poniedziałek, 9 lutego 2009

Panna Twardowska i postrzyżyny


Ostatnio stałym elementem spacerów wieczornych jest sprawdzanie obecności ciał niebieskich. Mile widziane są gwiazdy, ale Olę bardziej wciąga obserwacja księżyca. Na początku spaceru Ola konstatuje: "Księżyc świeci jasno na niebie", a potem, gdy przyobserwuje go ponownie stwierdza, że "księżyc znowu świeci" i nie przyjmuje jakoś do wiadomości, że księżyc świeci wciąż i niezmiennie, tylko my skręcamy i tracimy go z oczu.

W końcu tato zarządził oglądanie okiem uzbrojonym, wyciągnął lunetę i odbyła się profesjonalna obserwacja księżyca, choć trzeba było Olę trochę ponakłaniać, żeby zerknęła w okular.


A na pytanie taty, co widzi na księżycu, Ola odpowiedziała: "jakieś ślady". Nie wiadomo czyje, ale tam są. Ona coś wie...
Chyba już jest gotowa na bajkę o panu Twardowskim.

A tu córeczka z tatą porzucili pociąg (nieco wykolejony) i zajęli się budowaniem wież z klocków. Ola chwilami nieźle współpracowała i dokładając klocki na czubek Maćkowej konstrukcji mówiła; "Popatrz mamusiu, Ola dużą wieżę zbudowała".
Destrukcja też jej nieźle szła, więc w końcu zajęli się układaniem budowli całkowicie poziomych. Olę to odwiodło od burzenia i tacie klocki podawała.


W poniedziałek Ola udała się na od dawna umówioną i po wielokroć omówioną wizytę u fryzjera. Od udanego grudniowego strzyżenia Ola lubi przystanąć przy witrynie naszego "pana fryzjera" i przyciskając mocno nosek do szyby przyglądać się pracy p. Grzegorza i spółki. I potem opowiada, że Ola też pójdzie do fryzjera, usiądzie na swoim krzesełku, ubierze się w fartuszek z myszkami i dostanie lizaka a pani fryzjerka będzie strzyc włoski (przy czym zdecydowanie gwoździem programu jest lizak).
No i się umówiliśmy.

Ola czeka na swoją kolej pogryzając kabanosa (nieźle jej szło).


Samo strzyżenie nie wzbudzało wielkiego entuzjazmu:


Łaskocze! piszczała Olka podczas suszenia.


I wreszcie zasłużony lizak.
Plus poza bywalczyni salonów fryzjerskich.

Szaleństw z Nastką, którą sptkałyśmy zaraz po wyjściu od fryzera nie udało się już zfotografować. A było tak wesoło, że odcinek od fryzjera do domu (max. 200 m) pokonałyśmy raptem w pół godziny.


Brak komentarzy: