i jeziorem
pośród pięknych lasów.Dojechaliśmy tam, korzystając z dobrodziejstw układu z Schengen - przez Niemcy. Rowery na dachu nas spowalniały, trasa więc nieco się dłużyła. Ola zniosła ją nadspodziewanie dobrze, w czym wydatnie pomogła nieśmiertelna kaseta z Kubusiem Puchatkiem. Od pewnego momentu Ola nie pozwalała jej wyłączyć; pełny obieg kasety trwa 40 minut, a myśmy długo jechali... Ciekawe, ile razy słyszeliśmy mruczankę Puchatka.
Zaraz po przyjeździe spotkaliśmy się z Magdą, Adamem i Zosią, która zdecydowanie wyszła ze stadium małego robaczka i postanowiła być ciekawskim prawie-półroczniakiem, a potem zainstalowaliśmy się w "Perle".
Największą atrakcją naszego hotelu były wyłożone przy recepcji numery pisma ezoterycznego "Nieznany świat" z 2003 r., zawierające artykuł o naszym pensjonacie, z którego wynikało, że siedząc pod umieszczoną w ogrodzie hotelu magiczną "piramidą" z 4 metalowych prętów i niewielkiej kopuły, można nie tylko ozdrowieć z wszelkich schorzeń, ale np. bez wysiłku zrzucić 10 kg (załączono zdjęcia "przed" i "po"), a zostawione tam zużyte maszynki do golenia nabierają ostrości. No - mieliśmy radości na dwa dni.
Na szczęście w okolicy było tyle do roboty, że do hotelu wracaliśmy na sen i posiłki.
Pierwszy tydzień to głównie leniwe plażowanie. Olę wcale nie pociągało chłodne morze. Przeciwnie - musieliśmy ją mocno nakłaniać, żeby zamoczyła choć stópki. Córeczce do szczęścia wystarczał piasek, łopatka i foremki oraz trochę morskiej wody do robienia błotka, po którą to wodę Ola regularnie wybierała się w towarzystwie rodzica oraz konewki i wiaderka.
Ola była zachwycona wielkością nowej piaskownicy i zdecydowanie ponad ganianie po plaży przedkładała budownictwo wzwyżne (zamki, górki, albo żółwia lub węża - w wykonaniu rodziców) lub wdolne:
Ola była zachwycona wielkością nowej piaskownicy i zdecydowanie ponad ganianie po plaży przedkładała budownictwo wzwyżne (zamki, górki, albo żółwia lub węża - w wykonaniu rodziców) lub wdolne:Popołudniami zwiedzaliśmy okolicę. Na pierwszy ogień poszedł rezerwat żubrów, z którego wybraliśmy się na spacer do Międzyzdrojów. Imponujące żubry dzieliły rezerwat z pobratymcami z dawnych kniejów. Obejrzeliśmy więc też dziki i rodzinę saren. A żubry ciągle leżały...
O ile spotkanie ze zwierzakami i spacer przez las nas zachwyciły, to Międzyzdroje zupełnie nie; ładne tylko czasami, niemiłosiernie zatłoczone, przecięte deptakiem nabitym straganami z tandetą (te koszulki z doczepianym biustem, te spodenki z pośladkami...). Na molo szliśmy gęsiego w ogonku ludzi, choć na zdjęciach wygląda, jakbyśmy byli tam sami:
O ile spotkanie ze zwierzakami i spacer przez las nas zachwyciły, to Międzyzdroje zupełnie nie; ładne tylko czasami, niemiłosiernie zatłoczone, przecięte deptakiem nabitym straganami z tandetą (te koszulki z doczepianym biustem, te spodenki z pośladkami...). Na molo szliśmy gęsiego w ogonku ludzi, choć na zdjęciach wygląda, jakbyśmy byli tam sami:
Następny w kolejce był Wolin, malowniczo rozciągnięty nad Dziwną. Dość dokładnie zbadaliśmy stopień rozciągnięcia miasteczka, bo zmyleni sprzecznymi wskazówkami z przewodnika i na drogowskazach zrobiliśmy bardzo solidny spacer w poszukiwaniu rzekomo zasadniczej atrakcji - rzeźby Trygława. Tygław, jak Trygław (nota bene uświadomiliśmy sobie, że trzeba się podszkolić z mitologii słowiańskiej), ale okazało się, że w Wolinie najładniejsze jest nadbrzeże i że sprzedają tam pyszne jagodziankami i smaczną latte po niewiarygodnie nienadmorskich cenach.
Relaks na nadbrzeżu z widokiem na skansen:
Do skansenu wróciliśmy we trójkę w ostatni dzień naszego pobytu. Ola oglądała wszystko bardzo dokładnie, no - z wyjątkiem suszonych ryb w chacie rybaka. Ola, która ma wyjątkowo czuły węch, odmówiła nawet przejścia przez próg ("bźidko pachnie"). Za to połowiłyśmy sobie z czółna:
Można było też zobaczyć jak pani wystrojona za rdzenną Słowiankę piecze podpłomyki i nawet zakupić placuszek
Ola ochoczo ogarniała wszystkie atrakcje - przeszła się po palisadzie, uważnie obserwowała pana wybijającego monety, oglądała chaty i narzędzia - ale chyba nie ogarniała naszych opowieści o tym, jak było dawno dawno temu. Rzeczywistość sprzed tysiąca lat to jeszcze zbyt wielka abstrakcja.Wybraliśmy się też za granicę. Jakieś 5 km za granicę.
Zagraniczna podróż zaczęła się od przeprawy promem do Świnoujścia, na którym Olinek pytał się z uporem gdzie jest pan kapitan, a tam jakoś nikt, kto by wyglądał na marynarza nie chciał się nawinąć.
Cały pobyt w Ahlbecku Ola przespała w wózku a my podziwialiśmy kurortową architekturę i nieskazitelne trawniki; domki wyglądały trochę jak z piernika albo bezy, ale tam to wszystko jakoś pasowało. A gdy nam się Olinek obudził poszliśmy do jednego takiego na kawę, ciastka i oczywiście lody.
Muszę napisać, że lody były (są) wakacyjną miłością Oli. A na dodatek w Wisełce była rewelacyjna lodziarnia, mieli lody pieniczkowe, czekolada z chilli... byliśmy tam codziennie.
i można było trafić w takie miejsca:
Trafiliśmy też do Świnoujścia, które przywitało nas takim stworzonkiem:
a potem ochlapało fontanną tryskającą z chodnika:
którą inni obserwowali z bezpiecznej odległości:
A poza tym Świnoujście mile zaskoczyło. Robi się coraz ładniejsze.Z Agnieszką i Jackiem, którzy wczasowali nieopodal byliśmy na wysokim klifie
i nad Szafirowym Jeziorkiem:
A w pozostałe dni po prostu chodziliśmy po drogach i bezdrożach,

A na koniec wspomnieć trzeba o kolejnej wakacyjnej miłości Oli - trampolinie. Dawała się wyciągnąć tylko podstępem.

Niestety, nasze wakacje skończyły się wcześniej, niż planowaliśmy. W piątek przyjechała moja mama, żeby spędzić z nami ostatni tydzień (potem mieli do niej dojechać Antek i Michaś). W sobotę rano babcia odebrała telefon od sąsiadów - do domu w Polanicy było włamanie. Już przed przyjazdem policji było widać wybite okno w hallu, naruszone drzwi i mama zdecydowała się wrócić. My też. Maćkowi i tak kończy się urlop a ja z Olą pojadę do Polanicy.
Powrót Ola zniosła nieco gorzej niż drogę nad morze. Już nie pomagało włączanie Puchatka, ani przekupstwo orlenowym hot-dogiem. Tym razem hitem była piosenka "Gdzie żeś ty bywał czarny baranie" i rysowanie w notesiku. Ola wymyślała, a rysowałam ja. Chyba tylko młodemu wiekowi naszego dziecka należy zawdzięczać fakt, że podobały jej się mamine dzieła, bowiem górną granicę moich możliwości rysunkowych wyznacza schematycznie narysowany kot i motyl. A zadania były bardziej skomplikowane: "Mama, narysuj lalę i żeby trzymała lunetę". Natomiast pająk wyszedł mi całkiem nieźle i Ola na poczekaniu skomponowała wierszyk:
Pająk, pająk wystaw rogi,dam ci sera na pierogi,
dam ci sera do kapusty,
brzuszek będzie pusty.
Rytmu trochę brakuje, sensu też, ale rodzicom i tak się spodobało.
Jakieś 60 km przed Wrocławiem nastąpił kryzys: "Ja nie chcę do domku! Nie chcę!". I zanim zdążyliśmy otworzyć usta córeczka dodała: "Nie chcę do mojego łóżeczka, nie chcę do moich zabawek!". A myśmy o domu, łóżeczku i zabawkach nie mówili od 2 tygodni... Ale chyba jesteśmy zbyt przewidywalni dla dziecka.
W domu Ola poczuła się całkiem dobrze; zaraz po przyjeździe na korytarzu spotkaliśmy Kasię z Nastką, a potem Olcia wykapała się w dawno nie widzianej wannie i wcale nie chciała wyjść: "Jeszcze nie wypuszczaj wody, jestem brudna tu, i tu, i tu, i tu..." przekonywała po półgodzinnym pluskaniu się.
I nowa kategoria: kurioza.
1. w Wisełce - "dar PRL-u", noszący jednocześnie bezpretensjonalne imię Paula, a na bramie spętany łańcuchem orzeł w koronie i napis RP (która?)

2. w Wolinie - sklep monopolowy, a na wystawie zegarki (zastaw?)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz