wtorek, 22 września 2009

Trochę kultury


Mój brat działacz Wrocławskiej Inicjatywny Historycznej namówił nas na obejrzenie inscenizacji przygotowanej na 17 września. Chyba na najciekawsze się spóźniliśmy, a to co oglądaliśmy potem, choć dramatyczne (przetrzymywanie i przekazywanie jeńców - polskich żołnierzy, wędrówki wysiedlonych cywili) nie było już bardzo spektakularne, ale i tak prowokowało Olę do pytań. Na bardziej zaawansowane wyjaśnienia (z krótkim streszczeniem stosunków polsko-rosyjskich) jest jeszcze za wcześnie, więc ograniczaliśmy się do uproszczonych tłumaczeń typu "źli ludzie napadli i te panie z walizkami musiały zostawić swoje domy", itp. Ale w sumie, czy nie tak właśnie było?
Ola bacznie śledziła niespiesznie posuwającą się akcję, dodając własne komentarze ("niedobry złodziej" na sołdata, który wyrwał kobiecie walizkę).

A w sobotę wybraliśmy się na przedstawienie trochę bardziej przystosowane do percepcji malucha - w bibliotece na Jesiennej Ola obejrzała "Małego Księcia" w całkiem udanej wersji dla przedszkolaków. I księcia, i pilota, i różę, i lisa i węża przedstawiało dwoje aktorów na tle dość umownej dekoracji. I to wystarczyło, żeby wciągnąć dzieci na jakieś 40 minut. Ola co prawda pod koniec zaczęła się wiercić na krzesełku, ale dotrwała do końca. "Mały Książę" został oczywiście znacznie skrócony i przykrojony do odbiorców, a aktorzy (postacie?) co jakiś czas rzucali pytania w publiczność. Ola się nie udzielała, ale niektóre przedszkolaki jak najbardziej.


Chyba już można o Oleńce napisać, że jest nieśmiała. Musi się jakiś czas przyzwyczajać do nowych twarzy, miejsca, sytuacji, by odzyskać mowę i zacząć się swobodniej zachowywać. Zdecydowanie nie jest dzieckiem, które nie pytane, samo wszczyna rozmowę. Zresztą Olcia nawet pytana przez obce osoby raczej nie udziela odpowiedzi, ewentualnie odpowiada szeptem, lub z dużym poślizgiem - kiedy pytający zniknie już z pola widzenia.
Ale jak się już rozkręci, to zachowanie wraca do normy "domowej" - aktualnie tą normą jest mówienie, śpiewanie, mówienie...

Jak na razie Ola nie rozkręciła się w przedszkolu na dobre. Opiekunka jej grupy - pani Kinga mówi, że Olcia robi się rozmowna w sytuacji bezpośredniej rozmowy, zwłaszcza przy czytaniu książek, kiedy inne dzieci śpią. W czasie zabaw grupowych (a grupa Oli liczy raptem 9 dzieci) Ola z reguły milczy. Swobodnie czuje się za to na zajęciach muzycznych z panią Amelią i na angielskim. Ola za nic nie umie mi powtórzyć, co dzieje się na lekcjach angielskiego, ale ostatnio rozbroiła mnie zupełnie:
- Ola: blumfum (czy coś w tym guście)
- ja: co mówisz? nie zrozumiałam?
- Ola: nie zrozumiesz, to po angielsku.

Ale przy całym nierozkreceniu Ola chętnie chodzi do przedszkola, nie protestuje ani w domu, ani w Entliczkach. Wygląda na to, że dobrze przyjmuje nową sytuację.

A to zdjęcie z dziś - odwiedziny dziadków. Dwie jeansowe dziewczyny konwersują o bańkach.


W tle łóżeczko Oli z uniesioną częścią "głowową". Dziecko nasze od kilku dni ma mocny katar, więc 4 tomy encyklopedii powszechnej pwn powędrowały pod zagłówek łóżeczka, coby główkę choraka nieco unieść. I tu ujawniła się praktyczna wyższość encyklopedii książkowej nad wikipedią (o czym nie omieszkałam napomknąć Maćkowi - zwolennikowi wikipedii).

I jeszcze tekst:
Olcia przytula się do niani i ją głaszcze, po czym pyta: "I co? Miło ci, prawda?"

Brak komentarzy: