poniedziałek, 26 grudnia 2011

i po świętach

Minęły nam pierwsze święta w nowym składzie, pierwsze święta Zuzi, pierwsze święta w gipsie i pierwsze święta Oli bez okruszynki śniegu. Na pocieszenie wmawialiśmy Oli, że zima czeka, aż Ola będzie miała ściągnięty gips, ale zupełnie nie chwyciło. Bo dla Olci gips w sumie nie jest dużym problemem - ot, potrzebuje pomocy przy ubieraniu i chyba tyle. Chwilami oczywiście próbuje uzyskać coś ekstra, albo czegoś nie robić "bo gips". Zresztą córeczka od razu zdała sobie sprawę z potencjalnych korzyści nowego stanu - kiedy wracali ze szpitala ze świeżo nałożonym gipsem, zwierzyła się Maćkowi: "teraz nie będę musiała robić ćwiczeń na nóżki!" (Ola ma płaskostopie i dręczymy ją różnymi rowerkami, chodzeniem na palcach, itd. itp., licząc jedynie na zrozumienie przez córkę w przyszłości, bo teraz spotykamy się najczęściej z unikami typu: już zaraz będę ćwiczyć, ale jeszcze muszę zrobić tysiąc pięćset innych rzeczy i to pilnie).
Tymczasem mała nie straciła na ruchliwości i musimy ją chwilami mitygować.
Ola zresztą dobrze sobie radzi: rysuje, maluje, układa klocki i z reguły nie potrzebuje pomocy, co zresztą wyraziła dobitnie Maćkowi, który chciał ją wyciągnąć z fotelika w aucie. Otóż Oleńka rzekła: "chłopie, poradzę sobie!", przy czym przypuszczamy, że początek wypowiedzi zainspirowany został tekstami ze Scooby-doo.

Zasadniczo mobilność Oli nie zmieniła się, mobilność Zuzi w sumie także nie, choć malutka posiadła ostatnio umiejętność podnoszenia brzuszka i opierania się o kolana. Na razie ćwiczy nowo nabytą sprawność bujając się na kolankach i wyprostowanych rączkach w przód i w tył, a my przypuszczamy, że powolne pełzanie niedługo odejdzie w przeszłość.
Na czas wigilii unieruchomiliśmy Zulkę w foteliku; mała, uważnie obserwując, przeleżała w nim bez protestu całą kolację, przetrawiając smak opłatka i nie dając się skusić na takie specjały, jak skórka od chałki. Na karpia w szarym sosie jeszcze przyjdzie czas...

Rozłożyły nas życzenia Oli, która z nieśmiałym uśmiechem każdemu życzyła co innego; nie słyszałam, co Olcia szeptała babci i kuzynom, Jarkowi życzyła, żeby chłopaki się nie sprzeczały, tacie, żeby kochał wszystkich kolegów i koleżanki w pracy, a mi Oleńka życzyła, żebym urodziła trzecią córeczkę.
Przypadek, czy małe uszka wyłowiły z gwarnych rodzinnych rozmów, że Jarka trapi, że chłopakom zdarza się nie dogadywać, Maciek czasem ma ochotę zrugać współpracowników, a mi plątała się (czas przeszły jak najbardziej uzasadniony) po głowie myśl o kolejnym dziecku?

Pierwszy dzień świąt upłynął na cieszeniu się prezentami

i na spacerze w jesiennym parku:


Dziś przyjechaliśmy do Wrocławia, pobyć z dziadkami, wujami i ciocią (na dziewczynki i tu czekał aniołek z prezentami). Wieczorem Maciek wybył na spotkanie z kolegami, a Ola, która od złamania sypia na dużym łóżku w gabinecie (obawialiśmy się, że ze swojego nie za szerokiego łóżka mogłaby spaść) po raz pierwszy od tygodnia zawitała w porze usypiania do sypialni, gdzie miała pogrążać się we śnie pospołu z Zuzią. Zasypianie mocno odsunęło się w czasie, bo dziewczyny, które wyspały się w samochodzie, bardzo entuzjastycznie zareagowały na swoją wspólną w rodzicielskim łóżku obecność. Zuza zanosiła się głośnym śmiechem na widok moszczącej się zagipsowanej Oli, Ola ochoczo porzuciła poszukiwania optymalnej pozycji na rzecz pogawędki z siostrą. I tak zaczęła się godzina pełzania i przewalania się po łóżku, ustawiania i zdobywania zasieków z poduszek i kołder, chowania się pod pościelą... Dochodziła 22, kiedy panny zasnęły.
Będą obie robić zadymy?

środa, 21 grudnia 2011

gips


W niedzielę Ola złamała obojczyk i ma zagipsowaną rączkę na 3 tygodnie. Dzień, który zaczął się sielsko - kupowaniem i ubieraniem choinki, skończył się sporym stresem.
Wedle tego, co udało nam się odtworzyć (wypytywanie Maćka Olcia ucięła: "tatusiu, to było bolesne(!), nie chcę o tym rozmawiać") Ola potknęła się w czasie zabawy z Sabinką i Dominikiem i upadła na wyprostowaną lewą rękę. Potem było dużo płaczu i mała z godzinę leżała na naszym łóżku, nie pozwalając się dotknąć. W końcu jakoś udało się namówić na wstanie z łoża boleści i wyprawę do doktora (tzn. na oddział chirurgii dziecięcej). Zdjęcie kostek nie pozostawiało wątpliwości i córeczkę zapakowano w całkiem spory twardy opakunek.
Przy czym kontakt z państwową służbą zdrowia okazał się tradycyjnie trudny na płaszczyźnie wymiany informacji między lekarzem a rodzicem. Pan doktor z wyraźnym zniecierpliwieniem odpowiadał na tak podstawowe pytania Maćka, jak to o czas noszenia gipsu.

gipsiak-zdobywca

Jak do tej pory Ola dobrze znosi swoje sztywne ubranko, zasypia bez problemu, śpi dobrze, humor jej dopisuje, apetyt takoż; inna rzecz, że w związku z nadzwyczajną sytuacją wszystkie - mieszczące się w granicach rozsądku - kulinarne zachcianki Olci są spełnianie.
A kochający tato zaraz w poniedziałek popędził do sklepu i w ramach pocieszenia podarował córeczce całkiem nową płytę ze Scooby-doo. Podparta poduchami Ola obejrzała 2 bajki, po czym wstała z legowiska przed telewizorem i stwierdziła: "te bajki postawiły mnie na nogi".
Ola już coraz lepiej przyswaja frazeologię języka ojczystego, co oczywiście bardzo cieszy ale i tak najbardziej bawią nas jej własne powiedzonka. Niestety, nie wyrobiliśmy sobie nawyku natychmiastowego zapisywania (przecież to takie świetne, że na pewno nie zapomnę) i ciągle nam umykają. Udało mi się zapamiętać cudny komentarz Oli do jej samopoczucia po długiej podróży z Szydłówka: "czuję się, jak rozmrożona truskawka"...



W poprzedni weekend Ola nocowała u dziadków, a w niedzielny poranek wybrali się do kina, ale już nie na poranek. Dziadkowie wspominali, że mała chwilami wydawała się znużona filmem, ale Ola zeznawała, że film o pingwinach ("Tupot na małych stóp") bardzo jej się podobał i nawet go nam dość dokładnie opowiedziała, co nie jest typowe dla Oli, która nie przepada za relacjonowaniem i ciężko od niej czasem wydobyć co robiła, jak była bez nas.
Niekinowa i domowa część niedzieli przebiegała obiadowo-relaksacyjnie:


Zuza nie wygląda na niemowlaczka, który dopiero co wyszedł z zapalenia oskrzeli, energia ją nie opuszcza, a kąpiel i założenie piżamki (z rękawiczkami przeciw ssaniu kciuka) niekoniecznie kojarzą się jej ze spokojem czy bezruchem.

Wygląda na to, że ilość czynności medycznych, której nie powstydziłaby się małe ambulatorium, nie zrobiła na Zulce większego wrażenia. A było tego niemało: antybiotyk, probiotyk, inhalacje, oklepywanie, witaminki, woda do noska, frida i tak w kółko. Niestety wymiernym skutkiem choroby jest lekki spadek wagi, więc dbamy o jego przyrost. Zuzanka nie ma na razie zbyt dużego apetytu, a już najmniejszym wzięciem cieszą się owoce (i te przecierane przez mamę i słoiczkowe, choć domowe lepiej się wypluwa, bo nie są tak gładko przetarte).


Ubytek wagi nie ujął Zulce słodyczy, uśmiecha się równie często i próbuje nieporadnych pocałunków, którymi uszczęśliwia też tego wesołegogo dzidziusia w lusterku.

W kąpieli dalej chlapie bez opamiętania - profilaktycznie wstawiamy wanienkę do wanny; dodatkowo robi zadymę na przebieralniku: spokojne czekanie na ubranie/przebranie jest pieśnią przeszłości, aktualnie utrzymujący się trend to jak najszybsze przekręcenie się na brzuszek i pełznięcie do pojemniczka z kosmetykami i finalne chwycenie oliwki czy innego linomagu. Zapobiegawcze wręczenie malutkiej jakiejś buteleczki już na początku tylko czasem zdaje egzamin - wydaje się, że Zulka jest przekonana, że tubką własnoręcznie zdobytą bawi się znacznie lepiej.

Układ między siostrami bez zmian - wciąż cierpliwie zabawiająca i edukująca Ola oraz wciąż zachwycona i rozradowana siostrą Zuza.
Ola wszczyna fajne rozmowy z siostrą. Ostatnio obserwowała, jak Zuzia unosi tułów i rozkłada rączki na boki (jedna z ulubionych pozycji malutkiej, wygląda wtedy, jak startujący samolot) i spytała: "dokąd się wybierasz? wiem, do Szwecji!" ???
A potem uczyła Zulkę przewrotów

Na Mikołaja Ola dostała aparat fotograficzny (Mikołaj kupił używany na allegro) i robi zdjęcia wszystkiemu, co się da - nie ma obiektu, który nie mógłby być sfotografowany. Swoje zdjęcie już mają zabawki, sztućce, zdjęcia małej Oli... Na razie Olcia daje upust nieskrępowanej wenie, na pogadanki o kadrowaniu itp. przyjdzie jeszcze czas.

Ola pokazuje świeże zdjęcie

Kilka pierwszych zdjęć:

Olkowa biedrona

zamek z wieżą, a wieża z trampoliną, basen w komplecie do trampoliny jest w planach pani budowniczej

A po południu w mikołajki wybrałyśmy się na imprezę dla dzieci w naszym domu kultury. Impreza może nie byłaby warta szczególnego odnotowania (choć występował na niej wyjątkowo miły, pogodny, cierpliwy i udanie przebrany Mikołaj), gdyby nie niezwykła śmiałość Oli. Córeczka najpierw obejrzała występ tańczących maluchów, potem jeden konkurs zakończony obdzieleniem cukierkami dzieci, które zgłosiły się na scenę. I może te cukierki wpłynęły na Olę, bo kiedy ogłoszono następny konkurs dla dziecka i rodzica, Ola od razu wstała, podeszła do mnie chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła na scenę. Przyznam, że pierwszą moją reakcją było główkowanie, jak wyplątać się z tej sytuacji. Ale po chwili stwierdziłam, że nie mogę tego zrobić córeczce i zlekceważyć takiego ładunku śmiałości, więc tańczyłyśmy na scenie, kłaniałyśmy się pięknie a Ola dostała cukierki.
A potem jeszcze Oleńka zaśpiewała Mikołajowi piosenkę, pełne dwie zwrotki z refrenem, on wysłuchał nie przerywając i pochwalił, co wzbudziło moje uznanie, bo Ola była przedostatnim z bodaj 50 dzieci, które otrzymywały od Mikołaja prezenty (dostarczone wcześniej dyskretnie przez rodziców).

wtorek, 6 grudnia 2011

pół roczku

W niedzielę stuknęło Zuzance pół roku. Co można powiedzieć o tak małym człowieku... Pogoda ducha - to jest najbardziej uderzająca cecha małej córeczki: Zuzek budzi się spokojnie, często się uśmiecha, długie minuty potrafi bawić się w skupieniu. Płacze rzadko, nie jest marudna. Na spacerach lubi, kiedy opuszczamy budkę gondolki - rozgląda się wtedy z uwagą. Zasypia łatwo, ale i łatwo się budzi. Z zapałem podchodzi do wszelkich zabaw, entuzjastycznie reaguje ostatnio na podskakiwanie (bierze się Zulkę na ręce i podskakuje) oraz na zabawę w chowanego. Bez słowa protestu mała znosi wszystkie eksperymenty starszej siostrzyczki - zapowiada się na dobrego towarzysza zabaw.
Poza wzmiankowanym podskakiwaniem aktualnie ulubione zabawy malutkiej to zabawa w chowanego (się znika za poduszką, a potem się pokazuje, salwy śmiechu Zuzki), córeczka świergocze na widok skaczącej piłki i próbuje ją łapać, ale jakoś bez szczególnego zaangażowania. Zuza jest bowiem umiarkowaną fanką wzmożonego wysiłku fizycznego, co świetnie widać przy pełzaniu. Otóż malutka posiadła umiejętność pełznięcia w wybranym kierunku, czasami więc kładę jakąś ciekawą rzecz kilka metrów od niej i zachęcam ją do wędrówki. Zulka pełznie kawałek, po czym widząc, że zabawka wciąż nie jest w zasięgu jej rączek, porzuca zbyt odległy cel i szuka czegoś ciekawego w bliższej okolicy.

Zulka ma nowe hobby: jest nim wychlapywanie jak największej ilości wody w czasie kąpieli. Po ablucjach Zuzy mokra jest nie tylko spora połać podłogi ale także rodzic kąpiący oraz siostra asystująca. A wczoraj malutka wpadła na to, że chlapać można nie tylko nogami, ręce też mogą się przydać...

Niestety Zuza nabawiła się ostatnio jednego niezbyt dobrego przyzwyczajenia - ssie kciuk i to z taką intensywnością, że na paluszku zmacerowała się skóra. Najczęściej ssie przez sen, ale i na jawie się zdarza, kiedy nikt się nią nie zajmuje przez dłuższy czas. I robi to coraz częściej. Niemal od razu został wdrożony plan naprawczy: zastosowałam płyn "gorzki paluszek", który zupełnie nie zdał egzaminu. Planem B było podanie córeczce smoczka, więc wyciągnęłam smoki dołączone do zestawów dla młodych mam i próbujemy.
Na razie system działa średnio na jeża. Zuzanka przyzwyczajona jest do swobodnej ekspresji - tych przeciągłych ooouee, chichocików, a ostatnio czegoś, co przypomina skrzypienie (dziecko wydaje takie dźwięki, jakby trochę zardzewiało). O ile dopuszczała zatykanie samej siebie kciukiem, to nie akceptuje kneblowania jej smoczkiem. Używanie smoczka polega więc na wkładaniu go do zuzkowego dziobka (rodzice) i radosnym wypluwaniu, przekładaniu z ręki do ręki, rzucaniu na odległość, ewentualnie gryzieniu boków ustrojstwa (Zulka). Ale dzięki tej zabawie Zuza ma stałe zajęcie wokółbuziowe i kciuk jakoś rzadziej wędruje do ust.
Sama jestem ciekawa co z tego wyniknie, po lektura paru artykułów w internecie nie natchnęła mnie zbytnim optymizmem (przekaz był taki, że ze ssaniem nie ma co walczyć, przejdzie w 4-6 roku życia).

W weekend mieliśmy gości: Damian z Anią i Magda, Adam i Zosia. Przyjechali na piątkową kolację, jedliśmy, dziewczyny wieczerzały z nami, a małe uszka słuchały. Efekty: wczoraj bawię się z Olą, ona jest dorosła, zaprasza gości i konwersuje: "coś wam jeszcze dać? może winka?".
A najmilsze zdjęcia z dziewczynami ma Adam:


W sobotę wybraliśmy się na spacer do city, na rynku Magda nabyła 2 balony z helem. Ola bardzo lubi te balony i zawsze boleje, gdy gaz z nich ucieka i przestają się unosić.
Ostatnio na taki balon daliśmy się naciągnąć w Lublinie, po czym przeklęliśmy własną krótkowzroczność i upór Oli, jako że dołożenie balonu do wakacyjnie zapakowanego auta wydało się niemożliwością. Zaproponowaliśmy Oli taki happening, że wypuścimy na wzgórzu zamkowym balon i będziemy patrzeć, gdzie leci. Absolutnie nie! Broniła jak niepodległości, wracaliśmy więc z balonem.
Wyposzczona balonowo Ola nie rozstawała się z nabytkiem, ale wpadła w rozpacz, gdy balon poszybował pod sufit w dużym pokoju. Niezawodny tato znalazł i na to sposób (dużo taśmy klejącej przyczepione do aluminiowego profilu):

Ola zaszczepia siostrzyczce balonolubność:

Między siostrami wciąż dobry układ. Zuza nieodmiennie z entuzjazmem przyjmuje olkową inicjatywę, a Ola sama z siebie zabawia siostrzyczkę, wykazując przy tym tyle inwencji, że czasem stopuję zabawę, powodowana lękiem o całość zuzkowych kości.
Ostatnimi czasy Olcia postanowiła poedukować siostrzyczkę. Rano, jeszcze w piżamce poprosiła, żebym przyniosła Zuzię do jej pokoju, kiedy się będzie ubierać. Umościłam więc Zulkę u siostry na kolorowej kołdrze Oli (a kołdrę na podłodze, to już nie te czasy, że można było zostawić Zuzankę na wąskim łóżku). Szykując się słuchałam monologu Oli: "Zuziu popatrz! tak się ubiera bluzkę - najpierw przechodzi głowa, potem rękawy; jak będziesz starsza, to cię nauczę; a teraz spodnie...". Za chwilę Ola przeszła do sekcji językowej: "Zuziu, zobacz - tu jest yellow i tu jest yellow, a tam i tam pink. a gdzie jest purple? pokaż ładnie coś, co jest purple, o waśnie tu!".
Zuza będzie dzieckiem wyjątkowo wcześnie edukowanym.
Ale kompletnie rozbroiła mnie Olcia, kiedy na koniec tego szkolenia ubraniowo-kolorystyczno-językowego przytuliła Zulkę i mówiła do niej z zapałem: "moja kitty, moja hello kitty", co w ustach Olci, lubującej się we wszechobecnej koteczce, zabrzmiało na wyjątkowe wyróżnienie.

Oli wyobraźnia i inwencja pracują dobrze, czasami za dobrze. Kilka dni temu Oleńka opowiedziała mi ze szczegółami co robili w przedszkolu (takie samorzutne opowieści nie są częstym zjawiskiem, Ola nie ma w sobie potrzeby dokładnego relacjonowania). Zgodnie z opowieścią Oli wybrali się z całą grupą do największego katarzyńskiego marketu, gdzie pani kupiła im po lizaku. Historia z wyprawą do sklepu mnie nie zdziwiła, bo widziałam na przedszkolnej tablicy, że jednym z "tematów kompleksowych" na bieżący miesiąc są właśnie zakupy. Pomyślałam, że po rozmowach o zakupach, piosence o zakupach ("zakupy zrobione, co trzeba kupione") przyszła pora na zajęcia w terenie.
Jakież było moje zdziwienie, gdy przy jakiejś okazji zagadnęłam panią Anię o wyjście. Pani wychowawczyni (też lekko zdumiona) zapewniała, że w żadnym sklepie nie byli, lizaków nie kupowała, a o zakupach rozmawiali tylko na sucho.
I wierz tu opowieściom dziecka.
Ale i tak lubię słuchać nielinearnych opowieści córeczki. Kilka dni temu relacja o przedszkolnych eksperymentach z gorącą i zimną wodą oraz kostkami lodu zaczęła się od tego, że "dziś wszyscy puszczaliśmy w przedszkolu bańki mydlane", dopiero potem przyszło: "ale nie z takiej zwykłej wody, tylko z wody z roztopionych kostek lodu".
Ola posiadła też - niestety - umiejętność oszczędnego gospodarowania prawdą. Obrazek ze stłuczoną szybką znalazł się między poduchami kanapy. Na moje (beznadziejne w gruncie rzeczy) pytanie: "dlaczego nie powiedziałaś, że ci spadł obrazek?" otrzymałam niewiele wnoszącą odpowiedź: "bo zapomniałam".

A dziś wieczorem podam Zuzce pierwszą porcje antybiotyku - nasz półroczniak nabawił się zapalenie oskrzeli.
Smoczki, lekarstwa, fantazje - bez nich się nie obejdziemy.

niedziela, 27 listopada 2011

stoi na stacji lokomotywa

a konkretnie parowóz

11.11 nie zrażeni wybitnie rześkim powietrzem ruszyliśmy do Jaworzyny, do muzeum kolejnictwa. Wybierając kierunek wycieczki kierowałam się głównie chęcią oderwania naszego rodzinnego fana pojazdów szynowych od spędzenia kolejnego weekendu na pracach wokół domu. Okazało się, że i Ola miała frajdę; choć zimno szczypało w policzki długo musieliśmy ją namawiać na opuszczenie parowozowni.
Najpierw Maciek z Olą zbadali ogólny stan posiadania Muzeum Techniki (Maciek bolejąc nad rdzewiejącymi weteranami szyn), po czym pan przewodnik zaprosił nas do jednego z kilku niewielkich budynków o niepozornej elewacji, za obdrapane drzwi, dla lepszej konspiracji pozbawione jakichkolwiek napisów. I zanim zaprezentował słusznych rozmiarów makietę kolejową, pokazał w pierwszej sali zabytek, którego uroku nasza córeczka nie umiała w pełni docenić:


Komputer Odra, zajmujący cały pokój, o pamięci kilkukrotnie mniejszej od dyskietki (swoją drogą widzę już oczyma duszy Olę i Zuzę, które pytają mnie za kilka lat: "mamo, co to jest dyskietka?"). A w dalszym kącie pokoju inne rekwizyty z opowieści z krainy mchu i paproci:


Później Ola z Maćkiem wsiedli do parowozu i odbyli przejażdżkę, a pan maszynista dla lepszego efektu nie skąpił pary ni gwizdów (to ostatnie wyjątkowo nie pasowało Zulce).


Po przejażdżce ruszyliśmy razem do lokomotywowni (Zuzi - dla większej wygody spacerowania włożonej w chustę - wzrosła tolerancja na dziwne dźwięki). Można było dotykać, wdrapywać się, łapać za wajchy, pukać, zadawać tacie tysiączne pytania i nie przejmować się spadającą temperaturą powietrza.

Szczęściem nieopodal była miła karczma z płonącym kominkiem i zbawczym gorącym żurkiem. Posileni mogliśmy jeszcze podziwiać uroki zalanego żwirowiska, gdzie latarnie wyrastały wprost z lustra wody.


Dzień po parowozowych przeżyciach ruszyliśmy na 18 urodziny Jagody, gdzie nasze dziewczyny były najmłodszymi gośćmi. Zuza nie bardzo się tym przejęła i po otrzymaniu porcji komplementów za pogodne usposobienie i słodki uśmiech, poszła spać o zwykłej porze.
A Olę musieliśmy niemal siłą wyciągać z parkietu nieco przed 23 (podczas gdy z reguły już o 20.30 smacznie śpi). Ola bawiła się nadspodziewanie dobrze; choć większość krewnych i znajomych Jagody widziała po raz pierwszy, bez oporów wtopiła się w towarzystwo. Tańczyła niestrudzenie z wujkami solenizantki, zbierając pochwały za wyczucie rytmu i kondycję, śmiało wychodziła na dwór w rześki wieczór, jako człon tanecznego pociągu, z bartkową Hanią bawiła się balonami i rozmawiała jak ze starą znajomą. Szczerze uśmiechnięta, rozbawiona - szczęśliwy gość osiemnastkowy.
Ola lubi Jutrosin, czuje się tam dobrze i swobodnie. Pokazało się to fajnie w niedzielny poranek, kiedy Ola szybko i bez żalu zostawiła śniadających rodziców i poszła tylko z wujkiem Sylwkiem na spacer nad Orlą (co myśmy przyjęli z lekkim zdumieniem, a wujek z całkowitym spokojem).
Kilka dni temu córeczka spytała się, kiedy znowu będą urodziny Jagody...

W przedszkolu sytuacja towarzysko-koleżeńska bez zmian - to znaczy pełna wzlotów i upadków, na przemian: świetna zabawa, komitywa i idylla ("mamo, jak będziesz robić dla mnie kanapkę ma basen, zrób taką samą dla Leny" i tym sposobem zabieranie bułeczki dla koleżanki stało się nową świecką tradycją) oraz: "bo ona się rządzi" i "już nie będę się z nią bawić".

A ja miałam ostatnio bardzo przyjemną rozmowę z przedszkolną panią psycholog, która przetestowała dzieciaki ("mamo, dziś siedziałam z panią Marceliną na stryszku" zeznała Ola jakiś czas temu) i podawała rodzicom diagnozy. Widocznie ten stryszek to jakieś fortunne miejsce, bo usłyszałam, że Ola ma bardzo duży potencjał intelektualny, dobrą wiedzę o świecie, świetną pamięć, prawidłową koordynację ruchową, itd. Cud, miód i orzeszki. Ale skłamałabym pisząc, że nie było mi miło i że na prawdopodobne rozpoczęcie przez Olę edukacji w wieku lat 6 nie spojrzeliśmy raźniej.

Pamięć córeczka rzeczywiście ma niezłą i ostatnio regularnie rozgramiała nas w memory - bez żadnego dawania forów. Najpierw graliśmy zestawem kilkunastoelementowym wyciętym z gazetki dla dzieci, szybko przerzuciliśmy się na zestaw 40-elementowy. O ile Maćkowi zdarza się wygrywać z córeczką, to ja z reguły kończę grę na zaszczytnym drugim miejscu.
A Zuzanka patrzy.

Dzięki olkowym porywom mieliśmy ostatnio brokatowy dom. Zaczęło się od wypatrzenia przez córkę, że inna grupa w przedszkolu robiła jeżyki z masy solnej (masa solna + goździki). Zrobiłyśmy więc parkę jeży. A z pozostałej masy Ola wycięła pierniczkowymi foremkami gwiazdki, misie, serca, itp. Potem naciągnęła mnie na brokat w 4 kolorach i ozdabiałyśmy niepowtarzalne przystrojenia choinki (każda gwiazdka ma inaczej zwichrowane ramię, a każdy miś inaczej przekrzywioną główkę/łapę). Choć w trakcie prac nie wyszłyśmy poza kuchnię, po robocie brokat był wszędzie, w tym na Zuzi, która pełzając mimochodem froteruje podłogi.


A tu zuzkowe pełznięcie uchwycone - zostawiłam Zulkę na kołderce (prawy dolny róg) i poszłam umyć z Olcią zęby. Po powrocie:

Mobilność Zuzki ma na razie charakter raczej przypadkowy, tzn. mam wrażenie, że ona pełznie gdzie się zdarzy, a nie zmierza do wytyczonego celu.
A potem czas na regenerację sił:

I po pobudce:
Pora posiłku:

tarte jabłko - zdecydowanie nie,
banan - jak najbardziej (mieszam więc jabłko z bananem),
dynia - nie bardzo (Ola wcinała)
kaszka z owocami- chętnie
zupa jarzynowa, zwłaszcza z pietruszką - uwielbia! (przy pierwszej próbie zagrzałam kilka łyżeczek, ale po entuzjastycznej reakcji popędziłam podgrzewać resztę)

Początki oczywiście nie były łatwe; zaczęliśmy od bananowej kaszki, która teraz jedzona jest chętnie i bez oporów, ale po pierwszych karmieniach Maciek myjący małą stwierdził, że to co oblepiało zuzkową szyjkę wystarczyłoby spokojnie na drugą małą porcję - córeczka pluła pokazowo, robiąc przy tym minki pod tytułem: "co wy mi tutaj wkładacie do dziobka? a co się stało z mleczkiem?".
Dokarmianie ruszyło na początku 6. miesiąca, bo Zuzinek coś słabo na wadze przybierał. Po miesiącu coraz bardziej urozmaiconego karmienia Zuzka poprawiła wynik na wadze, ale wciąż utrzymuje się w subtelnym 10 centylu.
A tak wygląda Zulka odkarmiona:


sobota, 12 listopada 2011

klocki


Klockowa układanka Oli (wytwór indywidualny, niekierowany) pokazuje, co ostatnio działo się wokół domu: był robiony taras (klocek czerwony w otoczeniu zielonej trawy), sadzone drzewka (walce koło ścieżki) i robiony płot - symptomatycznie nieukończony, bo trafiliśmy na wyjątkowo wyluzowaną ekipę (skończyli z miesięcznym poślizgiem). Na ponaglające telefony Maćka, szef firmy ogrodzeniowej miał stałą odpowiedź: "panie Macieju, pan się nie denerwuje, zrobimy...". Pan się trochę denerwował, pani też. A dziecko odnotowało.
Dziecko nie tylko utrwala obserwacje, ale też czynnie się angażuje. I choć poniższe zdjęcie wygląda jak kadr z dokumentu o wyzysku dzieci, to zapewniam, że Oleńka włącza się w roboty okołodomowe z własnej, nieprzymuszonej woli i koniecznie chce wszystkiego popróbować.

Powyżej Ola przy budowie tarasu, poniżej główny wykonawca, w towarzystwie dyniowej latarni (wykonanej na Święto Dyni i Ziemniaka w przedszkolu). O rześkiej godzinie 22 już nikt, poza wzmiankowanym Panem Dynią nie chciał mu towarzyszyć.

Maciek walczył z materią o nietypowej porze, żeby nasi październikowi goście mieli po czym przejść do ogniska. Na imprezę przejście było, Ola nie skorzystała z niego bodaj ani razu, zadowalając się pieczoną kiełbaską przyniesioną przez tatę do domu. Ilość gości nie wpłynęła na nią deprymująco, świetnie bawiła się z Szymkiem, a potem z Zosią. Zabawa szła tak dobrze, że Ola najpierw postanowiła, że będzie spać z Zosią, po wyperswadowaniu jej tego, pozornie pogodzona poszła spać, po czym obudziła się o 6.20 (w niedzielę!) i oświadczyła, że idzie sprawdzić, czy Zosia się już nie obudziła.

Ola też dobrze bawiła na dorocznym zjeździe rodzinnym w Polanicy.
Rozkładając sztućce Ola skrupulatnie liczyła stołowników (14, nie licząc posilającej się poza stołem siostrzyczki i krążącego wokół stołu Wojtusia). Córka miała powód, by zliczać krewnych: jak tylko dowiedziała się, że do babci przyjedzie więcej gości stwierdziła z satysfakcją: "będzie dużo nakrętek". W olkowym przedszkolu trwa akcja zbierania nakrętek, a dzieci, które je przynoszą, dostają drobne prezenciki. Ola, która z pełną powagą traktuje wszelkie przedszkolne akcje, jest mocno przywiązana do swoich małych zdobyczy i nie przepuści okazji, żeby powiększyć ich zbiór.
Ale zanim nastąpiła szczęsna chwila nakrętkowych żniw Ola pomagała babci, uważnie dziurkując kluski śląskie.


A na rodzinnym zjedzie Olcia śmiało prowadziła rozmowy z ciotkami (choć z reguły sama ich nie zaczynała) i bez żadnego skrępowania szalała ze starszymi kuzynami, chwilami w silnej fazie mimikry naśladując ich nastoletnie zachowania, chwilami proponując swoją wersję zabawy. Była też opiekuńczą straszą kuzyneczką dla Wojtusia.


Niedzielne wyjście na Góralkę:

I odpoczynek po zabawie:

A Zuza w ramionach cioci Magdy, stale i konsekwentnie namawianej przez Marysię na kolejnego braciszka/siostrzyczkę.


Dobrze było patrzeć na Olę w ferworze zabawy, śmiejącą się głośno i namawiającą starsze towarzystwo na coś, co sama wymyśliła. W domu Ola zachowuje się śmielej niż w przedszkolu. Wygląda na to, że kontakty z rówieśnikami są trudniejsze, niż ze starszymi kuzynami.
Nasze powroty z przedszkola zawsze zaczynają się od opowieści, jak minął dzień w przedszkolu. Opowieść Oli biegnie nielinearnie, drobny szczegół urasta do atrakcji/problemu dnia, a anonsowane na przedszkolnej tablicy wydarzenia (przedstawienie, koncert) czasami nie doczekują się nawet wzmianki. Ola chętnie opowiada za to o zabawach i rozmowach z koleżankami. Jej przyjaźnie z Wiktorią, Leną, Mają i Asią to historia pełna licznych zwrotów akcji: celebrowania wspólnych zabaw, trzymania sztamy, ale też zupełnych nieporozumień i dramatycznych sporów. Ola lubi swoje koleżanki i jest lubiana, ale czasem komunikacja w małej grupie mocno szwankuje, a umiejętności budowania kompromisu są niewielkie. Córeczka opowiada np., jak bawiła się dziś z chłopakami, bo Wiktoria chciała się bawić kucykami, a Ola klockami i "się obraziły". Sugeruję, żeby umówić się, że najpierw pobawią się jednym, potem drugim (albo każda swoim, a potem razem czymś innym). Ola rozważa propozycję, mam wrażenie, że docenia pomysł, ale następnego dnia historia się powtarza.
Ostatnio plac zabaw olkowego przedszkola wzbogacił się o dużą trampolinę. Ola uwielbia skakanie i spędza na trampolinie tyle czasu, ile się tylko da. Ona skacze, a ja mam czas na rozmowę z wychowawczynią. Pani Ania dobrze obserwuje i potrafi powiedzieć o swoich podopiecznych coś więcej, niż standardowe "wszystko w porządku". Opisuje Olę, jako chętną do współpracy, choć lubiącą też robić coś po swojemu, ale mającą problemy z bronieniem swojego stanowiska. Inna rzecz, że w tym roku do grupy Oli trafiła Lena (określona przez p. Anię, jako gwiazda socjometryczna), którą Ola bardzo lubi i z którą chętnie się bawi, ale z którą zupełnie nie umie negocjować - Olcia albo bawi się w to, co wymyśliła Lenka, albo się wycofuje.
Ola też bardzo poważnie traktuje to, co mówią koleżanki i jeżeli nie są to jakieś oczywiste fantazje ("Wiktoria dziś mówiła, że ma dżdżownicę, którą wyprowadza na spacer na smyczy, ale to niemożliwe, prawda mamo?"), przyjmuje to za dobrą monetę i podejrzliwie patrzy na mnie, kiedy oględnie stwierdzam, że raczej nie może być tak, jak opowiedziały jej koleżanki (trzeba by widzieć ten powątpiewający wzrok, mam wrażenie, że ona myśli: "mama jest kochana, ale cóż, o pewnych rzeczach po prostu nie wie").
W domowych pieleszach Ola jest i asertywna i negocjująca, mówi co jej się podoba i co nie, nie ma problemu z wyartykułowaniem tego, co chciałaby robić, a na co nie ma ochoty. Grupa rówieśnicza jest dla niej większym wyzwaniem. Tym bardziej dobrze, że Ola chodzi do przedszkola. Ale widzę, że czeka nas jeszcze wiele rozmów o komunikacji; Olcia uważa, że jak zrobi minkę, to już koleżanki wiedzą, co też ona myśli. Wygląda to tak:
- ... ale ja nie chciałam już się w to bawić!
- a powiedziałaś jej to?
- tak!
- a jak to zrobiłaś?
- pokazałam taką minę - o (i tu: nosek zmarszczony, usta wydęte - ogólnie manifestacja niezadowolenia)
- Oleńko, a może lepiej byłoby powiedzieć....

A tymczasem (w odległej galaktyce niemowlaczków) Zulka biegle przewraca się z plecków na brzuszek i na odwrót, a leżąc na brzuszku podpiera się rączkami i jak najwyżej unosi głowę, rwie się też do siadania. Choć nie mogłam się doczekać, aż Zuzia osiągnie biegłość w tych umiejętnościach ruchowych (bo Ola już przewracała się swobodnie w 4 miesiącu), to teraz z lekkim rozrzewnieniem myślę o nieodległych przecież czasach, kiedy przebieranie pieluszki czy ubieranie spodenek nie polegało - w dużej mierze - na łapaniu wysmykującej się córeczki, która właśnie po drugiej stronie przebieralnika zlokalizowała paczkę mokrych chusteczek o tak cudnie szeleszczącym opakowaniu.







A układ między siostrami wciąż bardzo obiecujący. Nie wiem, jak to będzie, jak Zuzia zacznie się poruszać, coś popsuje w Oli pokoju, albo poprzeszkadza starszej siostrze, ale teraz jest świetna symbioza. Zulka z zachwytem obserwuje Olę (wygląda to tak, jakby duża siostra grała główną rolę w wokółzuzkowym teatrze), Ola cierpliwie przynosi zabawki, zagaduje małą i odnotowuje postępy ("zobaczcie, jak Zuza wysoko podniosła się na rączkach!").
Ola ma świadomość przewagi nad malutką i nieporadną siostrzyczką, ale to, co wypływa z tej świadomości wygląda całkiem optymistycznie.

niedziela, 2 października 2011

złota, polska

Nie, żebym kiedyś nie zwracała uwagi na zmieniające się pory roku - odnotowywałam świeże wiosenne liście czy chłodniejsze jesienne poranki, ale nigdy dużo o tym nie rozmawiałam. Zmieniło się to, odkąd Ola zrobiła się komunikatywna.
Przeżywanie pór roku wzmacnia też przedszkole. Szkoła oczywiście też - ostatnio nasza miła sąsiadka - pierwszoklasistka Sabinka, zapytana jak minął dzień w szkole, zrelacjonowała: "robiliśmy jesienne drzewo"; akurat tego samego dnia na wystawie w przedszkolu zawisły jesienne liście, robione przez grupę Oli znaną metodą wyklejanki.
Ola czasem zapamiętuje się w jesiennych zabawach, np. postanawia nadać imię wszystkim znalezionym kasztanom (bo już w głowie ma gotową historię na temat ich skomplikowanych relacji rodzinno-koleżeńskich: "ten kasztan jest córeczką tamtego, która chodzi do szkoły z tym małym kasztankiem i..."), albo znaleźć tyle samo żołędzi z czapeczkami co bez czapeczek (empirycznie stwierdzone: zadanie niemożliwe, jakoś tak się dzieje, że żołędziom odpadają czapeczki przy zderzeniu z ziemią i to, co leży pod dębem nie wygląda tak ładnie, jak przysmak Prosiaczka na ilustracjach w książce).
Powroty z przedszkola przez park zabierają nam więc dużo czasu.

Ola pochyla się nad niemal każdym robakiem, zawsze znajdzie patyk o interesującym kształcie (przy wejściu mamy już kolekcję takich patyków, systematycznie wyrzucanych na dwór, bo Ola często zapomina o przyniesionych skarbach), podniesie każde piórko, sprawdzi jaki kształt mają chmury... Bardzo to u niej lubię, ale niekiedy jej niestrudzona ciekawość zderza się z prozą życia - czas nie chce płynąć wolniej i np. nieuchronnie zbliża się godzina wyjścia na tańce, karmienia Zuzi, itp. I wtedy niemal siłą odrywam Olę od wymyślania, do czego podobna jest tamta chmura, tam za dużym drzewem, ale zawsze mi żal. Dlatego, jak tylko czas nas nie goni, obserwujemy wszystko co się da - ostatnio spędziłyśmy niemal pół godziny, przyglądając się pracy specjalnego kombajnu do zbierania kukurydzy (przyznam, że mnie też zafascynowała maszyna, która przodem ścinała łodygi z kolbami, a rurą wypuszczała wyłuskane ziarna).

Ola z gąsienicą.

Dzień w dzień czystość odzieży Oli po powrocie z przedszkola jest dyskusyjna. A właściwie: nie jest dyskusyjna, ubrania nadają się tylko do pralki. Ale ponieważ naszą ambicją jest wychować córki śmiało wspinające się po drzewach, to po prostu zapełniamy po raz kolejny wirujący bęben...

Za to Zuza nie brudzi się prawie wcale, co nie znaczy, że przyjęły się u nas najnowsze światowe trendy w pediatrii, zgodnie z którymi niemowlę powinno się kąpać 2-3 razy w tygodniu.
Oto panna Zuzanna, niezmiennie radosna miłośniczka szeleszczących zabawek (pszczółka od Magdy i Roberta, o pięknie szeleszczących skrzydełkach jest obecnie zdecydowanie ulubioną zabawką małej).

A poniżej mała łapka, która posiadła już pewnie sztukę łapania i trzymania (nie rezygnując z pracowitego młócenia rączkami w powietrzu).

Brakuje jeszcze zdjęcia małych nóżek, które konsekwentnie noc w noc skopywały z Zulki kołderkę. Proceder ten został ukrócony za pomocą śpiworka, w który pakujemy Zuzkę każdego wieczoru. Jeżeli dobrze pamiętam, to Ola walkę z kołdrą zaczęła trochę później. Za to Ola w wieku Zuzki już swobodnie przekręcała się na brzuszek, u Zuzy to na razie udaje się raz na jakiś czas i dziwi samą Zuzkę, która wygląda, jakby zastanawiała się, jak to się stało, że tak bardzo zmienił się jej punkt widzenia.


A Ola coraz lepiej czuje się w przedszkolu. Kiedy ją odbieram, lubię przyglądać się (nie wychylając się za bardzo zza ogrodzenia) zabawom w przedszkolnym ogrodzie. Obserwowanie zatopionych w świecie swych skomplikowanych zabaw 4-latków przerywa z reguły dekonspirujący okrzyk kolegi/koleżanki z grupy, którzy dojrzeli mnie przez płot: "Ola, do domu, na kluski z betonu". Pani Ania, wychowawczyni Oli (sama będąca absolwentką katarzyńskiego przedszkola), śmieje się, że kolejne już pokolenie wykrzykuje o kluskach z betonu...
I Olcia z mniejszym lub większym ociąganiem przerywa jakieś omawiane podziału ról do zabawy (typu: "ja będę królem, ty królewną, a ty myszą"), stawianie wymyślnych konstrukcji z piasku, jeszcze parę razy wejdzie na zjeżdżalnię pod górę (co niekoniecznie jest wchodzeniem pod prąd, bo chyba większość dzieci w tym wieku atakuje zjeżdżalnię od dołu - zjazd z góry zbyt spowszedniał?), dokona kilku wymian dóbr (tzn. koniczynkę za listek, ten da koledze, dodając jeszcze kamyczek, otrzyma patyk, który będziemy musieli nieść do domu) i już prawie możemy iść do domu. Jeszcze pożegnanie - czasami zdawkowe "pa, pa" do wszystkich, czasem sumienne żegnanie się z wszystkimi bliższymi koleżankami i kolegami, połączone z umawianiem się na następny dzień.

Widać, jak po roku chodzenia do przedszkola olkowa nieśmiałość ustępuje. Na znanym sobie terenie, czyli w przedszkolu, Ola nie tylko śmiało zagaduje do znajomych dzieciaków, ale czasami też do ich rodziców. Fajne są też spotkaniach "na mieście" (na wsi), o które nietrudno w tak małej miejscowości. Ola z daleka wita koleżankę/kolegę i rusza do zabawy, albo do konwersacji. Kiedy już czas kończyć Ola żegna się wylewnie (kilka dni temu w parku zaskoczyła kolegę Krzysia uściskiem na niedźwiadka).
Ostatnio koło szkoły Ola kilka razy spotkała swoją koleżankę z przedszkola Nataszkę, która chodzi już do zerówki i rozmawiały sobie o swoich paniach wychowawczyniach, umawiały się na zabawę.
Dorasta nam dziecię.
I coraz częściej ma wyrobione zdanie na różne tematy, które nie dotyczą jej bezpośrednio (co będzie robić, ubierać się, jeść itp). Ostatnio wytrwale przez kilka dni przekonywała nas, że elewacja wykonywana przez Maćka jest nieładna i żeby tato zrobił takie wykończenie wokół okien, jak mają sąsiedzi. Córeczka była bardzo zdeterminowana, żeby przekonać nas do swoich racji i zdarzyło się kilkukrotnie, kiedy jechaliśmy autem, że - widząc elewację, która jej się podobała - namawiała, żeby zrobić właśnie tak, jak w tym domku po lewej/prawej/z czerwonym dachem...Nie daliśmy się przekonać, ale żeby udobruchać córkę, zachęciliśmy ją, żeby narysowała coś przed położeniem desek. Zgodziła się.


A tu próbka twórczości Oli na tradycyjnym podłożu - jak widać motyw tulipana jest obecnie wiodący. Na zdjęciu jest mama w pełni ubrana, bo na kolejnym rysunku Ola narysowała poniżej szyi dwa kółeczka a na pytanie "co to?" otrzymałam odpowiedź "no przecież to piersi".


I tak karmienie Zuzi znalazło odbicie w olkowej twórczości.
A póki co Ola szczęśliwie dobrze znosi bycie starszą siostrą. Bodaj tylko raz namawiała mnie: "nie karm Zuzi, baw się ze mną". Najbardziej cieszą nas ciepłe uczucia, jakie Ola żywi wobec Zuzi; Ola zawsze solennie wita się i żegna z Zuzą (a jak w przedszkolu zapomni, to wraca i ją podwójnie obcałowuje), głaszcze, przytula, całuje (nie czyniąc przy tym szkód w delikatnej konstrukcji siostrzyczki), przemawia i zabawia. A Zulka patrzy na nią zachwyconym wzrokiem i szczerzy bezzębne dziąsełka. Tak się zastanawiam, czy pierwszym słowem, jakie wypowie Zulka, nie będzie właśnie "Ola", bo starsza siostra jest najruchliwszym elementem zuzkowego świata.


I tak za krótka doba nie dorzuciła w promocji po pojawieniu się drugiego dziecka kilku nowych godzin. Staramy się dzielić czas i uwagę na obie córeczki, a kiedy się da - spełniać zachcianki Oli (ze spełnianiem zachcianek Zulki poczekamy, aż będzie umiała je wyartykułować). We wrześniową niedzielę udaliśmy się do ZOO, ale - zgodnie z życzeniem Oleńki - nie autem, tylko statkiem "jak w zeszłym roku":



Trafiliśmy akurat w porę karmienia, a potem zainspirowaniu dobrym przykładem udaliśmy się do rynku na obiad i - obowiązkowo - na lody:


W ostatni wrześniowy czwartek Ola zwagarowała z przedszkola i wybrałyśmy się do pobliskich Galowic do Muzeum Powozów (skusiła mnie tablica informacyjna, którą mijamy jadąc do Bielan). Ola z ochotą oglądała wszystkie te bryczki, wolanty, "doktórki" (lekki powóz dla lekarza, dla większego realizmu przyozdabiany torbą lekarską), zgromadzone w starym spichlerzu przez jednego fascynata (muzeum to całkowicie prywatna inicjatywa). Córeczka bardzo zapaliła się do podróży takim pojazdem; myślę że walnie przyczyniły się do tego miękko wyściełane ławki w powozach, obciągnięte pluszem w soczystych kolorach. A ja nieromantycznie wskazywałam na liczne zalety samochodu, do którego taki pojazd się nie umywa... Ola była zdegustowana moją argumentacją.

Po zwiedzaniu piknikowałyśmy pod wielką lipą, zaraz potem Zuza zasnęła, a Ola ruszyła spalać kalorie na muzealnym placyku zabaw.

Kiedy wracałyśmy do domu Ola spytała mnie: "dzisiaj jest czwartek?", a gdy potwierdziłam, Olcia westchnęła: "szkoda, dziś miały przyjść duże dziewczyny ze szkoły* i dawać medale tym, którzy ładnie zjedzą podwieczorek". Zaproponowałam, że możemy jeszcze pojechać do przedszkola, może dziewczyny jeszcze będą. Na co Ola odparła zrezygnowanym głosem: "Teraz? teraz to już musztarda po obiedzie".
Dziecko niepostrzeżenie opanowuje frazeologię ojczystego języka.

*do Oli przedszkola niemal co tydzień przychodzą wolontariuszki z gimnazjum, pobawić się z dziećmi; maluchom imponuje, że "duże dziewczyny"rozkręcają z nimi zabawy.