poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Przedszkolak

Zacznę trochę od końca. Ostatni tydzień sierpnia Ola chodziła do przedszkola na zajęcia adaptacyjne - po 2 godziny dziennie, z dopuszczalnym udziałem rodziców. Pierwszego dnia byłam z nią cały czas (starając się jednak trzymać na uboczu), drugiego dnia zastąpiła mnie pani Małgosia, a potem Olcia była zostawiana na coraz dłużej i dobrze sobie radziła. Nie było potem co prawda niekończących się opowieści o tym, jak fajnie było w przedszkolu (Ola w ogóle nie ma zamiłowania do sprawozdawczości), ale nie było żadnego sprzeciwu, czy łez. A po tygodniu Ola umie już całą piosenkę śpiewaną na przywitanie.
Prognozy są dobre, Ola ma pozytywne nastawienie, tylko mi jakoś żal, że córeczka wkracza nieubłaganie na żmudną ścieżkę zinstytucjonalizowanej edukacji...
Tu - zdjęcie z poniedziałku (niezbyt udane, ale ważne): Ola i Nastka z plecaczkami wyruszają po nowe wrażenia.


A przedostatni tydzień sierpnia (czyli po prostu: trzeci) spędziłyśmy z Olą w Polanicy. Wezwani fachowcy szybko uporali się ze zniszczonymi drzwiami i zamkami; okazało się też, że zbyt wiele nie ukradziono (alkohole, kosmetyki, widelczyki...). Było nam więc zasadniczo żal tylko zmarnowanego urlopu, więc starałyśmy się nadrabiać.
Nie ma za bardzo nadziei na znalezienie sprawców, bo sama policja nie wierzy w możliwość ich ustalenia. Cudowni funkcjonariusze dopiero na specjalną prośbę mamy zdjęli odciski palców ("z drewnianych rzeczy się nie zdejmuje" i "te klisze do odcisków takie drogie") i pobrali próbkę krwi z plamki z progu ("to chyba stara krew"), zbadanie rzeczy porzuconych w lesie zdecydowanie przekracza inwencje i kompetencje policji.
Cóż.
Ja miałam wreszcie czas, żeby spotkać się z koleżankami. Akurat Kasia miała urlop i prawie udało się nam nagadać. W nadrabianiu zaległości w rozmowie dzieci nasze średnio nam pomagały. Ola i Krzyś bawili się zgodnie, choć zdecydowanie obok siebie. Ale co jakiś czas któreś zbliżało się nadmiernie do oczka wodnego, czy rabatek Kasi mamy i nam wątki jakoś uciekały.
Monika od razu wyznaczyła spotkanie na placu zabaw, w płonnej nadziei, że Jaś i Ola zajmą się urządzeniami dla nich przeznaczonymi i pozwolą pogadać. Zaznaczyłam, że nadzieja była płonna... Ola zafascynowana starszym kolegą chwilami wkręcała się we wspólne zabawy, po czym dzieciaki rozbiegały się w przeciwne końce placu zabaw i tyle było gadania.

Byłyśmy też w aquaparku w Kudowie i wpadłyśmy do Kłodzka. "Wycieczka" do Kłodzka była trochę sentymentalną podróżą - kupiłam Oli lody z cukierni Maślanki - vis a vis mojego liceum, a sobie tosty z tościarni za rogiem. Smakowały dokładnie jak ...naście lat temu.

Największą wyprawą był wyjazd do zoo w Dvur Kralowe. Zoo ma część tradycyjną (wybiegi, woliery) i spory obszar "safari", gdzie zwierzęta sawannowe korzystają z większych przestrzeni. Przez część safari jedzie się autobusem. I właśnie ten autobus (przetaczający się powoli między polanami z bawołami, zebrami, itp.) był największą - w oczach Oli - atrakcją zoo, bo nie miał szyb. Ten frapujący wyjątek od reguły, że pojazdy mają szyby, pojawiał się potem najczęściej w naszych rozmowach o zoo.

Zachwyty Oli są wciąż czymś niespodziewanym; nie powala jej to, co jest atrakcją w naszych oczach, ale jakiś szczegół, na który nie zwracamy większej uwagi, albo przyjmujemy jako rzecz oczywistą.

Poza magicznym autobusem Oli spodobały się małpki wyczyniające małpie figle i piękny tygrys syberyjski, który zmęczony upałem leniwie polegiwał. Zawiedziona brakiem kontaktu z tygrysem Ola stukała paluszkiem w pancerną szybę wybiegu i monologowała: "chcę wejść, ale jest szyba; trzeba rozbić głośno dużym młotkiem; czy jest pan z dużym młotkiem?".
Dodać trzeba, że obecne wyobrażenie Oli o tygrysach całkowicie zdominował kompan Kubusia Puchatka, który tylko niewinnie bryka.

Mnie z kolei zafascynowały zebry, a konkretnie ich umaszczenie. Dopiero tam odkryłam, że sa zebry w pasy wąskie i zebry w pasy szerokie. A na dodatek są zebry w pasy dwukolorowe (tzn. czarne i beżowe).


Dobrze też patrzyło się na ptaki, zazdroszcząc pelikanom dostępu do wody a sekretarzowi obojętności na obłędną temperaturę.


No i jeszcze miss gracji - kudu i jej źrebiątko:

oraz uboczna działalność nosorożca:


Na takich to atrakcjach upłynął tydzień a na weekend dojechał do nas Maciek:
A zaraz po weekendzie świętowaliśmy rodzinnie naszą 7 rocznicę ślubu. Ola zupełnie zlekceważyła jedzenie (i oczywiście niepowtarzalny nastrój chwili ;-)), oddając się wyłącznie wyglądaniu z II piętra wieży ciśnień (dla zaniepokojonych: za relingami jest jeszcze gruba szyba).


A w ostatni piątek trafiliśmy na rodzinne ognisko w ogrodzie na Krzyckiej. Oczekiwanie na ryby z rusztu umilił Oli wujek Maciek robiąc z niej pomocnicę rozpalacza: przytargał kompresor i ział powietrzem w ogień. Ola pomagała trzymać dysze kompresora (natychmiast przyswajając sobie nazwę urządzenia):


aż buchnęły takie iskry (a rybki lekko się zwęgliły):

Brak komentarzy: