sobota, 31 marca 2012

marzec

Jak mówi stare przysłowie pszczół: w marcu jak w garncu. Ostatnio opowiadałam Oli o tym i innych przysłowiach, córka była zawiedziona, że nie ma przysłowia o każdym miesiącu. Usiłowałam tłumaczyć, że tylko wczesnowiosenne miesiące raczą pogodą zasługującą na przysłowie, Ola przerwała mi i powiedziała, że w maju też padał śnieg; już-już miałam pouczać dziecko, że u nas nigdy i nic podobnego, ale przypomniał mi się zeszłoroczny długi weekend majowy, kiedy obserwowaliśmy naszą piękną śliwę pod śniegiem.
Córeczka ma pamięć słonia.
Jak jej zależy rzecz jasna. Jak nie zależy to zapomni po co zeszła na dół (prozaiczne ubieranie butów przed wyjściem do przedszkola) idąc po schodach...

Tu Olcia akurat o niczym nie zapomina, tylko utrwala sobie, że ruchliwość siostry zmienia otoczenie. Musieliśmy ukrócić Zuzkowe wspinaczki po schodach. Teraz Zulka wdrapuje się na górę wyłącznie w asyście, a Ola kalkuluje, czy lepiej przeskoczyć przez bramkę (ma za mało siły, by otworzyć ustrojstwo), czy wołać rodziców, żeby udrożnili przejście.

Oderwana od schodów Zuza korzysta z kartonu po biurku. Mała lubi schowki, tunele i nie objawia na razie lęku przed ciemniejszymi zakamarkami. Polubiła książki i przegląda je nieco uważniej, niż kilka tygodni temu.
Malutka nauczyła się robić "pa, pa" i popisuje się umiejętnością kiedy trzeba i nie trzeba; nie traktuje tego jako elementu pożegnania, tylko jako sposób komunikacji - robi więc pa pa i już uśmiecha się w oczekiwaniu na mój entuzjastyczny uśmiech i słowa pochwały.
Zu natomiast entuzjastycznie podeszła do jedzenia kanapek. Bezzębnymi dziąsełkami miażdży małe porcyjki. I samo wkładanie jedzenia (a z reguły trafia do buzi) podoba jej się tak bardzo, że ładuje te chlebowe wagoniki do dziobka szybciej niż potrafi je przepchać dalej, ale na razie nie widzi związku miedzy zatorem w buzi a tempem załadunku. Tylko w jednym przypadku odmówiła współpracy zupełnie - chleb wieloziarnisty okazał się zbyt dużym wyzwaniem.

taką mniej-więcej minę miała Zu, jak dostała kanapkę z ziarenkami


A w oczekiwaniu na wiosnę żeńska część rodziny wystąpiła w przedszkolnym "wiosennym przeglądzie wierszy" z wierszykiem o kotku, wygłaszanym - dla ułatwienia - z podziałem na role. Choć nie był to konkurs, niektóre maluchy miały wielką tremę i pracowicie wyuczone długie wiersze mówiły cichutko, wzrok kierując ku podłodze. Nieobiektywnie napiszę, że Oli całkiem dobrze poszło. Mówiła wyraźnie i głośno, a na końcu zawodowo dygnęła.


Kocie uszka i koci nosek dostała także Zulka, która przyjęła to ze stoickim spokojem.


Kocie uszy ostatnio przydały się przy zabawie z sąsiadami. Ola z Sabinką szybko ustaliły, że będą się bawić w księżniczki. Wyciągając Zuzę od starszaków delikatnie zasugerowałam, żeby może wybrały zabawę, w którą chętnie pobawi się też Dominik. Ola od razu poddała: "a może Dominik będzie królewskim kotem?". Dominik zgodził się być uciekającym kotem, którego księżniczki będą gonić. Z odgłosów dobiegających z góry doszło do mnie, że wyłączył się z zabawy, kiedy dziewczyny zaczęły nastawać, żeby był księciem.

Tyle zdziałała Zulka przez jakieś 2 minuty (sprzątanie po śniadaniu, robienie herbaty). Nie tylko wyjęła niemal wszystkie chusteczki ze strąconego nieopatrznie pudełka, ale też sporą część z nich pracowicie przedarła na pół.
Biada też, jeżeli zostawię niedokładnie zamkniętą torebkę. Zuza nie umie wprawdzie rozsunąć suwaka, ale wkłada łapki w niewielki nawet otwór i rozciągając brzegi otwiera torebkę, po czym sumiennie wyrzuca wszystko na podłogę i zaczyna próbować - co najlepiej nada się do masażu dziąsełek.

A tu niedzielny poranek - dziewczyny najpierw przewalały się same, potem ze świeżo przybyłą ze stolicy babcią:


A kolejny weekend spędziliśmy w Polanicy; udało się złapać trochę wiosny:


Ola gra z babcią na szachownicy w kamyczki - ruch może wykonać ten, który odgadł odpowiedź na zagadkę przeciwnika.
Następna sobota była dniem pełnym atrakcji: najpierw poszłyśmy na dzień otwarty do szkoły, po południu na urodziny Nastki do kinderplanety a wieczorem mieliśmy gości.
System przedszkolny w naszej gminie zakłada, że na ostatni rok przedszkola dzieci przechodzą do oddziałów przedszkolnych przy szkole, więc Ola opuści znane mury i od września będzie "chodzić do szkoły". Choć codziennie mijamy szkolny budynek w drodze do przedszkola, to nie mogliśmy nie skorzystać z okazji obejrzenia szkoły od środka w czasie dnia otwartego.
Oli się wszędzie podobało - w pracowni przyrodniczej, gdzie było akwarium i ścienne wystawy o zwierzętach, w sali komputerowej, gdzie na maluchy czekały puzzle matematyczne, w sali zerówkowiczów, gdzie trafiliśmy na pokaz udzielania pierwszej pomocy, w bibliotece i u pani logopedy... Córeczka korzystała z atrakcji dla mniejszych zwiedzających: zrobiła motylka z panią od klas młodszych, w innej sali lepiła z masy solnej, a w sali historycznej pogardziwszy "wykopaliskami" (szukanie skorup w skrzyni z piaskiem) wykonała koronę dla króla i tak się do niej przywiązała, że chodziła w niej całą niedzielę, nie wyłączając spaceru w parku południowym:


A wieczorem wpadli Przemek i Ela oraz Basia i Jarek z Magdą i Maćkiem. Ola po krótkiej niedyspozycji ("zjadłam za dużo żelków u Nastusi" przyznała wyjątkowo jak na nią samokrytycznie) włączyła się do zabawy. Była bardzo z siebie dumna, kiedy ex aequo z Magdą wygrała w carcassonne, potem starszaki (14 i 13 lat) grały w warcaby, Ola kibicowała:


A z serii pytania znienacka - po dłużej chwili milczenia w samochodzie Ola wygłosiła: "mamo, jaki był najstarszy człowiek na świecie? mama prababci?". Przełknęłam rozbawienie i zaczęłam tłumaczyć, że mama prababci i najstarszy człowiek niewiele mieli wspólnego, jednocześnie skanując w myśli rozmowy/książki z ostatnich dni, żeby ustalić co naprowadziło Oleńkę na takie przemyślenia. Wciąż nie wiem
Chyba jazda autem sprzyja rozmyślaniom, bo kiedy kilka dni temu jechaliśmy odwiedzić Wiktorię, Ola zaczęła planować swoją rodzinę. A że wciąż jest pod wrażeniem ilości bliźniaków, które mają się jesienią pojawić w najbliższym otoczeniu (dwie pary!), snuła rozważania, jak to dobrze mieć bliźniaki, a najlepiej to od razu trojaczki*. Próbowałam delikatnie sugerować, że opieka nad taką gromadką to niełatwa sprawa, ale Ola miała rozwiązanie: "będę miała męża, to on mi pomoże". A kiedy spytałam, co będzie jak ten mąż pójdzie do pracy, Ola nie widziała problemu: "przyjedzie babcia i mi pomoże".
Dobrze kombinuje.

*trójka dzieci według Oli to bardzo dobra wersja rodziny, dlatego od czasu do czasu wnioskuje o jeszcze jedną siostrzyczkę...

Brak komentarzy: