Klockowa układanka Oli (wytwór indywidualny, niekierowany) pokazuje, co ostatnio działo się wokół domu: był robiony taras (klocek czerwony w otoczeniu zielonej trawy), sadzone drzewka (walce koło ścieżki) i robiony płot - symptomatycznie nieukończony, bo trafiliśmy na wyjątkowo wyluzowaną ekipę (skończyli z miesięcznym poślizgiem). Na ponaglające telefony Maćka, szef firmy ogrodzeniowej miał stałą odpowiedź: "panie Macieju, pan się nie denerwuje, zrobimy...". Pan się trochę denerwował, pani też. A dziecko odnotowało.
Powyżej Ola przy budowie tarasu, poniżej główny wykonawca, w towarzystwie dyniowej latarni (wykonanej na Święto Dyni i Ziemniaka w przedszkolu). O rześkiej godzinie 22 już nikt, poza wzmiankowanym Panem Dynią nie chciał mu towarzyszyć.
Maciek walczył z materią o nietypowej porze, żeby nasi październikowi goście mieli po czym przejść do ogniska. Na imprezę przejście było, Ola nie skorzystała z niego bodaj ani razu, zadowalając się pieczoną kiełbaską przyniesioną przez tatę do domu. Ilość gości nie wpłynęła na nią deprymująco, świetnie bawiła się z Szymkiem, a potem z Zosią. Zabawa szła tak dobrze, że Ola najpierw postanowiła, że będzie spać z Zosią, po wyperswadowaniu jej tego, pozornie pogodzona poszła spać, po czym obudziła się o 6.20 (w niedzielę!) i oświadczyła, że idzie sprawdzić, czy Zosia się już nie obudziła.
Ola też dobrze bawiła na dorocznym zjeździe rodzinnym w Polanicy.
Rozkładając sztućce Ola skrupulatnie liczyła stołowników (14, nie licząc posilającej się poza stołem siostrzyczki i krążącego wokół stołu Wojtusia). Córka miała powód, by zliczać krewnych: jak tylko dowiedziała się, że do babci przyjedzie więcej gości stwierdziła z satysfakcją: "będzie dużo nakrętek". W olkowym przedszkolu trwa akcja zbierania nakrętek, a dzieci, które je przynoszą, dostają drobne prezenciki. Ola, która z pełną powagą traktuje wszelkie przedszkolne akcje, jest mocno przywiązana do swoich małych zdobyczy i nie przepuści okazji, żeby powiększyć ich zbiór.
Ale zanim nastąpiła szczęsna chwila nakrętkowych żniw Ola pomagała babci, uważnie dziurkując kluski śląskie.

A na rodzinnym zjedzie Olcia śmiało prowadziła rozmowy z ciotkami (choć z reguły sama ich nie zaczynała) i bez żadnego skrępowania szalała ze starszymi kuzynami, chwilami w silnej fazie mimikry naśladując ich nastoletnie zachowania, chwilami proponując swoją wersję zabawy. Była też opiekuńczą straszą kuzyneczką dla Wojtusia.

Niedzielne wyjście na Góralkę:



I odpoczynek po zabawie:
A Zuza w ramionach cioci Magdy, stale i konsekwentnie namawianej przez Marysię na kolejnego braciszka/siostrzyczkę.
Dziecko nie tylko utrwala obserwacje, ale też czynnie się angażuje. I choć poniższe zdjęcie wygląda jak kadr z dokumentu o wyzysku dzieci, to zapewniam, że Oleńka włącza się w roboty okołodomowe z własnej, nieprzymuszonej woli i koniecznie chce wszystkiego popróbować.
Ola też dobrze bawiła na dorocznym zjeździe rodzinnym w Polanicy.
Rozkładając sztućce Ola skrupulatnie liczyła stołowników (14, nie licząc posilającej się poza stołem siostrzyczki i krążącego wokół stołu Wojtusia). Córka miała powód, by zliczać krewnych: jak tylko dowiedziała się, że do babci przyjedzie więcej gości stwierdziła z satysfakcją: "będzie dużo nakrętek". W olkowym przedszkolu trwa akcja zbierania nakrętek, a dzieci, które je przynoszą, dostają drobne prezenciki. Ola, która z pełną powagą traktuje wszelkie przedszkolne akcje, jest mocno przywiązana do swoich małych zdobyczy i nie przepuści okazji, żeby powiększyć ich zbiór.
Ale zanim nastąpiła szczęsna chwila nakrętkowych żniw Ola pomagała babci, uważnie dziurkując kluski śląskie.
A na rodzinnym zjedzie Olcia śmiało prowadziła rozmowy z ciotkami (choć z reguły sama ich nie zaczynała) i bez żadnego skrępowania szalała ze starszymi kuzynami, chwilami w silnej fazie mimikry naśladując ich nastoletnie zachowania, chwilami proponując swoją wersję zabawy. Była też opiekuńczą straszą kuzyneczką dla Wojtusia.
Niedzielne wyjście na Góralkę:
I odpoczynek po zabawie:
Dobrze było patrzeć na Olę w ferworze zabawy, śmiejącą się głośno i namawiającą starsze towarzystwo na coś, co sama wymyśliła. W domu Ola zachowuje się śmielej niż w przedszkolu. Wygląda na to, że kontakty z rówieśnikami są trudniejsze, niż ze starszymi kuzynami.
Nasze powroty z przedszkola zawsze zaczynają się od opowieści, jak minął dzień w przedszkolu. Opowieść Oli biegnie nielinearnie, drobny szczegół urasta do atrakcji/problemu dnia, a anonsowane na przedszkolnej tablicy wydarzenia (przedstawienie, koncert) czasami nie doczekują się nawet wzmianki. Ola chętnie opowiada za to o zabawach i rozmowach z koleżankami. Jej przyjaźnie z Wiktorią, Leną, Mają i Asią to historia pełna licznych zwrotów akcji: celebrowania wspólnych zabaw, trzymania sztamy, ale też zupełnych nieporozumień i dramatycznych sporów. Ola lubi swoje koleżanki i jest lubiana, ale czasem komunikacja w małej grupie mocno szwankuje, a umiejętności budowania kompromisu są niewielkie. Córeczka opowiada np., jak bawiła się dziś z chłopakami, bo Wiktoria chciała się bawić kucykami, a Ola klockami i "się obraziły". Sugeruję, żeby umówić się, że najpierw pobawią się jednym, potem drugim (albo każda swoim, a potem razem czymś innym). Ola rozważa propozycję, mam wrażenie, że docenia pomysł, ale następnego dnia historia się powtarza.
Ostatnio plac zabaw olkowego przedszkola wzbogacił się o dużą trampolinę. Ola uwielbia skakanie i spędza na trampolinie tyle czasu, ile się tylko da. Ona skacze, a ja mam czas na rozmowę z wychowawczynią. Pani Ania dobrze obserwuje i potrafi powiedzieć o swoich podopiecznych coś więcej, niż standardowe "wszystko w porządku". Opisuje Olę, jako chętną do współpracy, choć lubiącą też robić coś po swojemu, ale mającą problemy z bronieniem swojego stanowiska. Inna rzecz, że w tym roku do grupy Oli trafiła Lena (określona przez p. Anię, jako gwiazda socjometryczna), którą Ola bardzo lubi i z którą chętnie się bawi, ale z którą zupełnie nie umie negocjować - Olcia albo bawi się w to, co wymyśliła Lenka, albo się wycofuje.
Ola też bardzo poważnie traktuje to, co mówią koleżanki i jeżeli nie są to jakieś oczywiste fantazje ("Wiktoria dziś mówiła, że ma dżdżownicę, którą wyprowadza na spacer na smyczy, ale to niemożliwe, prawda mamo?"), przyjmuje to za dobrą monetę i podejrzliwie patrzy na mnie, kiedy oględnie stwierdzam, że raczej nie może być tak, jak opowiedziały jej koleżanki (trzeba by widzieć ten powątpiewający wzrok, mam wrażenie, że ona myśli: "mama jest kochana, ale cóż, o pewnych rzeczach po prostu nie wie").
W domowych pieleszach Ola jest i asertywna i negocjująca, mówi co jej się podoba i co nie, nie ma problemu z wyartykułowaniem tego, co chciałaby robić, a na co nie ma ochoty. Grupa rówieśnicza jest dla niej większym wyzwaniem. Tym bardziej dobrze, że Ola chodzi do przedszkola. Ale widzę, że czeka nas jeszcze wiele rozmów o komunikacji; Olcia uważa, że jak zrobi minkę, to już koleżanki wiedzą, co też ona myśli. Wygląda to tak:
- ... ale ja nie chciałam już się w to bawić!
- a powiedziałaś jej to?
- tak!
- a jak to zrobiłaś?
- pokazałam taką minę - o (i tu: nosek zmarszczony, usta wydęte - ogólnie manifestacja niezadowolenia)
- Oleńko, a może lepiej byłoby powiedzieć....
A tymczasem (w odległej galaktyce niemowlaczków) Zulka biegle przewraca się z plecków na brzuszek i na odwrót, a leżąc na brzuszku podpiera się rączkami i jak najwyżej unosi głowę, rwie się też do siadania. Choć nie mogłam się doczekać, aż Zuzia osiągnie biegłość w tych umiejętnościach ruchowych (bo Ola już przewracała się swobodnie w 4 miesiącu), to teraz z lekkim rozrzewnieniem myślę o nieodległych przecież czasach, kiedy przebieranie pieluszki czy ubieranie spodenek nie polegało - w dużej mierze - na łapaniu wysmykującej się córeczki, która właśnie po drugiej stronie przebieralnika zlokalizowała paczkę mokrych chusteczek o tak cudnie szeleszczącym opakowaniu.
Nasze powroty z przedszkola zawsze zaczynają się od opowieści, jak minął dzień w przedszkolu. Opowieść Oli biegnie nielinearnie, drobny szczegół urasta do atrakcji/problemu dnia, a anonsowane na przedszkolnej tablicy wydarzenia (przedstawienie, koncert) czasami nie doczekują się nawet wzmianki. Ola chętnie opowiada za to o zabawach i rozmowach z koleżankami. Jej przyjaźnie z Wiktorią, Leną, Mają i Asią to historia pełna licznych zwrotów akcji: celebrowania wspólnych zabaw, trzymania sztamy, ale też zupełnych nieporozumień i dramatycznych sporów. Ola lubi swoje koleżanki i jest lubiana, ale czasem komunikacja w małej grupie mocno szwankuje, a umiejętności budowania kompromisu są niewielkie. Córeczka opowiada np., jak bawiła się dziś z chłopakami, bo Wiktoria chciała się bawić kucykami, a Ola klockami i "się obraziły". Sugeruję, żeby umówić się, że najpierw pobawią się jednym, potem drugim (albo każda swoim, a potem razem czymś innym). Ola rozważa propozycję, mam wrażenie, że docenia pomysł, ale następnego dnia historia się powtarza.
Ostatnio plac zabaw olkowego przedszkola wzbogacił się o dużą trampolinę. Ola uwielbia skakanie i spędza na trampolinie tyle czasu, ile się tylko da. Ona skacze, a ja mam czas na rozmowę z wychowawczynią. Pani Ania dobrze obserwuje i potrafi powiedzieć o swoich podopiecznych coś więcej, niż standardowe "wszystko w porządku". Opisuje Olę, jako chętną do współpracy, choć lubiącą też robić coś po swojemu, ale mającą problemy z bronieniem swojego stanowiska. Inna rzecz, że w tym roku do grupy Oli trafiła Lena (określona przez p. Anię, jako gwiazda socjometryczna), którą Ola bardzo lubi i z którą chętnie się bawi, ale z którą zupełnie nie umie negocjować - Olcia albo bawi się w to, co wymyśliła Lenka, albo się wycofuje.
Ola też bardzo poważnie traktuje to, co mówią koleżanki i jeżeli nie są to jakieś oczywiste fantazje ("Wiktoria dziś mówiła, że ma dżdżownicę, którą wyprowadza na spacer na smyczy, ale to niemożliwe, prawda mamo?"), przyjmuje to za dobrą monetę i podejrzliwie patrzy na mnie, kiedy oględnie stwierdzam, że raczej nie może być tak, jak opowiedziały jej koleżanki (trzeba by widzieć ten powątpiewający wzrok, mam wrażenie, że ona myśli: "mama jest kochana, ale cóż, o pewnych rzeczach po prostu nie wie").
W domowych pieleszach Ola jest i asertywna i negocjująca, mówi co jej się podoba i co nie, nie ma problemu z wyartykułowaniem tego, co chciałaby robić, a na co nie ma ochoty. Grupa rówieśnicza jest dla niej większym wyzwaniem. Tym bardziej dobrze, że Ola chodzi do przedszkola. Ale widzę, że czeka nas jeszcze wiele rozmów o komunikacji; Olcia uważa, że jak zrobi minkę, to już koleżanki wiedzą, co też ona myśli. Wygląda to tak:
- ... ale ja nie chciałam już się w to bawić!
- a powiedziałaś jej to?
- tak!
- a jak to zrobiłaś?
- pokazałam taką minę - o (i tu: nosek zmarszczony, usta wydęte - ogólnie manifestacja niezadowolenia)
- Oleńko, a może lepiej byłoby powiedzieć....
A tymczasem (w odległej galaktyce niemowlaczków) Zulka biegle przewraca się z plecków na brzuszek i na odwrót, a leżąc na brzuszku podpiera się rączkami i jak najwyżej unosi głowę, rwie się też do siadania. Choć nie mogłam się doczekać, aż Zuzia osiągnie biegłość w tych umiejętnościach ruchowych (bo Ola już przewracała się swobodnie w 4 miesiącu), to teraz z lekkim rozrzewnieniem myślę o nieodległych przecież czasach, kiedy przebieranie pieluszki czy ubieranie spodenek nie polegało - w dużej mierze - na łapaniu wysmykującej się córeczki, która właśnie po drugiej stronie przebieralnika zlokalizowała paczkę mokrych chusteczek o tak cudnie szeleszczącym opakowaniu.
A układ między siostrami wciąż bardzo obiecujący. Nie wiem, jak to będzie, jak Zuzia zacznie się poruszać, coś popsuje w Oli pokoju, albo poprzeszkadza starszej siostrze, ale teraz jest świetna symbioza. Zulka z zachwytem obserwuje Olę (wygląda to tak, jakby duża siostra grała główną rolę w wokółzuzkowym teatrze), Ola cierpliwie przynosi zabawki, zagaduje małą i odnotowuje postępy ("zobaczcie, jak Zuza wysoko podniosła się na rączkach!").
Ola ma świadomość przewagi nad malutką i nieporadną siostrzyczką, ale to, co wypływa z tej świadomości wygląda całkiem optymistycznie.
Ola ma świadomość przewagi nad malutką i nieporadną siostrzyczką, ale to, co wypływa z tej świadomości wygląda całkiem optymistycznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz