- zgodny z zalecaniami ortopedy,
- imieninowy (18.V - Aleksandry),
- koleżeński - bo Nastka też taki ma,
- fortunny - wyprzedził o 2 dni całkowitą awarię trzykołowego rowerka.
Na razie nie mamy zdjęć z jazdy, bo byliśmy zbyt zabsorbowani przyuczaniem Oli do nowej techniki jazdy, zwłaszcza do trudów pedałowania. Po 2-3 dniach podpychania córeczki (miała problem z ruszeniem, kiedy jeden pedał był całkiem u góry, a drugi u dołu), mała ruszyła śmiało do przodu. Nawet bardzo śmiało, bo choć dobrze opanowała ruszanie i skręcania, to z hamowaniem jeszcze nie wychodzi jej najlepiej.
Jest dokumentacja zdjęciowa składania rowerka - Ola jako asystentka mechanika:
Nowym sprzętem w domu są też wiklinowe kosze na zabawki, które zastąpiły zdezelowane tekturowe pudło. Ola rzecz jasna bada wszelkie zastosowania:
W sobotę i niedzielę byłyśmy z Olą w arboretum w Wojsławicach, w sobotę z babcią i jej koleżanką (panią Gienię z niezwykłą u siebie śmiałością Ola dość szybko, z własnej inicjatywy, zaczęła nazywać ciocią), a w niedzielę z Maćkiem. Zdjęć z soboty nie ma, bo wtedy właśnie wtedy Maciek-budowniczy obfotografowywał każdy metr bieżący instalacji elektrycznej. Za to w niedzielę zdjęć zrobiono multum. Wrzucam poglądowo tylko 4, ale nie było chyba miejsca niewartego obfocenia.
Rododendrony w pełnej krasie, lekko już powiędłe azalie (Ola przyswoiła nowe słowo: przekwitły), egzotyczne iglaki, bordowy buk, sekwoja, miły zapach lipy wymieszany z zapachem rododendronów i niedawno ściętej trawy. Dlaczego nie trafiliśmy tam wcześniej?Olinka miała oczywiście własny koncept na spacer. Nazachwycawszy się kwiatami pierwszego dnia, w niedzielę skoncentrowała się na samodzielnych wędrówkach i badaniu kamyczków. Zmiana w zachowaniu córeczki polega na tym, że Ola stara się nie tracić nas z oczu i dobiega trochę w naszym kierunku, kiedy się zanadto oddalamy.
I dłuższa obserwacja świeżo opierzonego pisklaka, który - choć pewnie zaniepokojony tym wielkim dla niego, bacznie go śledzącym stworzeniem - nie mógł szybko umknąć, bo dopiero trenował latanie i musiał robić przystanki co parę machnięć skrzydełkami. Ola odczytała tą nieporadną ucieczkę jako zachętę do zabawy i idąc za ptaszkiem zaczęła do niego przemawiać. Z trudem odciągnęliśmy Olinka od potencjalnego towarzysza zabawy, ale baliśmy się trochę, że nasza mała ptaszę umęczy.
Po przyrodniczych przeżyciach Ola wsunęła kiełbaskę z rusztu. A wcześniej - przed bramą - wypatrzyła bystrym oczkiem stoisko z goframi. Kiedy minął nas chłopiec zajadający smakołyk, Ola zapytała się, co chłopiec je, ja odpowiedziałam niefrasobliwie, że chyba kanapkę. Ola natychmiast skorygowała:"Pomyliłaś się mamusiu - je ciasteczko". Chyba już niewiele się przed nią ukryje.
Oli nie zmartwiła zmiana pogody. W środowe popołudnie sama ściągnęła kapcie i założyła kalosze, przy mojej pomocy założyła płaszczyk. Po czym wyciągnęła parasolkę i - oczekujący wyjścia na spacer - układała o niej piosenki. "Parasol ma duże pszczoły, już odleciały..."
Oli nie zmartwiła zmiana pogody. W środowe popołudnie sama ściągnęła kapcie i założyła kalosze, przy mojej pomocy założyła płaszczyk. Po czym wyciągnęła parasolkę i - oczekujący wyjścia na spacer - układała o niej piosenki. "Parasol ma duże pszczoły, już odleciały..."

Ola wykazuje coraz większy pociąg do prac plastycznych:


A poniżej najpiękniejszy prezent na dzień matki: laurka narysowana przez córeczkę (z inspiracji taty, rzecz jasna). Zawieszenie prezentu w honorowym miejscu na lodówce poprzedziła opowieść o tym, co kryją kolejne warstwy rysunku: a jest tam i słoneczko, i chmurka, i choinka (która - jak opowiadał Maciek - początkowo miała być chmurką, a że wyszła kanciasta, to Ola przerobiła na iglaka) i rodzynek i w ogóle dużo kolorów i dużo zaangażowania.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz