czwartek, 31 grudnia 2009

sylwester


I roku koniec. I urodziny jutro. A dziś Ola będzie spać u pani Małgosi, a rodzice będą sylwestrować.

Przed Świętami trochę przyprószyło, co nie odstraszyło Oli od korzystania z placu zabaw:


Święta minęły oczywiście za szybko, zwłaszcza dla Oli, która chętnie celebrowała świąteczne chwile. Najsampierw została odziana w piękną sukienkę oraz opaskę, które to przy wydatnej pomocy Agnieszki i Jacka przysłał Oli Święty Mikołaj. Sukienka była bardzo trafionym prezentem, bo Ola ma teraz fazę na małą damę , która boleje nad koniecznością wychodzenia w spodniach na zimowe spacery i chętnie wskakuje w sukienki, by w nich potańczyć a potem jeszcze w lusterku się przejrzeć.


Oczekując na wigilię, rada ze swojego wyglądu Ola zasiadła do pianina i zaczęła wyśpiewywać kolędy, których sporą ilość opanowała w ostatnich tygodniach. Jej ulubiona to "Pójdźmy wszyscy do stajenki", ale kolędniczka miała z nią mały problem: "Co to znaczy czartamocy?" pytała się Maćka, mnie, babci. Kiedy już złapała, o co chodzi w czartamocy zdarzyło jej się przerwać śpiewanie i tłumaczyć: "Mamusiu, a wiesz, że czart to diabeł?".
Wigilią była tak podekscytowana, że niemal nic nie zjadła - z wyjątkiem racuszków, ale i o nich zapomniała, kiedy (gdy wszyscy asystowali babci krojącej ciasto) pod choinką pojawiły się prezenty.


W Polanicy pod choinką Ola znalazła tablicę, ławkę, dziecięcy laptop i kolorowe spodnie, we Wrocławiu jeszcze kuchenkę z licznymi akcesoriami.
Prezenty bardzo się spodobały:

Ola oderwała się od tablicy tylko na śpiewanie kolęd, a we Wrocławiu od kuchenki na spacer bezśnieżnymi ulicami

podczas którego szczególnie przykleiła się do wujka Michała:

A tu Maciek objaśnia działanie komputerka (przekazuje memy?):


*
Ola kończy 3 lata. Jak już się rzekło lubi sukienki, choć jako żywo nikt jej szczególnie takiej preferencji nie sugerował. Wyodrębnił nam się człowiek - ze swoim gustem, sympatiami i antypatiami. Wygłasza opinie i komentuje.To jej się podobało, tamto nie. Ma przy tym szczęśliwą skłonność zwracania większej uwagi na pozytywy i jest spostrzegawcza*.
Lubi skupiona malować, rysować, plastelinować. Uwielbia czytanie książek, asystowanie przy wszystkich naszych czynnościach; robienie obiadu, czy tankowanie paliwa - wszystko równie fascynujące.
Choć chłonie każdą nowość - nową zabawę, książkę, miejsce, zwyczaj - to bardzo lubi powtarzalność. Mam swoją teorię (o dinozaurach), że robiąc po raz kolejny, to co już dobrze zna, córeczka ma poczucie większego panowania nad rzeczywistością - wie dokładnie co się będzie działo, w jakiej kolejności i konfiguracji. Może się włączyć, pomóc, udzielić cennej rady. Nie potrzebuje wskazówek, nie ma niepewności. Jest jak dorośli.
Niezależność i odrębność objawia się także tym, że z pewnym oporem Olcia przystępuje do wykonywania rzeczy koniecznych: wieczorne sprzątanie zabawek, ubieranie się, czy czasem mycie zębów poprzedzane są co najmniej kilkukrotnymi wezwaniami. Zasady wzajemności i współpracy (choćby dzielenie się zabawkami) też nieco szwankują; to ponoć jeszcze normalne w tym wieku, ale co sobie rodzice poopowiadają o zaletach kooperacji - to ich...
Szarpią nią czasami sprzeczne uczucia - chce być jednocześnie samodzielna, niezależna ale jeszcze mocno nas potrzebuje albo nie radzi sobie z oporną materią. Niekiedy w chwilach rozdarcia oblewa się łzami i woła "pśitul mnie".
Ma bardzo dobrą pamięć (pamięta dość dokładnie co ciekawsze wydarzenia z wiosny, lata), sporą inwencję i nieposkromioną wyobraźnię. Bardzo lubi towarzystwo, ale nie nudzi się sama ze sobą.
"Osiągnięciem" ostatniego roku jest też pojawienie się poczucia humoru, dla rodziców nieco zagadkowego, bo raczej nie umiemy przewidzieć, co rozbawi naszą córeczkę (Ola umie też rozbawić samą siebie, opowiadając coś absurdalnego, po czym stwierdzając ze śmiechem "przecież tak wcale nie jest"). Lubi też nas powkręcać, mówiąc jakieś niestworzone rzeczy, po czym szybko zastrzega "to na niby", jakby nie dowierzając w naszą wrodzoną bystrość.
Po prostu - nasza Ola kochana.

* Już o tym kiedyś pisałam, ale bodaj jesienią Ola całkiem szczerze doceniła urodę papieru toaletowego (kiedy korzystała z łazienki, w gościach będąc): "jaki piękny papier - w fale".

wtorek, 22 grudnia 2009

Wałek i zagadki


Mamy ostatnio smak na bułeczki drożdżowe. Doszłam w ich wytwarzaniu do pewnej wprawy i upraszczam produkcję: zamiast rozwałkowywać ciasto, rozciągam je na blacie rękami. Odejście od wersji pierwotnej nie spodobało się mojej asystentce kuchennej, która widząc mamine ułatwienia, bez słowa zeszła z krzesła (stanowisko obserwacyjne przy blacie), bezbłędnie otworzyła drugą szufladę od dołu, wyjęła wałek i podając go przemówiła: "masz, mama, bo sobie ręce pobrudzisz". Cóż było robić - wałkowałam.
No bo jak to być może inaczej niż tak:

Musi być trochę powtarzalności, rytuału...

Zainteresowanie Oli zajęciami domowymi ma swoje zrozumiałe granice i kiedy ogarniam gospodarstwo, dziecko zajmuje się sobą samo. Któregoś dnia zabrałam się za porządki po tym, jak zadawałam Oli zagadki z książki. I słyszę z drugiego pokoju:
"Co to jest za rzecz, która jest mała i ma smoczek? To mała dzidzia. Brawo, brawo!"
"Kto to jest, kto nosi plecak? To księżniczka mała niesłychana. Brawo, brawo!"
Dziecko samowystarczalne: samo zapyta, samo odpowie (trochę zaskakująco czasami) i samo sobie brawo bije.

Kilka dni temu była Marta z Szymkiem. Nieco się obawiałam, jak zachowa się Ola, bo ostatnio wielką rozpaczą reagowała na każdą próbę pobawienia się jej zabawką przez Nastkę.
Chyba zachowanie to należy zrzucić na karb zaleczonej już choroby (znów zakażenie układu moczowego), bo z Szymkiem bawiła się świetnie.
Szymon (coraz bardziej wymowny) był wciągany w różne zajęcia takimi zachęcającymi propozycjami jak: "choć Szymek, ja będę śpiewać, ty będziesz klaskał".


Przyszedł wreszcie mróz i zima. Niestety - śnieg, który na kilka dni okrył świat, nieco zawiódł oczekiwania Oli, bo był sypki i nie dało się lepić bałwana.
Za to można było - posmarowawszy się grubą warstwą kremu "z pingwinkiem" - spacerować po niemal pustym Parku Południowym (Ola właśnie pokazuje na rzeźbę pana Chopina a ja udzielam odpowiedzi na pytanie "czy pan Chopin będzie jeszcze kiedyś grał"):

skarmiać wygłodniałe ptactwo:

albo wieczorem spacerować po pięknie przybranej Świdnickiej, dość do rynku, by zobaczyć imponującą choinkę, inscenizację bajek, naciągnąć rodziców na przejazd karuzelą w ramach bożonarodzeniowego jarmarku i chcieć kupić niemal każdą ozdobę świąteczną ze straganów.

Ola bardzo przeżywa zbliżające się święta. Od kilku tygodni jej ulubione lektury to: "Boże Narodzenie" (taki leksykon) i "Boże Narodzenie w Bullerbyn". Przez kilka dni opowiadała szczegóły wigilii i koncertu świątecznego w przedszkolu.
Od miesiąca Ola z uwagą przygląda się każdej choince, ale zaskoczyła nas jej reakcja na finał domowego ubierania choinki: przystrojone drzewko zostało postawione na szafce, Maciek włączył lampki, a Olci oczy rozbłysły i zaczęła się śmiać z radości. Teraz ma poduszkę w łóżku tak przełożoną, żeby zasypiając widzieć choinkę.
Po prostu czyste szczęście; i nam od razu radośniej.
A wczoraj, kiedy jechałyśmy autem, Ola porządkowała oczekiwania: "Będzie wujek Jarek, ciocia Beata, Antoś, Michaś i oczywiście babcia. Podzielimy się opłatkiem, będziemy życzyć życzenia, a potem babcia przyniesie p r z y s m a k o ł y k i".

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Mikołajki

Oli właśnie przechodzi katar, który jeszcze kilka dni temu bardzo ją męczył, była więc gotowa na wszelkie poświęcenia, byle by tylko zwalczyć chorobę. W któreś popołudnie obrałam pomarańczę. Ola spróbowała i lekko się krzywiąc stwierdziła: "Bardzo kwaśna!" a po chwili (z nadzieją): "Pomoże na katar?".
Rozbawiło mnie to bardzo, bo kiedyś moja ukochana babcia po spróbowaniu soku z grejpfrutów uznała, że "to jest tak niedobre, że musi być zdrowe". Ola idzie tym samym tropem

W mikołajkowy weekend atrakcji było pełno. Lekceważąc Mikołajów w aquaparku i centrach handlowych, udałyśmy się z Olcią w sobotę do muzeum, gdzie miał być dzień mikołajkowy. Z wszystkich atrakcji dla córeczki odpowiedni okazał się li i jedynie kiermasz świątecznych ozdób (to jeszcze nie ten wiek, by wysłuchać wykładu o św. Mikołaju, a potem grać w kalambury). Mimo, że kiermasz na pierwszy rzut oka nie robił imponującego wrażenia (4 stoiska w dużym hallu) spędziłyśmy tam prawie godzinę. Przy pierwszym stoisku można było samodzielnie ozdobić bombkę.


Ja smarowałam klejem różne wzory, a Ola posypywała brokatem złotym, srebrnym, zielonym, itp z takim zaangażowaniem, że brokat miałyśmy na butach, na włosach, wszędzie.


Po pomalowaniu bombki Ola miała strapienie, ponieważ w jej rękach pozostawiłam wybór bombki-bałwana (czerwona, zielona lub niebieska czapka). Ola wybrnęła rozbrajająco: "Kupimy tego, bo ma takie ładne rękawiczki. I mamusiu, zobacz - tu leży taki mały bałwanek - to jest mama i dziecko, kupisz? I jeszcze tatusia - będzie cała rodzina".
Kupiłam wszystkie trzy. Przekonała mnie :)

Znowu przypomina mi się Szydłówek i Antoś (chyba 2-letni wówczas), który na widok dwóch krów i jednej jałówki zdiagnozował sytuację rodzinną rogacizny: "to jest mama-muu, tato-muu i Antoś-muu".

A potem podziwiałyśmy ozdoby z masy solnej ("jak ciasteczka kangurzycy") i zakupiłyśmy tylko jedną, na końcu bombki-olbrzymy (na szczęście bez zakupów).
Kiedy wychodziłyśmy z muzeum, Olcia pytała, kiedy znowu pójdziemy na kiermasz.

W niedzielę Maciek wybrał się z Olą na ostatni w tym roku poranek filmowy, na którym - z okazji Mikołaja - czestowano mandarynkami


a potem niespodzianka - multimedialny pokaz grafik Andrzeja Dudka-Durera. Dzieci szalały, córeczka też:


środa, 2 grudnia 2009

Matematyka


Wracamy dziś z Olcią od fryzjera, obie nowe lepsze i podcięte. Córeczka ukontentowana zainteresowaniem "jej fryzjerki" pani Agnieszki, która odświeżyła fryzurę Olci, uwijając się wokół niej zgrabnie, mimo 7. miesiąca ciąży, a na koniec tradycyjnie poczęstowała małą klientkę cytrynowym lizakiem.
W połowie drogi do domu Ola ma dość wrażeń - "weź mnie na rączki mamusiu", ale tu dzwoni telefon, tu zsuwa się z mojego ramienia torebka dociążona soczkiem, książeczką (na wypadek nudy) i zapasowym sweterkiem (na wypadek nie wiadomo czego, bo ciepło u nas jak - nie przymierzając - we wrześniu). Ola ponawia prośbę, ja rozmawiam, ale szybko kończę i tłumaczę córeczce:
"Olciu, nie mogłam cię podnieść, jak rozmawiałam, tak się nie da, ja mam tylko 2 ręce".
Ola przystaje, patrzy na mnie i stwierdza (przysięgłabym, że nieco kpiąco):
"Aha, a jak rozmawiałaś, to miałaś jedną?"

PS. Liczenie na głos przy schodzeniu po schodach (a mamy ich do bramy 20) przyniosło nieoczekiwany efekt:
- Olciu, ile bajek dziś oglądamy?
- piętnaście tatusiu!