piątek, 23 stycznia 2009

Bilans

W środę Ola była na bilansie dwulatka. Generalnie dobrze rozwijającym się dzieckiem jest, ale pani doktor nie omieszkała wpisać w dwóch miejscach "niedobór masy ciała". No, poczułam się wyrodną mamą :(
Ola mierzy sobie 87 cm i waży około 11,400 kg. Szczuplakiem jest i wcale nie zamierza poprawiać PR-u mamusi i tacie przybierając widowiskowo na wadze.

Środa była też dniem, w którym Ola chyba po raz pierwszy tak zdecydowanie wyraziła swoją opinię co do stroju, w który chciałam ją ubrać. Do tej pory pogodnie wdziewała na siebie cokolwiek wybraliśmy. Problemem był ewentualnie sam proces nakładania czy zdejmowania. Co nie znaczy, że nie lubiła szczególnie tych bluzek/sukienek, na których były narysowane zwierzątka. Bluza z jeżem, czy sukienka z Puchatkiem* zawsze mogły liczyć na przychylne przyjęcie. Ale teraz było zupełnie inaczej: na widok ciepłych brązowych spodni, Ola zakrzyknęła "Te nie, te nie! Te drugie, są lepiejsze!". Gdyby tylko te drugie były nieco cieplejsze, ubrałabym Olę wedle życzenia, ale tym razem skończyło się tylko na dociekaniu, czemu te drugie są lepiejsze (bo są! - według Oleńki).
Zaczyna się... Jeszcze trochę, a córeczka będzie mi mówiła, jak ja mojej mamie, że wybrana przez mamę bluzka/spódnica jest "starcza".

Ten lekarski bilans oczywiście skłania do podsumowania ostatniego roku. A zmian było chyba nie mniej, niż w pierwszym roku życia. Nowy rok 2008 zastał szkraba raczkującego, mówiącego raptem kilka słów i choć dość upartego, to takiego jeszcze spolegliwego, że np. pożegnanie z maminym mlekiem odbyło się bez żadnych dramatycznych scen.

Od tej pory córeczka znacznie się umobilniła: w połowie marca zaczęła wreszcie chodzić, a niedługo po tym biegać i hasać. Ostatnio zaczęła trochę lękać się wysokości, co jednak zupełnie nie przeszkadzało jej wdrapać się z łóżeczka na przebieralnik (co prawda osiągnięcie jednorazowe, ale zawsze) - sprawdziłam: różnica wysokości 60 cm, a Ola powoli podciągnęła się, brzuszek, nogi i już się mościła się na wysokości.

Ten rok to jednak przede wszystkim niesamowity rozwój komunikacji i zdecydowane wyodrębnianie się małego człowieka.
Zaczęło się od słówek własnych (typu: "duda" na wodę, czy "babu, babu" na piaskową babę/piaskownicę), gdzieś na wiosnę w drodze do aquaparku usłyszałam z głębi fotelika: "baseń, baseń", potem coraz więcej rzeczowników, latem zachwyciło nas "jeszcze" (i w ten sposób trwały niekończące się seanse masowania "poszła pani na szpileczkach"), a jesienią zniknęły gdzieś "am-am" na jedzenie, "hau" na psa i usłyszeliśmy już całe ludzkie zdania. Na początku uproszczone, teraz coraz zgrabniejsze, ostatnio pojawiły się przyimki i zaimki (bo było: "Pani idzie pieskiem", z gdzieś uciekało), porównania ("Ola skacze jak kangurek").
I dzięki temu Ola może już z nami dyskutować, coś ponegocjować, przekomarzać się. Przykład z wczoraj:
- Mamusiu, daj kakao!
- Oleńko, piłaś już dziś, może mleczko teraz?
- Nie chcę mleczka, chcę kakao.
a po chwili:
- Jutro przyjdzie niania i da Oli kakao!
Konkluzja oczywista - załatwię sobie jakoś to kakao...

A generalnie - miło się rozmawia, bo kojarzy już coraz więcej i ma całkiem niezłą pamięć, czym nas czasem mocno zaskakuje (pamięta małe fragmenty wierszyków, niekwestionowanych hitem jest "Lokomotywa").
Zaczyna już wymyślać bardziej skomplikowane zabawy, np. bierze dwie zabawki i zaczyna prowadzić nimi rozmowę. Na razie te konwersacje nie są zbyt rozbudowane (Dzień dobry - dzień dobry - ja jestem mały miś - ja jestem królik - dzień dobry...), ale wzbogacane o całuski, tańce...

Z jednej strony Ola jest coraz bardziej niezależna i samodzielna, a z drugiej coraz bardziej czuła i uważna. "Ola kocha mamę/tatę" to chyba najmilsze, co słyszymy. Ola przytula się też, oznajmiając "Ola tuli". A ostatnio zastrzeliła mnie, obejmując mnie i mówiąc "moja przytulanka".

No i potrafi już trochę zamanipulować. Zobaczyła np., jakie wrażenie zrobiło na nas autentycznie zbolałe wołanie "brzuszek boli" sprzed kilku tygodni (dopadła ją wtedy pierwsza w życiu biegunka) i teraz, jak np. chcemy ją rozbierać - a jest to obecnie wyjątkowo nieulubiona czynność - sięga do arsenału środków:
- mamusiu, brzuszek boli!
- mamusiu, kocham, przytulę!
- mamusiu, Ola już śpi (i teatralne zamknięcie oczek na 1 sekundę).
Przyobserwowała, co nas rozbraja albo rusza i nie omieszka tego wykorzystać.

Ma już też wyrobione poglądy na ulubione potrawy. To jest: zupy pomidorowa z kluseczkami i przebój ostatnich dni - grochowa z grzankami, poza tym ryby w każdej chyba postaci.
No i miód - jak Puchatek; podobnie jak Kubusiowi Oli zdarza się wyjadać miodzik prosto ze słoika, na szczęście łyżką. Wyjada też masło prosto z maselniczki i twarożek z pudełka (a potem wcina suchy chleb dla skompletowania kanapki).
Nie byłaby dzieckiem, gdyby nie lubiła wszelkich ciast, lodów, śniadaniowych kulek, "kepuću" do każdej kanapki, parówek i lizaków. Do tych łakoci Ola ma dostęp limitowany. No, może keczupu tak nie skąpimy, choć ostatnio podsuwamy "keczup babci", czyli borówki. Wchodzą!
Lubi decydować też o naczyniach, z których będzie jadła, nawet o sztućcach ("mama daj d u ż y widelec!").

Nie wiemy, skąd jej się to wzięło, ale lubi tak kobietycznie wklepywać sobie krem w policzki i wieszać różne rzeczy na szyi, oznajmiając, że to korale. Ja tam też smaruję i wieszam, ale jakoś bez szczególnego nabożeństwa.

Ola bywa też bardzo nieśmiała. Niekiedy wydaje mi się, że są dwie Olki: ta domowa, swobodna roześmiana, rozgadana, pełna pomysłów i Ola "zewnętrzna" z poważną miną, milcząca, powoli włączająca się w zabawy innych dzieci. Są osoby (oczywiście dziadkowie, Antek, Michał) i miejsca (Entliczki), przy których rozkręca się szybko. Przy innych, nawet mocno lubianych osobach, potrafi milczeć cały czas (ostatnio Agnieszka i Jacek podczas 2-godzinnej wizyty nie usłyszeli ani jednego Olkowego słowa). Nawet obecność znanych od dawna koleżanek z podwórka nie zawsze jest w stanie rozruszać Olę.
Trochę to zastanawia, zwłaszcza, że rok temu chyba zawsze, jak stałyśmy w kolejce w sklepie, Ola wychylała się ze spacerówki i uśmiechała się do ludzi (zwłaszcza do panów).

Przy tym wszystkim jest wciąż małym wchłaniaczem świata, który czasem ją oszałamia. Np. kilka dni temu wpadłyśmy na chwilę do pobliskiej hurtowni rzeczy dzieciowych. Ola (która była tam po raz pierwszy) najpierw powściągliwie rozglądała się, przyswajając wieszaki pełne ubrań, szafę smoczków, rzędy słoiczków, półki uginające się od zabawek. Potem brała do ręki zabawki i oglądała ostrożnie. Na początku, kiedy zapytałam czy kupić małe kastaniety w kształcie żabki (właśnie trzymane w łapkach) powiedziała, że nie. Ale potem te zwały całkiem nowych zabawek tak ją oczarowały, że chodziła od półki do półki, chwytała sztuki bardziej i mniej udane i wołała: Kup mamusiu, kup to, i to, i to, i to... Była tak rozemocjonowana, że gotowa poprosić, żebym wykupiła cały sklep. Na szczęście wystarczyło wziąć na ręce, przytulić i opuszczenie sklepu bez tony zabawek przeszło całkiem spokojnie. Ale uderzyło mnie to wcześniejsze rozkojarzenie w oczach i niemożność ogarnięcia wszystkiego, co widzi.

Właściwie ciągle coś nowego. To i zapisuję. Dla potomności ;)

A na deser kilka zdjęć kuchennych:
- Ola bardzo pomaga tacie doprawiać zupę (grochową):


- i wyjada z miski same pyszności: masło utarte z cukrem; szło jej to tak sprawnie , że gdybym nie odsunęła miski na bezpieczną odległość, to ciasto musiałoby być z połowy porcji.


- a tu piękna mina pod tytułem: "że ja niby wyjadam ciasto?" (polecam na zbliżeniu)



* bo od kilkunastu chyba tygodni Puchatek jest ulubionym bohaterem bajkowym; przez długi czas wieczorne czytanie zaczynało się od wezwania: "mama/tata, czytaj o Puchatku!". Na szczęście jest też przyzwolenie na inne lektury.


niedziela, 18 stycznia 2009

Urodziny

Najpierw Ola pomagała przygotowywać poczęstunek. Tu: miesza paprykę. Przy okazji okazała się, że Ola bardzo lubi konserwowe ogórki. Akurat ze wszystkich chrupiących warzyw to sobie upodobała, zamiast przezdrowej marchewki albo rześkiej rzodkiewki. Nic to, będziemy perswadować...
Potem testowała polewę czekoladową.
A potem tak wyglądała:
A na koniec pięknie zdmuchnęła 2 świeczki z tortu-motyla. I ruszyła w pogoń za kuzynami. Dlatego więcej zdjęć lekko przeterminowanej solenizantki (jubilatki) nie zrobiono.
Goście dopisali, prezentów naprzynosili i Ola nie wiedziała od czego zaczynać.
Ale jak do tej pory największym przebojem jest ciastolina i klocki ze zwierzakami, z tym, że Olcia nie układa obrazków zwierzątek, tylko wieże wysokie.
Myśmy się wstrzymali z daniem drugiego prezentu. I tak mała jest zasypana nowymi zabawkami: Mikołaj, Święta, teraz urodziny (świadomie zresztą opóźnione, co by nie było przesytu). Kredki do kąpieli cierpliwie poczekają na swoją kolej.


środa, 14 stycznia 2009

Zima

Zima wciąż trzyma. Oli ulubionym środkiem lokomocji są teraz sanki. Niemal każdy spacer zaczyna się od wyszukiwania patyka. W domu mamy już małą kolekcję patyków, bo z każdego spaceru Ola wraca z nowym. Patyki służą do krojenia śniegu i robienia dziur w tymże.
A jak już się pokroi każdą połać zamarzniętego śniegu, to można po prostu ganiać po chaszczach.
Ze śniegu pożytek średni, jest zmrożony, kulki się nie kleją, nie da się budować.
A na ostatnim spacerze Ola odkryła przyjemność padania w śnieg (nie wypuszczając z ręki patyka). W czwartek Ola z nianią skorzystały ze świeżego śniegu i stworzyły 2 bałwany. Właściwie miał być tylko jeden, ale po ulepieniu pierwszego, ozdobieniu go czapką Mikołaja, guzikami z chrupek kakaowych i obowiązkowym nosem z marchewki, Ola zapytała się, gdzie jest mały bałwanek. Ulepiono więc i drugiego. Wedle relacji pani Małgosi Ola pilnie pomagała dostarczając budulec szufelkami.
W czwartkowe popołudnie poszłyśmy - po przerwie chorobowo-świąteczno-urlopowej - na zabawy do Entliczków. Niestety nie było quorum i zajęcia się nie odbyły.
Ale już sama droga do przedszkola była ciekawa. Ola wzięła ze sobą Misia Małego w jedną rękę i Króliczka w drugą, a w drodze przemawiała do Króliczka: "Króliczku, idziemy do pani Amelii. Do pani Amelii i do dzieci". Bardzo mi się to podobało, Ola świetnie nas naśladowała.
Jako że w Entliczkach była jedynie pani Amelia, to pojechałyśmy z Olą na małe zakupy.
Ola skorzystała z placu zabaw zrobionego jakiś czas temu w arkadach. Bawiła się tam przed świętami, bez przerwy wchodząc i zjeżdżając, bez problemu odnajdując się w plątaninie przejść i ścieżek. Teraz weszła chętnie, ale za nic nie chciała zjechać ze zjeżdżalni. Nie pomogły namowy, ani Mały Miś, który zjechał wcześniej. Nie miała ochoty i już.
Ola w ogóle ostatnio zrobiła się baaardzo ostrożna jak znajduje się nieco nad ziemią. Np. przy huśtaniu na domowej huśtawce napominała nas, żeby ją huśtać "malutku, malutku".
A z drugiej strony nie ma żadnych oporów, żeby wejść na oparcie kanapy, a siedzenie na blacie w kuchni to frajda.

A tu relaks po długim dniu:
I chwila zadumy:

Tu Ola przy swoim ulubionym ostatnio zajęciu: asystowaniu przy pracach domowych. Jak tylko zaczynamy się krzątać, zaraz pojawia się córeczka, ciągnie krzesło w stronę blatu i prosi o jego przysunięcie. Niestety w swoim bezpiecznym kąciku w rogu blatu blokuje szafkę z koszem, więc co jakiś czas jest odsuwana i przysuwana, czego nie lubi, najbardziej chyba dźwięku krzesła przesuwającego się po podłodze i słyszę za każdym razem: mama, nie mrucz! Czasownik "szurać" jeszcze nie został do końca przyswojony.

niedziela, 11 stycznia 2009

Z nowym rokiem nowym krokiem

Zaczynamy od sprawozdania, bo galeria Olkowa przyblokowała się już jakiś czas temu. Dziś raczej nie uda się wrzucić zdjęć jeszcze z jesieni, ale może uzupełnimy galerię. Kiedyś...
A tymczasem galeria wygląda tak.

Drugie swoje święta Ola zaczęła od małej krytyki: wyciągnięte któregoś grudniowego popołudnia liczne paczki z bombkami, łańcuchami, itp. zostały przyjęte z umiarkowanym zainteresowaniem. Córeczka popatrzyła na zwały pudełek i stwierdziła: mama zrobiła bałagan.
Bo Ola generalnie porzadnicką jest (choć ostatnio czasem tylko bywa): znaleziony na podłodze paproszek zaraz jest wyrzucany do koszta, od kilku tygodni bardzo lubi asystować przy zmywaniu i jest wyraźnie zawiedziona, kiedy zlew jest pusty. Bierze wtedy gąbkę i "Ola wyciera blat".
Oczywiście przekora dwulatka objawia się rozrzucaniem ubrań (ze szczególnym uwzględnieniem rajstopek), zabawek i odmową sprzątania, albo wskazywaniem na wyimaginowaną przeszkodę i stwierdzaniem "Ola nie może" (plus poważna mina pod tytułem: ja naprawdę nie mogę).

Ale do adremu:
Ola bardzo pomagała:
- w ubieraniu choinki:
- w pieczeniu ciast:
- w wyjadaniu cukierków z dachu piernikowego domku:
I w końcu Święta:
Wigilia u Agnieszki i Jacka była ciepła, rodzinna, liczna i pełna smakołyków.
Do Oli przyszedł Mikołaj.
Przyniósł piękne prezenty, ale Ola najbardziej pokochała małego włochatego misia w długiej czapie, porzucając natychmiast na jego rzecz owcę, myszkę, lalki i dużego misia. Lojalność jeszcze nie obowiązuje (pamiętam, że zabawkowy telefon z Puchatkiem, dołączony do któregoś numeru "Misia" tak ją zafrapował, że zaraz pod kioskiem porzuciła wózek z lalą).

Mikołaj zyskał pomocnicę.
W Polanicy pod choinką czekały klocki, które tato z fantazją układał, a Ola natychmiast burzyła.

Wieczorem trochę przeszkadzała w graniu w grę detektywistyczną.
Mordercą okazała się babcia.

W drugi dzień świąt Ola kibicowała Michałkowi w grze w szachy. Mimo rozpraszania przez małą kuzynkę Michał sobie dobrze radził. A potem Ola sama przekładała sobie szachy.
Ola jest bardzo wpatrzona w Antosia i w Misia (ostatnio bardziej w Miśka) i stara się robić to, co oni. Chłopaki piją kakao z kubeczków - to i Ola.
W tle nowa lala - prezent od Beaty, Jarka i chłopaków.

Po kilkudniowym pobycie we Wrocławiu pojechaliśmy znów do Polanicy, zahaczając o Świętą Katarzynę. Tato zapatulał rurę z wodą a Ola badała pryzmę piasku.

Sylwester spędziliśmy w domu. Ola spała, rodzice ogrzewali się po 5 minutowym pobycie w Zieleńcu, gdzie zamierzali przywitać nowy rok na nartach, ale masochistami nie będąc, zrezygnowali z tego niedługo po przyjeździe, obezwładnieni wiatrem, śniegiem i bardzo malowniczą mgłą.

W Polanicy Ola zdobyła sprawność pomocnika palacza.

Trochę z tym paleniem nie wychodziło i chłodno bywało. A jak mała dostała czkawki, to stosowane były metody tradycyjne: straszenie:

Na czkawkę nie pomogło, ale bardzo rozbawiło straszoną, która do tej pory lubi znienacka krzyknąć: hu! i jest nieco zawiedziona jak nie robimy przestraszonej miny.

Ola nauczyła się też wyłączać światełka na choince metodą tradycyjną: wykręcając lekko jedną lampkę. Spostrzegawcza jest. Bardzo.

Pod choinką było też stanowisko zabawy kulkami do liczenia. Ola zapamiętuje coraz więcej (dziś nas rozbroiła recytując kawałek "Lokomotywy": ...i ciągnie z mozołem, bo jesteśmy pewni, że nie rozumie tego słowa), ale z liczeniem jak to u dzieci: jeden, dwa, dziesięć, pięć... Potem nastąpiła pierwsza wizyta Oli w Zieleńcu i pierwsza jazda na sankach. Po początkowych obawach Ola się rozkręciła i tylko nie mogła zrozumieć, że nie można zjeżdżać wciąż w dół i w dół, tylko trzeba jakieś przerwy na podchodzenie robić.



A w Zieleńcu nowości: kanapa z podgrzewanymi siedzeniami i osłoną przeciw wiatrowi. Przydawało się, bo było rześko.
I pięknie: