W środę Ola była na bilansie dwulatka. Generalnie dobrze rozwijającym się dzieckiem jest, ale pani doktor nie omieszkała wpisać w dwóch miejscach "niedobór masy ciała". No, poczułam się wyrodną mamą :(
Ola mierzy sobie 87 cm i waży około 11,400 kg. Szczuplakiem jest i wcale nie zamierza poprawiać PR-u mamusi i tacie przybierając widowiskowo na wadze.
Ola mierzy sobie 87 cm i waży około 11,400 kg. Szczuplakiem jest i wcale nie zamierza poprawiać PR-u mamusi i tacie przybierając widowiskowo na wadze.
Środa była też dniem, w którym Ola chyba po raz pierwszy tak zdecydowanie wyraziła swoją opinię co do stroju, w który chciałam ją ubrać. Do tej pory pogodnie wdziewała na siebie cokolwiek wybraliśmy. Problemem był ewentualnie sam proces nakładania czy zdejmowania. Co nie znaczy, że nie lubiła szczególnie tych bluzek/sukienek, na których były narysowane zwierzątka. Bluza z jeżem, czy sukienka z Puchatkiem* zawsze mogły liczyć na przychylne przyjęcie. Ale teraz było zupełnie inaczej: na widok ciepłych brązowych spodni, Ola zakrzyknęła "Te nie, te nie! Te drugie, są lepiejsze!". Gdyby tylko te drugie były nieco cieplejsze, ubrałabym Olę wedle życzenia, ale tym razem skończyło się tylko na dociekaniu, czemu te drugie są lepiejsze (bo są! - według Oleńki).
Zaczyna się... Jeszcze trochę, a córeczka będzie mi mówiła, jak ja mojej mamie, że wybrana przez mamę bluzka/spódnica jest "starcza".
Ten lekarski bilans oczywiście skłania do podsumowania ostatniego roku. A zmian było chyba nie mniej, niż w pierwszym roku życia. Nowy rok 2008 zastał szkraba raczkującego, mówiącego raptem kilka słów i choć dość upartego, to takiego jeszcze spolegliwego, że np. pożegnanie z maminym mlekiem odbyło się bez żadnych dramatycznych scen.
Od tej pory córeczka znacznie się umobilniła: w połowie marca zaczęła wreszcie chodzić, a niedługo po tym biegać i hasać. Ostatnio zaczęła trochę lękać się wysokości, co jednak zupełnie nie przeszkadzało jej wdrapać się z łóżeczka na przebieralnik (co prawda osiągnięcie jednorazowe, ale zawsze) - sprawdziłam: różnica wysokości 60 cm, a Ola powoli podciągnęła się, brzuszek, nogi i już się mościła się na wysokości.
Ten rok to jednak przede wszystkim niesamowity rozwój komunikacji i zdecydowane wyodrębnianie się małego człowieka.
Zaczęło się od słówek własnych (typu: "duda" na wodę, czy "babu, babu" na piaskową babę/piaskownicę), gdzieś na wiosnę w drodze do aquaparku usłyszałam z głębi fotelika: "baseń, baseń", potem coraz więcej rzeczowników, latem zachwyciło nas "jeszcze" (i w ten sposób trwały niekończące się seanse masowania "poszła pani na szpileczkach"), a jesienią zniknęły gdzieś "am-am" na jedzenie, "hau" na psa i usłyszeliśmy już całe ludzkie zdania. Na początku uproszczone, teraz coraz zgrabniejsze, ostatnio pojawiły się przyimki i zaimki (bo było: "Pani idzie pieskiem", z gdzieś uciekało), porównania ("Ola skacze jak kangurek").
I dzięki temu Ola może już z nami dyskutować, coś ponegocjować, przekomarzać się. Przykład z wczoraj:
- Mamusiu, daj kakao!
- Oleńko, piłaś już dziś, może mleczko teraz?
- Nie chcę mleczka, chcę kakao.
a po chwili:
- Jutro przyjdzie niania i da Oli kakao!
Konkluzja oczywista - załatwię sobie jakoś to kakao...
A generalnie - miło się rozmawia, bo kojarzy już coraz więcej i ma całkiem niezłą pamięć, czym nas czasem mocno zaskakuje (pamięta małe fragmenty wierszyków, niekwestionowanych hitem jest "Lokomotywa").
Zaczyna już wymyślać bardziej skomplikowane zabawy, np. bierze dwie zabawki i zaczyna prowadzić nimi rozmowę. Na razie te konwersacje nie są zbyt rozbudowane (Dzień dobry - dzień dobry - ja jestem mały miś - ja jestem królik - dzień dobry...), ale wzbogacane o całuski, tańce...
Z jednej strony Ola jest coraz bardziej niezależna i samodzielna, a z drugiej coraz bardziej czuła i uważna. "Ola kocha mamę/tatę" to chyba najmilsze, co słyszymy. Ola przytula się też, oznajmiając "Ola tuli". A ostatnio zastrzeliła mnie, obejmując mnie i mówiąc "moja przytulanka".
No i potrafi już trochę zamanipulować. Zobaczyła np., jakie wrażenie zrobiło na nas autentycznie zbolałe wołanie "brzuszek boli" sprzed kilku tygodni (dopadła ją wtedy pierwsza w życiu biegunka) i teraz, jak np. chcemy ją rozbierać - a jest to obecnie wyjątkowo nieulubiona czynność - sięga do arsenału środków:
- mamusiu, brzuszek boli!
- mamusiu, kocham, przytulę!
- mamusiu, Ola już śpi (i teatralne zamknięcie oczek na 1 sekundę).
Przyobserwowała, co nas rozbraja albo rusza i nie omieszka tego wykorzystać.
Ma już też wyrobione poglądy na ulubione potrawy. To jest: zupy pomidorowa z kluseczkami i przebój ostatnich dni - grochowa z grzankami, poza tym ryby w każdej chyba postaci.
No i miód - jak Puchatek; podobnie jak Kubusiowi Oli zdarza się wyjadać miodzik prosto ze słoika, na szczęście łyżką. Wyjada też masło prosto z maselniczki i twarożek z pudełka (a potem wcina suchy chleb dla skompletowania kanapki).
Nie byłaby dzieckiem, gdyby nie lubiła wszelkich ciast, lodów, śniadaniowych kulek, "kepuću" do każdej kanapki, parówek i lizaków. Do tych łakoci Ola ma dostęp limitowany. No, może keczupu tak nie skąpimy, choć ostatnio podsuwamy "keczup babci", czyli borówki. Wchodzą!
Lubi decydować też o naczyniach, z których będzie jadła, nawet o sztućcach ("mama daj d u ż y widelec!").
Nie wiemy, skąd jej się to wzięło, ale lubi tak kobietycznie wklepywać sobie krem w policzki i wieszać różne rzeczy na szyi, oznajmiając, że to korale. Ja tam też smaruję i wieszam, ale jakoś bez szczególnego nabożeństwa.
Ola bywa też bardzo nieśmiała. Niekiedy wydaje mi się, że są dwie Olki: ta domowa, swobodna roześmiana, rozgadana, pełna pomysłów i Ola "zewnętrzna" z poważną miną, milcząca, powoli włączająca się w zabawy innych dzieci. Są osoby (oczywiście dziadkowie, Antek, Michał) i miejsca (Entliczki), przy których rozkręca się szybko. Przy innych, nawet mocno lubianych osobach, potrafi milczeć cały czas (ostatnio Agnieszka i Jacek podczas 2-godzinnej wizyty nie usłyszeli ani jednego Olkowego słowa). Nawet obecność znanych od dawna koleżanek z podwórka nie zawsze jest w stanie rozruszać Olę.
Trochę to zastanawia, zwłaszcza, że rok temu chyba zawsze, jak stałyśmy w kolejce w sklepie, Ola wychylała się ze spacerówki i uśmiechała się do ludzi (zwłaszcza do panów).
Przy tym wszystkim jest wciąż małym wchłaniaczem świata, który czasem ją oszałamia. Np. kilka dni temu wpadłyśmy na chwilę do pobliskiej hurtowni rzeczy dzieciowych. Ola (która była tam po raz pierwszy) najpierw powściągliwie rozglądała się, przyswajając wieszaki pełne ubrań, szafę smoczków, rzędy słoiczków, półki uginające się od zabawek. Potem brała do ręki zabawki i oglądała ostrożnie. Na początku, kiedy zapytałam czy kupić małe kastaniety w kształcie żabki (właśnie trzymane w łapkach) powiedziała, że nie. Ale potem te zwały całkiem nowych zabawek tak ją oczarowały, że chodziła od półki do półki, chwytała sztuki bardziej i mniej udane i wołała: Kup mamusiu, kup to, i to, i to, i to... Była tak rozemocjonowana, że gotowa poprosić, żebym wykupiła cały sklep. Na szczęście wystarczyło wziąć na ręce, przytulić i opuszczenie sklepu bez tony zabawek przeszło całkiem spokojnie. Ale uderzyło mnie to wcześniejsze rozkojarzenie w oczach i niemożność ogarnięcia wszystkiego, co widzi.
Właściwie ciągle coś nowego. To i zapisuję. Dla potomności ;)
A na deser kilka zdjęć kuchennych:
- Ola bardzo pomaga tacie doprawiać zupę (grochową):

- i wyjada z miski same pyszności: masło utarte z cukrem; szło jej to tak sprawnie , że gdybym nie odsunęła miski na bezpieczną odległość, to ciasto musiałoby być z połowy porcji.

- a tu piękna mina pod tytułem: "że ja niby wyjadam ciasto?" (polecam na zbliżeniu)

* bo od kilkunastu chyba tygodni Puchatek jest ulubionym bohaterem bajkowym; przez długi czas wieczorne czytanie zaczynało się od wezwania: "mama/tata, czytaj o Puchatku!". Na szczęście jest też przyzwolenie na inne lektury.
Zaczyna się... Jeszcze trochę, a córeczka będzie mi mówiła, jak ja mojej mamie, że wybrana przez mamę bluzka/spódnica jest "starcza".
Ten lekarski bilans oczywiście skłania do podsumowania ostatniego roku. A zmian było chyba nie mniej, niż w pierwszym roku życia. Nowy rok 2008 zastał szkraba raczkującego, mówiącego raptem kilka słów i choć dość upartego, to takiego jeszcze spolegliwego, że np. pożegnanie z maminym mlekiem odbyło się bez żadnych dramatycznych scen.
Od tej pory córeczka znacznie się umobilniła: w połowie marca zaczęła wreszcie chodzić, a niedługo po tym biegać i hasać. Ostatnio zaczęła trochę lękać się wysokości, co jednak zupełnie nie przeszkadzało jej wdrapać się z łóżeczka na przebieralnik (co prawda osiągnięcie jednorazowe, ale zawsze) - sprawdziłam: różnica wysokości 60 cm, a Ola powoli podciągnęła się, brzuszek, nogi i już się mościła się na wysokości.
Ten rok to jednak przede wszystkim niesamowity rozwój komunikacji i zdecydowane wyodrębnianie się małego człowieka.
Zaczęło się od słówek własnych (typu: "duda" na wodę, czy "babu, babu" na piaskową babę/piaskownicę), gdzieś na wiosnę w drodze do aquaparku usłyszałam z głębi fotelika: "baseń, baseń", potem coraz więcej rzeczowników, latem zachwyciło nas "jeszcze" (i w ten sposób trwały niekończące się seanse masowania "poszła pani na szpileczkach"), a jesienią zniknęły gdzieś "am-am" na jedzenie, "hau" na psa i usłyszeliśmy już całe ludzkie zdania. Na początku uproszczone, teraz coraz zgrabniejsze, ostatnio pojawiły się przyimki i zaimki (bo było: "Pani idzie pieskiem", z gdzieś uciekało), porównania ("Ola skacze jak kangurek").
I dzięki temu Ola może już z nami dyskutować, coś ponegocjować, przekomarzać się. Przykład z wczoraj:
- Mamusiu, daj kakao!
- Oleńko, piłaś już dziś, może mleczko teraz?
- Nie chcę mleczka, chcę kakao.
a po chwili:
- Jutro przyjdzie niania i da Oli kakao!
Konkluzja oczywista - załatwię sobie jakoś to kakao...
A generalnie - miło się rozmawia, bo kojarzy już coraz więcej i ma całkiem niezłą pamięć, czym nas czasem mocno zaskakuje (pamięta małe fragmenty wierszyków, niekwestionowanych hitem jest "Lokomotywa").
Zaczyna już wymyślać bardziej skomplikowane zabawy, np. bierze dwie zabawki i zaczyna prowadzić nimi rozmowę. Na razie te konwersacje nie są zbyt rozbudowane (Dzień dobry - dzień dobry - ja jestem mały miś - ja jestem królik - dzień dobry...), ale wzbogacane o całuski, tańce...
Z jednej strony Ola jest coraz bardziej niezależna i samodzielna, a z drugiej coraz bardziej czuła i uważna. "Ola kocha mamę/tatę" to chyba najmilsze, co słyszymy. Ola przytula się też, oznajmiając "Ola tuli". A ostatnio zastrzeliła mnie, obejmując mnie i mówiąc "moja przytulanka".
No i potrafi już trochę zamanipulować. Zobaczyła np., jakie wrażenie zrobiło na nas autentycznie zbolałe wołanie "brzuszek boli" sprzed kilku tygodni (dopadła ją wtedy pierwsza w życiu biegunka) i teraz, jak np. chcemy ją rozbierać - a jest to obecnie wyjątkowo nieulubiona czynność - sięga do arsenału środków:
- mamusiu, brzuszek boli!
- mamusiu, kocham, przytulę!
- mamusiu, Ola już śpi (i teatralne zamknięcie oczek na 1 sekundę).
Przyobserwowała, co nas rozbraja albo rusza i nie omieszka tego wykorzystać.
Ma już też wyrobione poglądy na ulubione potrawy. To jest: zupy pomidorowa z kluseczkami i przebój ostatnich dni - grochowa z grzankami, poza tym ryby w każdej chyba postaci.
No i miód - jak Puchatek; podobnie jak Kubusiowi Oli zdarza się wyjadać miodzik prosto ze słoika, na szczęście łyżką. Wyjada też masło prosto z maselniczki i twarożek z pudełka (a potem wcina suchy chleb dla skompletowania kanapki).
Nie byłaby dzieckiem, gdyby nie lubiła wszelkich ciast, lodów, śniadaniowych kulek, "kepuću" do każdej kanapki, parówek i lizaków. Do tych łakoci Ola ma dostęp limitowany. No, może keczupu tak nie skąpimy, choć ostatnio podsuwamy "keczup babci", czyli borówki. Wchodzą!
Lubi decydować też o naczyniach, z których będzie jadła, nawet o sztućcach ("mama daj d u ż y widelec!").
Nie wiemy, skąd jej się to wzięło, ale lubi tak kobietycznie wklepywać sobie krem w policzki i wieszać różne rzeczy na szyi, oznajmiając, że to korale. Ja tam też smaruję i wieszam, ale jakoś bez szczególnego nabożeństwa.
Ola bywa też bardzo nieśmiała. Niekiedy wydaje mi się, że są dwie Olki: ta domowa, swobodna roześmiana, rozgadana, pełna pomysłów i Ola "zewnętrzna" z poważną miną, milcząca, powoli włączająca się w zabawy innych dzieci. Są osoby (oczywiście dziadkowie, Antek, Michał) i miejsca (Entliczki), przy których rozkręca się szybko. Przy innych, nawet mocno lubianych osobach, potrafi milczeć cały czas (ostatnio Agnieszka i Jacek podczas 2-godzinnej wizyty nie usłyszeli ani jednego Olkowego słowa). Nawet obecność znanych od dawna koleżanek z podwórka nie zawsze jest w stanie rozruszać Olę.
Trochę to zastanawia, zwłaszcza, że rok temu chyba zawsze, jak stałyśmy w kolejce w sklepie, Ola wychylała się ze spacerówki i uśmiechała się do ludzi (zwłaszcza do panów).
Przy tym wszystkim jest wciąż małym wchłaniaczem świata, który czasem ją oszałamia. Np. kilka dni temu wpadłyśmy na chwilę do pobliskiej hurtowni rzeczy dzieciowych. Ola (która była tam po raz pierwszy) najpierw powściągliwie rozglądała się, przyswajając wieszaki pełne ubrań, szafę smoczków, rzędy słoiczków, półki uginające się od zabawek. Potem brała do ręki zabawki i oglądała ostrożnie. Na początku, kiedy zapytałam czy kupić małe kastaniety w kształcie żabki (właśnie trzymane w łapkach) powiedziała, że nie. Ale potem te zwały całkiem nowych zabawek tak ją oczarowały, że chodziła od półki do półki, chwytała sztuki bardziej i mniej udane i wołała: Kup mamusiu, kup to, i to, i to, i to... Była tak rozemocjonowana, że gotowa poprosić, żebym wykupiła cały sklep. Na szczęście wystarczyło wziąć na ręce, przytulić i opuszczenie sklepu bez tony zabawek przeszło całkiem spokojnie. Ale uderzyło mnie to wcześniejsze rozkojarzenie w oczach i niemożność ogarnięcia wszystkiego, co widzi.
Właściwie ciągle coś nowego. To i zapisuję. Dla potomności ;)
A na deser kilka zdjęć kuchennych:
- Ola bardzo pomaga tacie doprawiać zupę (grochową):

- i wyjada z miski same pyszności: masło utarte z cukrem; szło jej to tak sprawnie , że gdybym nie odsunęła miski na bezpieczną odległość, to ciasto musiałoby być z połowy porcji.

- a tu piękna mina pod tytułem: "że ja niby wyjadam ciasto?" (polecam na zbliżeniu)

* bo od kilkunastu chyba tygodni Puchatek jest ulubionym bohaterem bajkowym; przez długi czas wieczorne czytanie zaczynało się od wezwania: "mama/tata, czytaj o Puchatku!". Na szczęście jest też przyzwolenie na inne lektury.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz