niedziela, 7 czerwca 2009

Rosół i truskawki


Dzień Dziecka Ola spędziła bardzo miło - jak to dziecko. Prezentów było bez liku: w weekend awansem od babci z Polanicy, potem książka od Niani, a wieczorem przyjechali Dziadkowie z Agnieszką, również z prezentami. Podarków było tyle, że myśmy przesunęli obdarowywanie córeczki na następny dzień. Bezapelacyjnym hitem są płyty dvd z Reksiem. Ola ostatnio bardzo się angażuje w oglądanie bajek. Ale nie wiedzieć czemu zakłada, że główny bohater powinien być cały czas widoczny, więc jak tylko Reksio/Maja/itp. znika, Ola z reguły się głośno to oznajmia.

A tu przytulanki dniodzieckowe:


W czwartek się urlopowałam od pracy i wybrałam się z Olą na zajęcia do biblioteki przy Sztabowej. Sama biblioteka świetna; na razie zwiedziłyśmy tylko część dla dzieci, ale i książki (całkiem sporo nowości) i urządzenie (hipopotam i żyrafa na ścianie, miękki dywan, małe meble) sprawiły, że od razu zapisałam nas do wypożyczalni. Ola wybrała 3 pierwsze książki do wypożyczenia.
Same zajęcia nie zachwyciły. Choć może winą słabego odbioru części dla rodziców był niefortunny temat przewodni: "dziewczęta i chłopcy". Pani prowadząca miała jakiś magiczny artykuł, z którego to wnikało, że dziewczynki są np. bardziej wrażliwe na muzykę, a chłopcy lubią rywalizować. Akurat wszyscy rodzice byli zgodni: dzieci różne są, bo są, a u swoich dzieci nie zauważali jakieś zasadniczego zdeterminowania płcią. Jeszcze nie...
A część dla dzieci? No - zajęcia entliczowe lepsze są. Choć gdybym nie miała takiego porównania pewnie byłabym bardziej rada, że Ola ma taką rozrywkę. Olinek nie dywagował, tylko się bawił:


A w piątek ruszyłyśmy z mamą i Olą do Szydłówka. Popas zrobiłyśmy w zajeździe o niedopracowanej nieco marketingowo nazwie: "Moto-oberża Knieja" w Folwarku Raduckim. Nazwa niezbyt szczęsna, ale miejsce przyzwoite. Ola sama dokonała wyboru posiłku. Przeczytałam listę zup, Ola oświadczyła, że będzie jadła rosoła. I zjadła.
Na zdjęciu - czekanie na rosoła:


A tak Ola wyglądała po przejechaniu całej drogi:


Mi te 350 km minęło milej. Nagadałam się z mamą, śpiewałam z Olą. Ale to ja zmonopolizowałam kierownicę i nie siedziałam w foteliku z mocno ograniczoną możliwością ruchu.

Za to następny dzień był dla Oli nagrodą: z samego rana wujek zabrał Olę w truskawki.


Ola skubała sama, śmiało częstowała się nazbieranymi przez wujka (rozbrajając go prośbami o zdejmowanie "sipułki"), zjadała prosto z krzaczka, delektowała się i wcinała.


A potem cały dzień na podwórku. To, co oglądamy wieczorami w książeczkach, było na wyciągnięcie ręki. Kogut piał jak na zamówienie, kury cierpliwie dziobały ziarno, ale i tak nie były w stanie wchłonąć tego, co szczodrą rączką sypała im Ola (ja też lubiłam sypać kurom tyle ziarna, że gdyby były choć troszkę zapobiegliwe, to mogłyby porobić całkiem spore zapasy). Gołębie gruchały, a szczeniak ganiał po podwórku.


Było, jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Tylko Dziadków już nie ma. Został dom i milion wspomnień.
Zrobiłam trochę zdjęć, bo już niedługo domek się zmieni - będzie remont dachu i wymiana okien.

Tutaj był kiedyś Rzym mój, Grecja moja, w świątyniach stodół mieszkał bogów zagon...
Ciekawe, gdzie Ola będzie miała swój Szydłówek...
Oli takie rozmyślania nie porywały. Małej nie zrażała pogoda, skrzętnie korzystała z wszystkich nowych urządzeń. Bujająca ławka, huśtawka, piaskownica, domek były wciąż w użyciu.


W powrotnej drodze wpadliśmy do Krzepic (zdjęć niestety brak). Ola znów wchłonęła rosoła (i drugie, i deser), a potem jak nakręcona ganiała wokół cioci Krysi i po wszystkich pokojach.


I z powrotem w domu. Jednak te niemal 400 km w samochodzie mnie też wymęczyło. A tu jeszcze trzeba na wybory...

PS. Po zajęciach w bibliotece rozmawiałam z Olą po co nosi się okulary (obie panie bibliotekarki nosiły - choroba zawodowa?). Nieoczekiwany efekt pogadanki o okularach wyskoczył w sobotni wieczór, kiedy Ola domagała się dalszego czytania książki po zgaszeniu górnego światła. Tłumaczyłam Olci, że nie mogę czytać, bo nie widzę literek. Córeczka na to: "kupię ci okulary".

Brak komentarzy: