W poprzedni weekend wybraliśmy się na korporacyjny piknik, organizowany przez pracę Maćka. Mieliśmy pewne obawy i wizję zorganizowanej radości na gwizdek i z nazwą firmy na ustach. A było - świetnie. Mnóstwo wariantów zabaw dla dużych i małych, uginające się stoły, zaplecze bez zarzutu (był nawet ambulans, że o przewijaku dla niemowląt nie wspomnę) i mnóstwo luzu. Planowaliśmy jechać na 2 godziny, zostaliśmy do wieczora.
Zaczęliśmy od się posilenia, potem namiot dla dzieci, gdzie podekscytowana Ola wyszeptała nieśmiało, że chciałaby mieć na buzi kwiatek i serduszko.

W namiocie było też miejsce do rysowania i malowania, miły pan robił zwierzątka z balonów (piesek Oli szybko zrobił pyk). Zaraz obok stanowisko z goframi i lodami. Raj dla malucha.
Ola nie mogła się zdecydować, czy największą miłością obdarzyć karuzelę, czy trampolinę. Na karuzeli była chyba najczęstszym gościem; musieliśmy dawkować jej tą przyjemność, obawiając się awarii błędnika (tzn. ja bym miała na pewno po tylu rundach).
A na trampolinie i ja skakałam z takim zapałem, że jak już zeszłam, ziemia wydała mi się rozczarowująco twarda i zdecydowanie za mało sprężysta.
Na piknik zawitał też policyjny komisarz Lew i podał Oli łapę. Było przeżycie.W innej części był jeszcze ogrodzony plac zabaw, dla starszych dzieci przejażdżka (przewalanie?) w środku wielkiej kuli. A dla dorosłych... Spacery po linach, rozwieszonych wysoko między drzewami, jazda na linie tyrolce, quady, wspinaczka po ściance, podróż kulą po stawie, symulator lotów, turniej piłki nożnej między działami.
Maciek stanął w szranki zawodów sterowanym samochodami. Ola mocno kibicowała.

Na zdjęciu powyżej Ola w odblaskowym wdzianku, rozdawanym nieletnim przy wejściu. Oprócz obłędnego koloru kamizelka miała też informację o imieniu dziecka i telefonie rodziców. Organizatorzy pomyśleli o wszystkim.
Pod koniec dnia Ola zrzuciła wdzianko i wróciła do dziecięcego namiotu (a na stoły wjechały pieczone indyki, ale nie byliśmy w stanie spróbować choć kęsa).
W czwartek czekała nas atrakcja innego rodzaju - ostatnie zajęcia w entliczkach, na które pani Amelia przygotowała wszystkie ulubione zabawy dzieci. Były szaleństwa pod falującą wielką chustą i - przede wszystkim - huśtanie na niej.
Na zdjęciu: Ola w maksymalnie zrelaksowanej pozie:
I tunel, który uczył trudnej sztuki czekania w kolejce. Choć patrząc na dzieciaki nie odniosłam wrażenia, że tą sztukę już posiadły.Na ślubie Pauliny i Marcina też jakoś zapomnieliśmy, że mamy aparat. Bardziej byliśmy zajęci przemyśliwaniem zgrabnych życzeń i łapaniem Oli. Córeczka - jak przystało na imiennie zaproszonego gościa - zachowywała się w kościele prawie bardzo przyzwoicie - no w każdym bądź razie nie dawała głosu. Ale w czasie życzeń chciała sobie powetować.

A dziś zakończenie roku w entliczkach. Szkoda, że Maciek z aparatem przyszedł w drugiej połowie imprezy, bo miałby możność uwiecznienia córeczki otrzymującej dyplom, albo wsuwającej drugą kiełbaskę z rożna, albo rozochoconej łapaniem baniek produkowanych masowo przez Specjalną Maszynę Do Produkowania Baniek Mydlanych Działającą Na Prąd. Ale najlepsza niesfotografowana atrakcja była osiągnięta skromnymi środkami: wstążka uwiązana do 2 kijów od mopa służyła wyczarowaniu pięknych baniek chyba metrowej długości, które powoli opadały i pękały mocno pryskając.
Tu Ola umalowana w kotka odpoczywa po harcach:
I na koniec niespodzianka od pani Amelii: 4 balony eksplodujące konfetti. Jak półgębkiem zdradziła twórczyni niespodziani balonów byłoby więcej, ale wcale nie jest łatwo napchać konfetti do balonu.
Zamknięty rok w entliczkach niniejszym uznaję za bardzo udany, mimo drobnych niedociągnięć i momentu rozprężenia (chyba zimą?). Ola początkowo nie mogła doczekać się zajęć i już od poniedziałku mówiła: "idziemy do Amelii" (i szybko nauczyła się, że jest taki dzień tygodnia czwartek), potem rzecz straciła urok nowości, ale nie spowszedniała, tylko stała się stałym elementem naszego tygodnia. Ola nauczyła się mnóstwa piosenek, wierszyków, przyswoiła tańce w grupie, zabawy plastyczne. Za każdym razem inny temat wiodący, ale i trochę powtórek, plus stałe rytuały na powitanie i pożegnanie. Przede wszystkim Olcia odnalazła się w nowym układzie: w grupie, przy osobie prowadzącej. Oczywiście nie włączała się z entuzjazmem w każdą wyklejankę, uwielbiała cichaczem wyciągać zabawki z półki, gdy właśnie proszono dzieci do kółka i rozkręcała czasem z Nastką lub Wiki konkurencyjne zabawy, ale nie oczekiwałam, że będzie inaczej. Choć nie rwała się z odpowiedziami na pytania, to ogólnie pozytywnie podchodziła do kolejnych akcji. I o to chodziło.
W Oli niespodziewanie zakiełkowała opowieść o ptakach, co mieszkają w gnieździe i mają małe, ciągle głodne pisklaki. Mała od kilku dni mówi o sobie "pisklaczek", do mnie "mamusiu-ptaszku", mości sobie gniazdo w misce i domaga się ziarenek. Dobrze, że nie robaków.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz