wtorek, 30 czerwca 2009

Pisklaczek


W poprzedni weekend wybraliśmy się na korporacyjny piknik, organizowany przez pracę Maćka. Mieliśmy pewne obawy i wizję zorganizowanej radości na gwizdek i z nazwą firmy na ustach. A było - świetnie. Mnóstwo wariantów zabaw dla dużych i małych, uginające się stoły, zaplecze bez zarzutu (był nawet ambulans, że o przewijaku dla niemowląt nie wspomnę) i mnóstwo luzu. Planowaliśmy jechać na 2 godziny, zostaliśmy do wieczora.
Zaczęliśmy od się posilenia, potem namiot dla dzieci, gdzie podekscytowana Ola wyszeptała nieśmiało, że chciałaby mieć na buzi kwiatek i serduszko.


W namiocie było też miejsce do rysowania i malowania, miły pan robił zwierzątka z balonów (piesek Oli szybko zrobił pyk). Zaraz obok stanowisko z goframi i lodami. Raj dla malucha.

Ola nie mogła się zdecydować, czy największą miłością obdarzyć karuzelę, czy trampolinę. Na karuzeli była chyba najczęstszym gościem; musieliśmy dawkować jej tą przyjemność, obawiając się awarii błędnika (tzn. ja bym miała na pewno po tylu rundach).

A na trampolinie i ja skakałam z takim zapałem, że jak już zeszłam, ziemia wydała mi się rozczarowująco twarda i zdecydowanie za mało sprężysta.

Na piknik zawitał też policyjny komisarz Lew i podał Oli łapę. Było przeżycie.
W innej części był jeszcze ogrodzony plac zabaw, dla starszych dzieci przejażdżka (przewalanie?) w środku wielkiej kuli. A dla dorosłych... Spacery po linach, rozwieszonych wysoko między drzewami, jazda na linie tyrolce, quady, wspinaczka po ściance, podróż kulą po stawie, symulator lotów, turniej piłki nożnej między działami.
Maciek stanął w szranki zawodów sterowanym samochodami. Ola mocno kibicowała.


Na zdjęciu powyżej Ola w odblaskowym wdzianku, rozdawanym nieletnim przy wejściu. Oprócz obłędnego koloru kamizelka miała też informację o imieniu dziecka i telefonie rodziców. Organizatorzy pomyśleli o wszystkim.
Pod koniec dnia Ola zrzuciła wdzianko i wróciła do dziecięcego namiotu (a na stoły wjechały pieczone indyki, ale nie byliśmy w stanie spróbować choć kęsa).


W czwartek czekała nas atrakcja innego rodzaju - ostatnie zajęcia w entliczkach, na które pani Amelia przygotowała wszystkie ulubione zabawy dzieci. Były szaleństwa pod falującą wielką chustą i - przede wszystkim - huśtanie na niej.
Na zdjęciu: Ola w maksymalnie zrelaksowanej pozie:

I tunel, który uczył trudnej sztuki czekania w kolejce. Choć patrząc na dzieciaki nie odniosłam wrażenia, że tą sztukę już posiadły.

I jeszcze były wierszyki i piosenki i tańce, ale ja też dzielnie uczestniczyłam i już nie fociłam.

Na ślubie Pauliny i Marcina też jakoś zapomnieliśmy, że mamy aparat. Bardziej byliśmy zajęci przemyśliwaniem zgrabnych życzeń i łapaniem Oli. Córeczka - jak przystało na imiennie zaproszonego gościa - zachowywała się w kościele prawie bardzo przyzwoicie - no w każdym bądź razie nie dawała głosu. Ale w czasie życzeń chciała sobie powetować.


A dziś zakończenie roku w entliczkach. Szkoda, że Maciek z aparatem przyszedł w drugiej połowie imprezy, bo miałby możność uwiecznienia córeczki otrzymującej dyplom, albo wsuwającej drugą kiełbaskę z rożna, albo rozochoconej łapaniem baniek produkowanych masowo przez Specjalną Maszynę Do Produkowania Baniek Mydlanych Działającą Na Prąd. Ale najlepsza niesfotografowana atrakcja była osiągnięta skromnymi środkami: wstążka uwiązana do 2 kijów od mopa służyła wyczarowaniu pięknych baniek chyba metrowej długości, które powoli opadały i pękały mocno pryskając.
Tu Ola umalowana w kotka odpoczywa po harcach:

I na koniec niespodzianka od pani Amelii: 4 balony eksplodujące konfetti. Jak półgębkiem zdradziła twórczyni niespodziani balonów byłoby więcej, ale wcale nie jest łatwo napchać konfetti do balonu.


Zamknięty rok w entliczkach niniejszym uznaję za bardzo udany, mimo drobnych niedociągnięć i momentu rozprężenia (chyba zimą?). Ola początkowo nie mogła doczekać się zajęć i już od poniedziałku mówiła: "idziemy do Amelii" (i szybko nauczyła się, że jest taki dzień tygodnia czwartek), potem rzecz straciła urok nowości, ale nie spowszedniała, tylko stała się stałym elementem naszego tygodnia. Ola nauczyła się mnóstwa piosenek, wierszyków, przyswoiła tańce w grupie, zabawy plastyczne. Za każdym razem inny temat wiodący, ale i trochę powtórek, plus stałe rytuały na powitanie i pożegnanie. Przede wszystkim Olcia odnalazła się w nowym układzie: w grupie, przy osobie prowadzącej. Oczywiście nie włączała się z entuzjazmem w każdą wyklejankę, uwielbiała cichaczem wyciągać zabawki z półki, gdy właśnie proszono dzieci do kółka i rozkręcała czasem z Nastką lub Wiki konkurencyjne zabawy, ale nie oczekiwałam, że będzie inaczej. Choć nie rwała się z odpowiedziami na pytania, to ogólnie pozytywnie podchodziła do kolejnych akcji. I o to chodziło.

W Oli niespodziewanie zakiełkowała opowieść o ptakach, co mieszkają w gnieździe i mają małe, ciągle głodne pisklaki. Mała od kilku dni mówi o sobie "pisklaczek", do mnie "mamusiu-ptaszku", mości sobie gniazdo w misce i domaga się ziarenek. Dobrze, że nie robaków.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Spacery


Długi weekend spędziliśmy w Polanicy z Magdą, Adamem i Zosią, zwaną roboczo Zosikiem lub Dziubim. Pogoda nie rozpieszczała, więc Olcia sama się trochę rozpieszczała. Pozazdrościła Zosi permanentnego jeżdżenia w wózku i często domagała się wożenia.
Ola była przejęta wizytą "dzidzi", ale bez przesady. Cóż - słodki Zosik ma niecałe 4 miesiące i jeszcze trzeba będzie długo czekać, zanim dziewczyny znajdą wspólny język.


Zasadniczo weekend biegł nam od spaceru do posiłku i od posiłku do spaceru. No - plan nie był napięty.
W polanickim parku natknęliśmy się na wystawę starych aut - jak na zamówienie dla Adama...

Spacery nad rzeką - stan wód tylko lekko podwyższony. Ale patrząc na to zdjęcie mam wątpliwości, czy zrobiono je w czerwcu.


Przerwa między spacerami - czas na lekturę. Na czytanie bajki załapały się dwie dziewczyny.
Żałuję tylko, że nie zrobiłam zdjęcia Adamowi i Maćkowi, jak stereo czytali gazety przytargane ani chybi z poczekalni od mojej mamy. Były to pisma typu "halo, wielki świat", ale panowie przeczytali je od deski do deski, po czym prowadzili rozmowy z użyciem teksów z tych periodyków. Świat pism plotkarskich odsłonił całe swoje piękno - tam się tyle dzieje. Nawet jak się nic nie dzieje.


Spacer po Dusznikach - Adam z Zosią i Olą. Ola - jak widać - jakoś ogólnie szybciej oswaja się z wujkami, niż z ciociami.

A kiedy już Ola stwierdziła, że wysiedziała się dostatecznie, ruszyła przed siebie. Zaoszczędzonych sił było sporo - rodzice się nabiegali.


Kolejny spacer przez park, to przypadkowo-nieprzypadkowe spotkanie z Pauliną i Marcinem, bardzo dynamicznie uwiecznione przez Maćka.


A w międzyczasie Ola opanowuje nowe słowa (super, dzięki), a jednocześnie robi ciekawe będy przy odmianie (ona idzieła - zamiast szła). Maciek ma teorię, że wcześniejsze poprawniejsze mówienie Oli to wygłaszanie zasłyszanych zwrotów/słów. Teraz już łapie pojedyncze słowa i je odmienia. Zawsze regularnie; wyjątki jeszcze nie występują.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Rozmowy z nianią

Codziennie po przyjściu do domu pani Małgosia opowiada jak Ola spędziła dzień: gdzie były na spacerze, co jadła, w co się bawiły i inne takie tam. Ostatnio coraz częściej pojawiają się opowieści pod roboczym tytułem "co Olcia powiedziała".

To ostatnie z nich:

Niania próbuje Olcię uśpić na popołudniową drzemkę (przychodzi to coraz trudniej, ale jak córa nie drzemie, to wieczory są trudne). W działaniach perswazyjnych pani Małgosia posunęła się do położenia się na kanapie i oświadczenia, że idzie spać. Ola odczekała krótką chwilę i zapytała: "Małgosia, śpisz?"
"Tak"
"To czemu się odzywasz?" zapytało przytomnie dziecię.

Niania prosi Olę: "Laluniu, posprzątaj klocki". Ola poszła do pokoju, ale nie po to, by pozbierać zabawki. Potraktowała nianię wyjątkowo dosłownie i przyniosła do kuchni lalę Zuzię, położyła koło niani i zaczęła klarować: "Lala nie umie sprzątać, ona jest mała, nie może".
Jak pani Małgosia mówiła, ja wyobraziłam sobie córeczkę - te niewinne oczęta mówiące: będę uparcie udawać, że nie wiem o co chodzi z tym sprzątaniem.

niedziela, 7 czerwca 2009

Rosół i truskawki


Dzień Dziecka Ola spędziła bardzo miło - jak to dziecko. Prezentów było bez liku: w weekend awansem od babci z Polanicy, potem książka od Niani, a wieczorem przyjechali Dziadkowie z Agnieszką, również z prezentami. Podarków było tyle, że myśmy przesunęli obdarowywanie córeczki na następny dzień. Bezapelacyjnym hitem są płyty dvd z Reksiem. Ola ostatnio bardzo się angażuje w oglądanie bajek. Ale nie wiedzieć czemu zakłada, że główny bohater powinien być cały czas widoczny, więc jak tylko Reksio/Maja/itp. znika, Ola z reguły się głośno to oznajmia.

A tu przytulanki dniodzieckowe:


W czwartek się urlopowałam od pracy i wybrałam się z Olą na zajęcia do biblioteki przy Sztabowej. Sama biblioteka świetna; na razie zwiedziłyśmy tylko część dla dzieci, ale i książki (całkiem sporo nowości) i urządzenie (hipopotam i żyrafa na ścianie, miękki dywan, małe meble) sprawiły, że od razu zapisałam nas do wypożyczalni. Ola wybrała 3 pierwsze książki do wypożyczenia.
Same zajęcia nie zachwyciły. Choć może winą słabego odbioru części dla rodziców był niefortunny temat przewodni: "dziewczęta i chłopcy". Pani prowadząca miała jakiś magiczny artykuł, z którego to wnikało, że dziewczynki są np. bardziej wrażliwe na muzykę, a chłopcy lubią rywalizować. Akurat wszyscy rodzice byli zgodni: dzieci różne są, bo są, a u swoich dzieci nie zauważali jakieś zasadniczego zdeterminowania płcią. Jeszcze nie...
A część dla dzieci? No - zajęcia entliczowe lepsze są. Choć gdybym nie miała takiego porównania pewnie byłabym bardziej rada, że Ola ma taką rozrywkę. Olinek nie dywagował, tylko się bawił:


A w piątek ruszyłyśmy z mamą i Olą do Szydłówka. Popas zrobiłyśmy w zajeździe o niedopracowanej nieco marketingowo nazwie: "Moto-oberża Knieja" w Folwarku Raduckim. Nazwa niezbyt szczęsna, ale miejsce przyzwoite. Ola sama dokonała wyboru posiłku. Przeczytałam listę zup, Ola oświadczyła, że będzie jadła rosoła. I zjadła.
Na zdjęciu - czekanie na rosoła:


A tak Ola wyglądała po przejechaniu całej drogi:


Mi te 350 km minęło milej. Nagadałam się z mamą, śpiewałam z Olą. Ale to ja zmonopolizowałam kierownicę i nie siedziałam w foteliku z mocno ograniczoną możliwością ruchu.

Za to następny dzień był dla Oli nagrodą: z samego rana wujek zabrał Olę w truskawki.


Ola skubała sama, śmiało częstowała się nazbieranymi przez wujka (rozbrajając go prośbami o zdejmowanie "sipułki"), zjadała prosto z krzaczka, delektowała się i wcinała.


A potem cały dzień na podwórku. To, co oglądamy wieczorami w książeczkach, było na wyciągnięcie ręki. Kogut piał jak na zamówienie, kury cierpliwie dziobały ziarno, ale i tak nie były w stanie wchłonąć tego, co szczodrą rączką sypała im Ola (ja też lubiłam sypać kurom tyle ziarna, że gdyby były choć troszkę zapobiegliwe, to mogłyby porobić całkiem spore zapasy). Gołębie gruchały, a szczeniak ganiał po podwórku.


Było, jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Tylko Dziadków już nie ma. Został dom i milion wspomnień.
Zrobiłam trochę zdjęć, bo już niedługo domek się zmieni - będzie remont dachu i wymiana okien.

Tutaj był kiedyś Rzym mój, Grecja moja, w świątyniach stodół mieszkał bogów zagon...
Ciekawe, gdzie Ola będzie miała swój Szydłówek...
Oli takie rozmyślania nie porywały. Małej nie zrażała pogoda, skrzętnie korzystała z wszystkich nowych urządzeń. Bujająca ławka, huśtawka, piaskownica, domek były wciąż w użyciu.


W powrotnej drodze wpadliśmy do Krzepic (zdjęć niestety brak). Ola znów wchłonęła rosoła (i drugie, i deser), a potem jak nakręcona ganiała wokół cioci Krysi i po wszystkich pokojach.


I z powrotem w domu. Jednak te niemal 400 km w samochodzie mnie też wymęczyło. A tu jeszcze trzeba na wybory...

PS. Po zajęciach w bibliotece rozmawiałam z Olą po co nosi się okulary (obie panie bibliotekarki nosiły - choroba zawodowa?). Nieoczekiwany efekt pogadanki o okularach wyskoczył w sobotni wieczór, kiedy Ola domagała się dalszego czytania książki po zgaszeniu górnego światła. Tłumaczyłam Olci, że nie mogę czytać, bo nie widzę literek. Córeczka na to: "kupię ci okulary".