W Wielką Sobotę dowiedzieliśmy się, co trapiło Zuzę od kilku dni - była apatyczna i płaczliwa; nawet panowie kafelkujący garaż dopytywali się w czwartek "co się stało, że malutka tak płacze, zawsze taka wesoła?". W Święta wychynął nieśmiało pierwszy ząbek (dolna lewa jedynka) i od razu dziecko odzyskało właściwy sobie stan ducha.
Bogatsza o nowe wyposażenie Zuzanka siadła do świątecznego stołu, co jakiś czas badając nowy nabytek. Poza tym dała się poznać jako uprzejmy stołownik - kiedy przy stole rozlegał się wybuch śmiechu, śmiała się razem z nami.
Mała biesiadowała z nami, choć nie wiem, czy biesiadowaniem można nazwać spożycie kanapki z wędliną i kawałka babki. Choć w sumie dieta Oli nie była dużo bardziej urozmaicona. Córka znajduje się obecnie w silnej fazie inżyniera Mamonia i świąteczne przysmaki, nawet chętnie jedzony drzewiej pasztet, nie były w stanie ją skusić.
Na pośniadaniowy świąteczny spacer pojechaliśmy do Dusznik, konstatując na miejscu, że w Boże Narodzenie było cieplej.
Drugi dzień świąt, który spędziliśmy we Wrocławiu, był bardziej wiosenny:
I jeszcze przedświątecznie: Ola instalowała kucyka w różnych miejscach, potem uwieczniała to na zdjęciach:
Od kilku miesięcy często pytając Olcię, co robiła w przedszkolu, otrzymywałam odpowiedź: bawiłam się z Wiktorią/Lenką/Mają/Asią w koniki. Kiedy podrążyliśmy trochę okazało się, że koniki to zabawa we wszystko (zabawa-mydło, jak określił Maciek językiem zawodowego gracza w domino), a koniki pony są tylko pretekstem.
Od jakiegoś czasu dopytuję się więc precyzyjniej ("co robiły koniki") i otrzymuję niekiedy zaskakujące odpowiedzi, na przykład: "koniki miały zegarki, które im wskazywały kiedy przyjdzie noc, a nocą mój breloczek* był czujnikiem, który wskazywał kiedy nadchodzą duchy", a we wtorek po świętach: "dziś koniki miały Wielkanoc, jadły ciasta, a kiedy zaczęły się polewać wodą na śminus-dyngus, to rozbłysły fajerwerki".
*breloczek z serduszkiem przyczepiany do szlufki spodni- jeden z nielicznych argumentów za założeniem spodni
Od jakiegoś czasu dopytuję się więc precyzyjniej ("co robiły koniki") i otrzymuję niekiedy zaskakujące odpowiedzi, na przykład: "koniki miały zegarki, które im wskazywały kiedy przyjdzie noc, a nocą mój breloczek* był czujnikiem, który wskazywał kiedy nadchodzą duchy", a we wtorek po świętach: "dziś koniki miały Wielkanoc, jadły ciasta, a kiedy zaczęły się polewać wodą na śminus-dyngus, to rozbłysły fajerwerki".
*breloczek z serduszkiem przyczepiany do szlufki spodni- jeden z nielicznych argumentów za założeniem spodni
Ola rośnie, jest niezmiennie świetną starszą siostrą; i choć ma świadomość, że jest sprawniejsza, mądrzejsza od Zuzki, to czasem bardzo wątpi w swoje siły i łatwo się zniechęca. W ciągu ostatnich tygodni we wtorkowe poranki odbyłyśmy bodaj trzy rozmowy o chodzeniu na basen: przy pakowaniu ręcznika/stroju/klapek do plecaka Ola wzdychała, że nie chce już chodzić na basen, bo tam uczy się nowych rzeczy (pływanie żabką i krawlem) i to jej dobrze nie wychodzi. I nieważne jest, że instruktor ją chwali, że inne dzieci mają takie same problemy - Ola gotowa jest rzucić pływanie i zając się czymś, co jej lepiej wychodzi.
Akurat sytuacja z basenem się poprawiła, bo instruktor znowu pochwalił Olcię, a ja (wycierając całkowicie zachlapaną podłogę w łazience) przekornie zapowiedziałam, że zabronię jej chodzić na basen, bo uczy się tam nurkować. Ola, która bardzo lubi nurkowanie w wannie, zaczęła mnie z punktu intensywnie przekonywać, że powinna chodzić na basen, powtarzając moje argumenty z jakiegoś wtorkowego ranka: "jak przestanę chodzić, to nie nauczę się pływać, nie będę się bawić z dziećmi...".
A jednocześnie córeczka ma takie dobre dziecięce przekonanie, że wszystko jest możliwe. Oraz wiarę, że właściwie to wszystko może się zdarzyć.
O tym drugim przypomniała przy rytualnej rozmowie pt "jak minął dzień, jak było w przedszkolu?"; Ola wygłosiła mniej-więcej coś takiego:
- dziś nie było pani Ani, bo pojechała na kilka dni do Krakowa, ciekawa jestem, czy zobaczy smoka wawelskiego...
- ale..
- mamo, wiem, że nie ma smoka, chodzi mi o tą rzeźbę, o której mi opowiadałaś. A prawda, że smok jest podobny do dinozaura?*
- no, trochę jest
- [tu Ola popatrzyła na kupkę ziemi, która została po sadzeniu przez Maćka drzewek, zamilkła na chwilę] ...szkoda, że tato nie wykopał wczoraj kości dinozaura w naszym ogródku...
*naprawdę nie zapoznawaliśmy dzieci z przemyśleniami Macieja Giertycha
A tu Zulka z czuprynką naelektryzowaną po fikaniu na kanapie.
Zuza jest coraz bardziej ruchliwa, ale i coraz ostrożniejsza. Wciąż lubi domykać drzwi i otwierać szuflady, ale nauczyła się, że nie pozwolimy zamknąć, jeżeli rączka będzie zaciśnięta na drzwiach czy szufladzie - z reguły pamięta, żeby rozprostować paluszki i dopiero potem popchnąć. Zapamiętała też, że kran nad wanną (podpórka przy kąpielowych harcach) bywa czasem nieprzyjemnie gorący, zanim więc chwyci kran mocno całą łapką, najpierw dotyka czubkami palców - jak próba przebiegnie pomyślnie łapie mocno i podciąga się.
Maluch umie już chwilę ustać bez podtrzymywania, a potem - na szczęście - klapnąć na podłogę bez uszczerbku. Potrafi też chodzić podtrzymując się mebli, ale jakoś nie poważa tego sposobu poruszania się, zdecydowanie preferując błyskawiczne raczkowanie (a mama dokupuje kolejne pary rajstop i spodni, usuwając te z przetartymi kolankami).
Na koniec - finalne zdjęcie "projektu rzeżucha". Podpuszczona przez Maćka Ola robiła zdjęcia rzeżuszce każdego dnia. Trzeba przyznać, że obiekt był wdzięczny i rósł w oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz