście w momentach nie zawsze dla nas oczywistych).

I jeszcze coś z innej beczki:
Piątkowa wizyta na poczcie skończyła się na placu zabaw przy pobliskich blokach. Wydaje mi się, że Ola ma niezła pamięć do miejsc, bo na poczcie nie byłyśmy razem bodaj od wiosny, a dziecko zaraz po odebraniu listu zapowiedziało wycieczkę na plac zabaw schowany za budynkiem.
Nie byłam osobiście tym pomysłem zachwycona, bo ubrałam się zupełnie nieadekwatnie do bardzo rześkiej pogody. Kiedy Ola obeszła już wszystkie urządzenia (zresztą niepiękne i zdezelowane) i zaczęła nową turę od huśtawki zaczęłam ją usilnie namawiać na powrót, na co dziecko palnęło przemowę: "tak, już idziemy, tylko się ostatni raz pohuśtam; na pożegnanie pohuśtaj mnie tak wysoko, że aż głowa boli - jak w parku południowym".
Pamięć do miejsc potwierdziła, kiedy w sobotę odwieźliśmy Olę do Bety i Jarka a sami pojechaliśmy sprzątać na budowie (syzyfowa praca). Beata zabrała Olę i Misia do biblioteki na Sztabowej a potem uprzejmie doniosła, że Ola całkiem nieźle kojarzyła drogę powrotną.

Od dziś przez najbliższy czas zdjęcia z komórki, bo nasz aparat pojechał na kurację do Warszawy (tak, właśnie tam znajduje się jedyny serwis canona).
Komórka ma tą zaletę, że zawsze jest pod ręką. Np. przy robieniu pasty z bakłażanów, kiedy Ola ochoczo zabrała się za rozdrabnianie przypraw, kiedy tylko usłyszała słowo "moździerz".



Ola jest wielką zwolenniczką wspólnego gotowania. Miesza i próbuje, podaje i ostrzega ("mamusiu, patelnia jest gorąca, uważaj, nie oparz się") i ma swoje kuchenne sympatie i antypatie: np. zawsze z dużym zaangażowaniem miesza (choć nie zawsze mieści się w misce z tym mieszaniem), bardzo lubi przebijać żółtko i patrzeć jak się malowniczo rozpływa.


Brak komentarzy: