W niedzielę Ola złamała obojczyk i ma zagipsowaną rączkę na 3 tygodnie. Dzień, który zaczął się sielsko - kupowaniem i ubieraniem choinki, skończył się sporym stresem.
Wedle tego, co udało nam się odtworzyć (wypytywanie Maćka Olcia ucięła: "tatusiu, to było bolesne(!), nie chcę o tym rozmawiać") Ola potknęła się w czasie zabawy z Sabinką i Dominikiem i upadła na wyprostowaną lewą rękę. Potem było dużo płaczu i mała z godzinę leżała na naszym łóżku, nie pozwalając się dotknąć. W końcu jakoś udało się namówić na wstanie z łoża boleści i wyprawę do doktora (tzn. na oddział chirurgii dziecięcej). Zdjęcie kostek nie pozostawiało wątpliwości i córeczkę zapakowano w całkiem spory twardy opakunek.
Przy czym kontakt z państwową służbą zdrowia okazał się tradycyjnie trudny na płaszczyźnie wymiany informacji między lekarzem a rodzicem. Pan doktor z wyraźnym zniecierpliwieniem odpowiadał na tak podstawowe pytania Maćka, jak to o czas noszenia gipsu.Jak do tej pory Ola dobrze znosi swoje sztywne ubranko, zasypia bez problemu, śpi dobrze, humor jej dopisuje, apetyt takoż; inna rzecz, że w związku z nadzwyczajną sytuacją wszystkie - mieszczące się w granicach rozsądku - kulinarne zachcianki Olci są spełnianie.
A kochający tato zaraz w poniedziałek popędził do sklepu i w ramach pocieszenia podarował córeczce całkiem nową płytę ze Scooby-doo. Podparta poduchami Ola obejrzała 2 bajki, po czym wstała z legowiska przed telewizorem i stwierdziła: "te bajki postawiły mnie na nogi".
Ola już coraz lepiej przyswaja frazeologię języka ojczystego, co oczywiście bardzo cieszy ale i tak najbardziej bawią nas jej własne powiedzonka. Niestety, nie wyrobiliśmy sobie nawyku natychmiastowego zapisywania (przecież to takie świetne, że na pewno nie zapomnę) i ciągle nam umykają. Udało mi się zapamiętać cudny komentarz Oli do jej samopoczucia po długiej podróży z Szydłówka: "czuję się, jak rozmrożona truskawka"...
Ola już coraz lepiej przyswaja frazeologię języka ojczystego, co oczywiście bardzo cieszy ale i tak najbardziej bawią nas jej własne powiedzonka. Niestety, nie wyrobiliśmy sobie nawyku natychmiastowego zapisywania (przecież to takie świetne, że na pewno nie zapomnę) i ciągle nam umykają. Udało mi się zapamiętać cudny komentarz Oli do jej samopoczucia po długiej podróży z Szydłówka: "czuję się, jak rozmrożona truskawka"...
W poprzedni weekend Ola nocowała u dziadków, a w niedzielny poranek wybrali się do kina, ale już nie na poranek. Dziadkowie wspominali, że mała chwilami wydawała się znużona filmem, ale Ola zeznawała, że film o pingwinach ("Tupot na małych stóp") bardzo jej się podobał i nawet go nam dość dokładnie opowiedziała, co nie jest typowe dla Oli, która nie przepada za relacjonowaniem i ciężko od niej czasem wydobyć co robiła, jak była bez nas.
Niekinowa i domowa część niedzieli przebiegała obiadowo-relaksacyjnie:
Zuza nie wygląda na niemowlaczka, który dopiero co wyszedł z zapalenia oskrzeli, energia ją nie opuszcza, a kąpiel i założenie piżamki (z rękawiczkami przeciw ssaniu kciuka) niekoniecznie kojarzą się jej ze spokojem czy bezruchem.
Ubytek wagi nie ujął Zulce słodyczy, uśmiecha się równie często i próbuje nieporadnych pocałunków, którymi uszczęśliwia też tego wesołegogo dzidziusia w lusterku.
Układ między siostrami bez zmian - wciąż cierpliwie zabawiająca i edukująca Ola oraz wciąż zachwycona i rozradowana siostrą Zuza.
Ola wszczyna fajne rozmowy z siostrą. Ostatnio obserwowała, jak Zuzia unosi tułów i rozkłada rączki na boki (jedna z ulubionych pozycji malutkiej, wygląda wtedy, jak startujący samolot) i spytała: "dokąd się wybierasz? wiem, do Szwecji!" ???
A potem uczyła Zulkę przewrotów
Na Mikołaja Ola dostała aparat fotograficzny (Mikołaj kupił używany na allegro) i robi zdjęcia wszystkiemu, co się da - nie ma obiektu, który nie mógłby być sfotografowany. Swoje zdjęcie już mają zabawki, sztućce, zdjęcia małej Oli... Na razie Olcia daje upust nieskrępowanej wenie, na pogadanki o kadrowaniu itp. przyjdzie jeszcze czas.
Olkowa biedrona
zamek z wieżą, a wieża z trampoliną, basen w komplecie do trampoliny jest w planach pani budowniczej
A po południu w mikołajki wybrałyśmy się na imprezę dla dzieci w naszym domu kultury. Impreza może nie byłaby warta szczególnego odnotowania (choć występował na niej wyjątkowo miły, pogodny, cierpliwy i udanie przebrany Mikołaj), gdyby nie niezwykła śmiałość Oli. Córeczka najpierw obejrzała występ tańczących maluchów, potem jeden konkurs zakończony obdzieleniem cukierkami dzieci, które zgłosiły się na scenę. I może te cukierki wpłynęły na Olę, bo kiedy ogłoszono następny konkurs dla dziecka i rodzica, Ola od razu wstała, podeszła do mnie chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła na scenę. Przyznam, że pierwszą moją reakcją było główkowanie, jak wyplątać się z tej sytuacji. Ale po chwili stwierdziłam, że nie mogę tego zrobić córeczce i zlekceważyć takiego ładunku śmiałości, więc tańczyłyśmy na scenie, kłaniałyśmy się pięknie a Ola dostała cukierki.A potem jeszcze Oleńka zaśpiewała Mikołajowi piosenkę, pełne dwie zwrotki z refrenem, on wysłuchał nie przerywając i pochwalił, co wzbudziło moje uznanie, bo Ola była przedostatnim z bodaj 50 dzieci, które otrzymywały od Mikołaja prezenty (dostarczone wcześniej dyskretnie przez rodziców).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz