Minęły nam pierwsze święta w nowym składzie, pierwsze święta Zuzi, pierwsze święta w gipsie i pierwsze święta Oli bez okruszynki śniegu. Na pocieszenie wmawialiśmy Oli, że zima czeka, aż Ola będzie miała ściągnięty gips, ale zupełnie nie chwyciło. Bo dla Olci gips w sumie nie jest dużym problemem - ot, potrzebuje pomocy przy ubieraniu i chyba tyle. Chwilami oczywiście próbuje uzyskać coś ekstra, albo czegoś nie robić "bo gips". Zresztą córeczka od razu zdała sobie sprawę z potencjalnych korzyści nowego stanu - kiedy wracali ze szpitala ze świeżo nałożonym gipsem, zwierzyła się Maćkowi: "teraz nie będę musiała robić ćwiczeń na nóżki!" (Ola ma płaskostopie i dręczymy ją różnymi rowerkami, chodzeniem na palcach, itd. itp., licząc jedynie na zrozumienie przez córkę w przyszłości, bo teraz spotykamy się najczęściej z unikami typu: już zaraz będę ćwiczyć, ale jeszcze muszę zrobić tysiąc pięćset innych rzeczy i to pilnie).
Tymczasem mała nie straciła na ruchliwości i musimy ją chwilami mitygować.
Ola zresztą dobrze sobie radzi: rysuje, maluje, układa klocki i z reguły nie potrzebuje pomocy, co zresztą wyraziła dobitnie Maćkowi, który chciał ją wyciągnąć z fotelika w aucie. Otóż Oleńka rzekła: "chłopie, poradzę sobie!", przy czym przypuszczamy, że początek wypowiedzi zainspirowany został tekstami ze Scooby-doo.
Zasadniczo mobilność Oli nie zmieniła się, mobilność Zuzi w sumie także nie, choć malutka posiadła ostatnio umiejętność podnoszenia brzuszka i opierania się o kolana. Na razie ćwiczy nowo nabytą sprawność bujając się na kolankach i wyprostowanych rączkach w przód i w tył, a my przypuszczamy, że powolne pełzanie niedługo odejdzie w przeszłość.
Na czas wigilii unieruchomiliśmy Zulkę w foteliku; mała, uważnie obserwując, przeleżała w nim bez protestu całą kolację, przetrawiając smak opłatka i nie dając się skusić na takie specjały, jak skórka od chałki. Na karpia w szarym sosie jeszcze przyjdzie czas...

Tymczasem mała nie straciła na ruchliwości i musimy ją chwilami mitygować.
Ola zresztą dobrze sobie radzi: rysuje, maluje, układa klocki i z reguły nie potrzebuje pomocy, co zresztą wyraziła dobitnie Maćkowi, który chciał ją wyciągnąć z fotelika w aucie. Otóż Oleńka rzekła: "chłopie, poradzę sobie!", przy czym przypuszczamy, że początek wypowiedzi zainspirowany został tekstami ze Scooby-doo.
Zasadniczo mobilność Oli nie zmieniła się, mobilność Zuzi w sumie także nie, choć malutka posiadła ostatnio umiejętność podnoszenia brzuszka i opierania się o kolana. Na razie ćwiczy nowo nabytą sprawność bujając się na kolankach i wyprostowanych rączkach w przód i w tył, a my przypuszczamy, że powolne pełzanie niedługo odejdzie w przeszłość.
Na czas wigilii unieruchomiliśmy Zulkę w foteliku; mała, uważnie obserwując, przeleżała w nim bez protestu całą kolację, przetrawiając smak opłatka i nie dając się skusić na takie specjały, jak skórka od chałki. Na karpia w szarym sosie jeszcze przyjdzie czas...
Rozłożyły nas życzenia Oli, która z nieśmiałym uśmiechem każdemu życzyła co innego; nie słyszałam, co Olcia szeptała babci i kuzynom, Jarkowi życzyła, żeby chłopaki się nie sprzeczały, tacie, żeby kochał wszystkich kolegów i koleżanki w pracy, a mi Oleńka życzyła, żebym urodziła trzecią córeczkę.
Przypadek, czy małe uszka wyłowiły z gwarnych rodzinnych rozmów, że Jarka trapi, że chłopakom zdarza się nie dogadywać, Maciek czasem ma ochotę zrugać współpracowników, a mi plątała się (czas przeszły jak najbardziej uzasadniony) po głowie myśl o kolejnym dziecku?
Pierwszy dzień świąt upłynął na cieszeniu się prezentami
i na spacerze w jesiennym parku:
Dziś przyjechaliśmy do Wrocławia, pobyć z dziadkami, wujami i ciocią (na dziewczynki i tu czekał aniołek z prezentami). Wieczorem Maciek wybył na spotkanie z kolegami, a Ola, która od złamania sypia na dużym łóżku w gabinecie (obawialiśmy się, że ze swojego nie za szerokiego łóżka mogłaby spaść) po raz pierwszy od tygodnia zawitała w porze usypiania do sypialni, gdzie miała pogrążać się we śnie pospołu z Zuzią. Zasypianie mocno odsunęło się w czasie, bo dziewczyny, które wyspały się w samochodzie, bardzo entuzjastycznie zareagowały na swoją wspólną w rodzicielskim łóżku obecność. Zuza zanosiła się głośnym śmiechem na widok moszczącej się zagipsowanej Oli, Ola ochoczo porzuciła poszukiwania optymalnej pozycji na rzecz pogawędki z siostrą. I tak zaczęła się godzina pełzania i przewalania się po łóżku, ustawiania i zdobywania zasieków z poduszek i kołder, chowania się pod pościelą... Dochodziła 22, kiedy panny zasnęły.
Będą obie robić zadymy?










