piątek, 2 października 2009

Maliny

Ostatni weekend zaczęliśmy "Bękartami wojny" (polecamy) i kolacją o północy (niekoniecznie polecamy). Kiedy myśmy wsłuchiwali się w piękny akcent pułkownika Aldo Rein, Ola smacznie spała u dziadków. I tak się tam zadomowiła, że w sobotę nie chciała wychodzić.
A z babcią Anią pojechaliśmy z Polanicy do Studziannej, gdzie jej znajoma udostępniła nam zagon malinowych krzaków, uginających się od owoców.

Było sielsko. Maliny wielkie jak truskawki, szum brzóz i bezchmurne niebo. Przy zbieraniu malin towarzyszyło nam stado kur oraz kogut. Ola przemawiała do kur: "dzień dobry kurki! ja chodzę do przedszkola...".
A kiedy kogut zapiał córeczka oświadczyła: "jak w Reksiu". No - dziecko z miasta...
Były jeszcze dwa psy, których Ola nie mogła się nagłaskać.
A w przerwach między bieganiem za zwierzętami i zjadaniem malin Ola trochę przeszkadzała tacie:


a potem relaksowała się z babcią:

(zdjęcia średniawe - z komórki)

A w przedszkolu, o którym Ola opowiadała kurkom, córka czuje się już całkiem zadomowiona. Jest bardziej rozmowna przy wspólnych zabawach, dobrze czuje się na zajęciach (zwłaszcza na muzyce), a w czasie drzemki spokojnie (ponoć) poleguje. Po przyjściu do przedszkola spokojnie zasiada koło swojej półeczki z pingwinem (to Oli znaczek), zmieniamy buty i po nierozdzierającym (choć nie zawsze krótkim) pożegnaniu idzie do dużej sali.
Ostatnio nie mogłam sobie odmówić i po odprowadzeniu Oli stałam dłuższą chwilę na schodach na zewnątrz patrząc przez okno na córeczkę, która obeszła salę, wybrała sobie zabawkę, a potem siadła koło dzieci i zaczęła się bawić, zerkając na nowoprzybywających. Była spokojna i pogodna. Miód na moje serce.
Ola rozbroiła mnie w tym tygodniu przypominając mi, że mam jej zapakować drugie śniadanie. Nie zdarzyło nam się kiedykolwiek o tym zapomnieć, ale fajne jest dołączenie przez Olę nowej czynności do porannych rytuałów.

Brak komentarzy: