niedziela, 2 października 2011

złota, polska

Nie, żebym kiedyś nie zwracała uwagi na zmieniające się pory roku - odnotowywałam świeże wiosenne liście czy chłodniejsze jesienne poranki, ale nigdy dużo o tym nie rozmawiałam. Zmieniło się to, odkąd Ola zrobiła się komunikatywna.
Przeżywanie pór roku wzmacnia też przedszkole. Szkoła oczywiście też - ostatnio nasza miła sąsiadka - pierwszoklasistka Sabinka, zapytana jak minął dzień w szkole, zrelacjonowała: "robiliśmy jesienne drzewo"; akurat tego samego dnia na wystawie w przedszkolu zawisły jesienne liście, robione przez grupę Oli znaną metodą wyklejanki.
Ola czasem zapamiętuje się w jesiennych zabawach, np. postanawia nadać imię wszystkim znalezionym kasztanom (bo już w głowie ma gotową historię na temat ich skomplikowanych relacji rodzinno-koleżeńskich: "ten kasztan jest córeczką tamtego, która chodzi do szkoły z tym małym kasztankiem i..."), albo znaleźć tyle samo żołędzi z czapeczkami co bez czapeczek (empirycznie stwierdzone: zadanie niemożliwe, jakoś tak się dzieje, że żołędziom odpadają czapeczki przy zderzeniu z ziemią i to, co leży pod dębem nie wygląda tak ładnie, jak przysmak Prosiaczka na ilustracjach w książce).
Powroty z przedszkola przez park zabierają nam więc dużo czasu.

Ola pochyla się nad niemal każdym robakiem, zawsze znajdzie patyk o interesującym kształcie (przy wejściu mamy już kolekcję takich patyków, systematycznie wyrzucanych na dwór, bo Ola często zapomina o przyniesionych skarbach), podniesie każde piórko, sprawdzi jaki kształt mają chmury... Bardzo to u niej lubię, ale niekiedy jej niestrudzona ciekawość zderza się z prozą życia - czas nie chce płynąć wolniej i np. nieuchronnie zbliża się godzina wyjścia na tańce, karmienia Zuzi, itp. I wtedy niemal siłą odrywam Olę od wymyślania, do czego podobna jest tamta chmura, tam za dużym drzewem, ale zawsze mi żal. Dlatego, jak tylko czas nas nie goni, obserwujemy wszystko co się da - ostatnio spędziłyśmy niemal pół godziny, przyglądając się pracy specjalnego kombajnu do zbierania kukurydzy (przyznam, że mnie też zafascynowała maszyna, która przodem ścinała łodygi z kolbami, a rurą wypuszczała wyłuskane ziarna).

Ola z gąsienicą.

Dzień w dzień czystość odzieży Oli po powrocie z przedszkola jest dyskusyjna. A właściwie: nie jest dyskusyjna, ubrania nadają się tylko do pralki. Ale ponieważ naszą ambicją jest wychować córki śmiało wspinające się po drzewach, to po prostu zapełniamy po raz kolejny wirujący bęben...

Za to Zuza nie brudzi się prawie wcale, co nie znaczy, że przyjęły się u nas najnowsze światowe trendy w pediatrii, zgodnie z którymi niemowlę powinno się kąpać 2-3 razy w tygodniu.
Oto panna Zuzanna, niezmiennie radosna miłośniczka szeleszczących zabawek (pszczółka od Magdy i Roberta, o pięknie szeleszczących skrzydełkach jest obecnie zdecydowanie ulubioną zabawką małej).

A poniżej mała łapka, która posiadła już pewnie sztukę łapania i trzymania (nie rezygnując z pracowitego młócenia rączkami w powietrzu).

Brakuje jeszcze zdjęcia małych nóżek, które konsekwentnie noc w noc skopywały z Zulki kołderkę. Proceder ten został ukrócony za pomocą śpiworka, w który pakujemy Zuzkę każdego wieczoru. Jeżeli dobrze pamiętam, to Ola walkę z kołdrą zaczęła trochę później. Za to Ola w wieku Zuzki już swobodnie przekręcała się na brzuszek, u Zuzy to na razie udaje się raz na jakiś czas i dziwi samą Zuzkę, która wygląda, jakby zastanawiała się, jak to się stało, że tak bardzo zmienił się jej punkt widzenia.


A Ola coraz lepiej czuje się w przedszkolu. Kiedy ją odbieram, lubię przyglądać się (nie wychylając się za bardzo zza ogrodzenia) zabawom w przedszkolnym ogrodzie. Obserwowanie zatopionych w świecie swych skomplikowanych zabaw 4-latków przerywa z reguły dekonspirujący okrzyk kolegi/koleżanki z grupy, którzy dojrzeli mnie przez płot: "Ola, do domu, na kluski z betonu". Pani Ania, wychowawczyni Oli (sama będąca absolwentką katarzyńskiego przedszkola), śmieje się, że kolejne już pokolenie wykrzykuje o kluskach z betonu...
I Olcia z mniejszym lub większym ociąganiem przerywa jakieś omawiane podziału ról do zabawy (typu: "ja będę królem, ty królewną, a ty myszą"), stawianie wymyślnych konstrukcji z piasku, jeszcze parę razy wejdzie na zjeżdżalnię pod górę (co niekoniecznie jest wchodzeniem pod prąd, bo chyba większość dzieci w tym wieku atakuje zjeżdżalnię od dołu - zjazd z góry zbyt spowszedniał?), dokona kilku wymian dóbr (tzn. koniczynkę za listek, ten da koledze, dodając jeszcze kamyczek, otrzyma patyk, który będziemy musieli nieść do domu) i już prawie możemy iść do domu. Jeszcze pożegnanie - czasami zdawkowe "pa, pa" do wszystkich, czasem sumienne żegnanie się z wszystkimi bliższymi koleżankami i kolegami, połączone z umawianiem się na następny dzień.

Widać, jak po roku chodzenia do przedszkola olkowa nieśmiałość ustępuje. Na znanym sobie terenie, czyli w przedszkolu, Ola nie tylko śmiało zagaduje do znajomych dzieciaków, ale czasami też do ich rodziców. Fajne są też spotkaniach "na mieście" (na wsi), o które nietrudno w tak małej miejscowości. Ola z daleka wita koleżankę/kolegę i rusza do zabawy, albo do konwersacji. Kiedy już czas kończyć Ola żegna się wylewnie (kilka dni temu w parku zaskoczyła kolegę Krzysia uściskiem na niedźwiadka).
Ostatnio koło szkoły Ola kilka razy spotkała swoją koleżankę z przedszkola Nataszkę, która chodzi już do zerówki i rozmawiały sobie o swoich paniach wychowawczyniach, umawiały się na zabawę.
Dorasta nam dziecię.
I coraz częściej ma wyrobione zdanie na różne tematy, które nie dotyczą jej bezpośrednio (co będzie robić, ubierać się, jeść itp). Ostatnio wytrwale przez kilka dni przekonywała nas, że elewacja wykonywana przez Maćka jest nieładna i żeby tato zrobił takie wykończenie wokół okien, jak mają sąsiedzi. Córeczka była bardzo zdeterminowana, żeby przekonać nas do swoich racji i zdarzyło się kilkukrotnie, kiedy jechaliśmy autem, że - widząc elewację, która jej się podobała - namawiała, żeby zrobić właśnie tak, jak w tym domku po lewej/prawej/z czerwonym dachem...Nie daliśmy się przekonać, ale żeby udobruchać córkę, zachęciliśmy ją, żeby narysowała coś przed położeniem desek. Zgodziła się.


A tu próbka twórczości Oli na tradycyjnym podłożu - jak widać motyw tulipana jest obecnie wiodący. Na zdjęciu jest mama w pełni ubrana, bo na kolejnym rysunku Ola narysowała poniżej szyi dwa kółeczka a na pytanie "co to?" otrzymałam odpowiedź "no przecież to piersi".


I tak karmienie Zuzi znalazło odbicie w olkowej twórczości.
A póki co Ola szczęśliwie dobrze znosi bycie starszą siostrą. Bodaj tylko raz namawiała mnie: "nie karm Zuzi, baw się ze mną". Najbardziej cieszą nas ciepłe uczucia, jakie Ola żywi wobec Zuzi; Ola zawsze solennie wita się i żegna z Zuzą (a jak w przedszkolu zapomni, to wraca i ją podwójnie obcałowuje), głaszcze, przytula, całuje (nie czyniąc przy tym szkód w delikatnej konstrukcji siostrzyczki), przemawia i zabawia. A Zulka patrzy na nią zachwyconym wzrokiem i szczerzy bezzębne dziąsełka. Tak się zastanawiam, czy pierwszym słowem, jakie wypowie Zulka, nie będzie właśnie "Ola", bo starsza siostra jest najruchliwszym elementem zuzkowego świata.


I tak za krótka doba nie dorzuciła w promocji po pojawieniu się drugiego dziecka kilku nowych godzin. Staramy się dzielić czas i uwagę na obie córeczki, a kiedy się da - spełniać zachcianki Oli (ze spełnianiem zachcianek Zulki poczekamy, aż będzie umiała je wyartykułować). We wrześniową niedzielę udaliśmy się do ZOO, ale - zgodnie z życzeniem Oleńki - nie autem, tylko statkiem "jak w zeszłym roku":



Trafiliśmy akurat w porę karmienia, a potem zainspirowaniu dobrym przykładem udaliśmy się do rynku na obiad i - obowiązkowo - na lody:


W ostatni wrześniowy czwartek Ola zwagarowała z przedszkola i wybrałyśmy się do pobliskich Galowic do Muzeum Powozów (skusiła mnie tablica informacyjna, którą mijamy jadąc do Bielan). Ola z ochotą oglądała wszystkie te bryczki, wolanty, "doktórki" (lekki powóz dla lekarza, dla większego realizmu przyozdabiany torbą lekarską), zgromadzone w starym spichlerzu przez jednego fascynata (muzeum to całkowicie prywatna inicjatywa). Córeczka bardzo zapaliła się do podróży takim pojazdem; myślę że walnie przyczyniły się do tego miękko wyściełane ławki w powozach, obciągnięte pluszem w soczystych kolorach. A ja nieromantycznie wskazywałam na liczne zalety samochodu, do którego taki pojazd się nie umywa... Ola była zdegustowana moją argumentacją.

Po zwiedzaniu piknikowałyśmy pod wielką lipą, zaraz potem Zuza zasnęła, a Ola ruszyła spalać kalorie na muzealnym placyku zabaw.

Kiedy wracałyśmy do domu Ola spytała mnie: "dzisiaj jest czwartek?", a gdy potwierdziłam, Olcia westchnęła: "szkoda, dziś miały przyjść duże dziewczyny ze szkoły* i dawać medale tym, którzy ładnie zjedzą podwieczorek". Zaproponowałam, że możemy jeszcze pojechać do przedszkola, może dziewczyny jeszcze będą. Na co Ola odparła zrezygnowanym głosem: "Teraz? teraz to już musztarda po obiedzie".
Dziecko niepostrzeżenie opanowuje frazeologię ojczystego języka.

*do Oli przedszkola niemal co tydzień przychodzą wolontariuszki z gimnazjum, pobawić się z dziećmi; maluchom imponuje, że "duże dziewczyny"rozkręcają z nimi zabawy.

Brak komentarzy: