środa, 21 grudnia 2011

gips


W niedzielę Ola złamała obojczyk i ma zagipsowaną rączkę na 3 tygodnie. Dzień, który zaczął się sielsko - kupowaniem i ubieraniem choinki, skończył się sporym stresem.
Wedle tego, co udało nam się odtworzyć (wypytywanie Maćka Olcia ucięła: "tatusiu, to było bolesne(!), nie chcę o tym rozmawiać") Ola potknęła się w czasie zabawy z Sabinką i Dominikiem i upadła na wyprostowaną lewą rękę. Potem było dużo płaczu i mała z godzinę leżała na naszym łóżku, nie pozwalając się dotknąć. W końcu jakoś udało się namówić na wstanie z łoża boleści i wyprawę do doktora (tzn. na oddział chirurgii dziecięcej). Zdjęcie kostek nie pozostawiało wątpliwości i córeczkę zapakowano w całkiem spory twardy opakunek.
Przy czym kontakt z państwową służbą zdrowia okazał się tradycyjnie trudny na płaszczyźnie wymiany informacji między lekarzem a rodzicem. Pan doktor z wyraźnym zniecierpliwieniem odpowiadał na tak podstawowe pytania Maćka, jak to o czas noszenia gipsu.

gipsiak-zdobywca

Jak do tej pory Ola dobrze znosi swoje sztywne ubranko, zasypia bez problemu, śpi dobrze, humor jej dopisuje, apetyt takoż; inna rzecz, że w związku z nadzwyczajną sytuacją wszystkie - mieszczące się w granicach rozsądku - kulinarne zachcianki Olci są spełnianie.
A kochający tato zaraz w poniedziałek popędził do sklepu i w ramach pocieszenia podarował córeczce całkiem nową płytę ze Scooby-doo. Podparta poduchami Ola obejrzała 2 bajki, po czym wstała z legowiska przed telewizorem i stwierdziła: "te bajki postawiły mnie na nogi".
Ola już coraz lepiej przyswaja frazeologię języka ojczystego, co oczywiście bardzo cieszy ale i tak najbardziej bawią nas jej własne powiedzonka. Niestety, nie wyrobiliśmy sobie nawyku natychmiastowego zapisywania (przecież to takie świetne, że na pewno nie zapomnę) i ciągle nam umykają. Udało mi się zapamiętać cudny komentarz Oli do jej samopoczucia po długiej podróży z Szydłówka: "czuję się, jak rozmrożona truskawka"...



W poprzedni weekend Ola nocowała u dziadków, a w niedzielny poranek wybrali się do kina, ale już nie na poranek. Dziadkowie wspominali, że mała chwilami wydawała się znużona filmem, ale Ola zeznawała, że film o pingwinach ("Tupot na małych stóp") bardzo jej się podobał i nawet go nam dość dokładnie opowiedziała, co nie jest typowe dla Oli, która nie przepada za relacjonowaniem i ciężko od niej czasem wydobyć co robiła, jak była bez nas.
Niekinowa i domowa część niedzieli przebiegała obiadowo-relaksacyjnie:


Zuza nie wygląda na niemowlaczka, który dopiero co wyszedł z zapalenia oskrzeli, energia ją nie opuszcza, a kąpiel i założenie piżamki (z rękawiczkami przeciw ssaniu kciuka) niekoniecznie kojarzą się jej ze spokojem czy bezruchem.

Wygląda na to, że ilość czynności medycznych, której nie powstydziłaby się małe ambulatorium, nie zrobiła na Zulce większego wrażenia. A było tego niemało: antybiotyk, probiotyk, inhalacje, oklepywanie, witaminki, woda do noska, frida i tak w kółko. Niestety wymiernym skutkiem choroby jest lekki spadek wagi, więc dbamy o jego przyrost. Zuzanka nie ma na razie zbyt dużego apetytu, a już najmniejszym wzięciem cieszą się owoce (i te przecierane przez mamę i słoiczkowe, choć domowe lepiej się wypluwa, bo nie są tak gładko przetarte).


Ubytek wagi nie ujął Zulce słodyczy, uśmiecha się równie często i próbuje nieporadnych pocałunków, którymi uszczęśliwia też tego wesołegogo dzidziusia w lusterku.

W kąpieli dalej chlapie bez opamiętania - profilaktycznie wstawiamy wanienkę do wanny; dodatkowo robi zadymę na przebieralniku: spokojne czekanie na ubranie/przebranie jest pieśnią przeszłości, aktualnie utrzymujący się trend to jak najszybsze przekręcenie się na brzuszek i pełznięcie do pojemniczka z kosmetykami i finalne chwycenie oliwki czy innego linomagu. Zapobiegawcze wręczenie malutkiej jakiejś buteleczki już na początku tylko czasem zdaje egzamin - wydaje się, że Zulka jest przekonana, że tubką własnoręcznie zdobytą bawi się znacznie lepiej.

Układ między siostrami bez zmian - wciąż cierpliwie zabawiająca i edukująca Ola oraz wciąż zachwycona i rozradowana siostrą Zuza.
Ola wszczyna fajne rozmowy z siostrą. Ostatnio obserwowała, jak Zuzia unosi tułów i rozkłada rączki na boki (jedna z ulubionych pozycji malutkiej, wygląda wtedy, jak startujący samolot) i spytała: "dokąd się wybierasz? wiem, do Szwecji!" ???
A potem uczyła Zulkę przewrotów

Na Mikołaja Ola dostała aparat fotograficzny (Mikołaj kupił używany na allegro) i robi zdjęcia wszystkiemu, co się da - nie ma obiektu, który nie mógłby być sfotografowany. Swoje zdjęcie już mają zabawki, sztućce, zdjęcia małej Oli... Na razie Olcia daje upust nieskrępowanej wenie, na pogadanki o kadrowaniu itp. przyjdzie jeszcze czas.

Ola pokazuje świeże zdjęcie

Kilka pierwszych zdjęć:

Olkowa biedrona

zamek z wieżą, a wieża z trampoliną, basen w komplecie do trampoliny jest w planach pani budowniczej

A po południu w mikołajki wybrałyśmy się na imprezę dla dzieci w naszym domu kultury. Impreza może nie byłaby warta szczególnego odnotowania (choć występował na niej wyjątkowo miły, pogodny, cierpliwy i udanie przebrany Mikołaj), gdyby nie niezwykła śmiałość Oli. Córeczka najpierw obejrzała występ tańczących maluchów, potem jeden konkurs zakończony obdzieleniem cukierkami dzieci, które zgłosiły się na scenę. I może te cukierki wpłynęły na Olę, bo kiedy ogłoszono następny konkurs dla dziecka i rodzica, Ola od razu wstała, podeszła do mnie chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła na scenę. Przyznam, że pierwszą moją reakcją było główkowanie, jak wyplątać się z tej sytuacji. Ale po chwili stwierdziłam, że nie mogę tego zrobić córeczce i zlekceważyć takiego ładunku śmiałości, więc tańczyłyśmy na scenie, kłaniałyśmy się pięknie a Ola dostała cukierki.
A potem jeszcze Oleńka zaśpiewała Mikołajowi piosenkę, pełne dwie zwrotki z refrenem, on wysłuchał nie przerywając i pochwalił, co wzbudziło moje uznanie, bo Ola była przedostatnim z bodaj 50 dzieci, które otrzymywały od Mikołaja prezenty (dostarczone wcześniej dyskretnie przez rodziców).

Brak komentarzy: