poniedziałek, 4 maja 2009

Dłuższy weekend


Długi weekend, według zamysłu Jarka, miał być sequelem świąt - taka Wielkanoc 2. I był. Rodzinny zjazd, nie za długie wycieczki, jedzenie i lenistwo. Ale nawet po porządnym wyspaniu się nie mieliśmy tyle energii, co Olcia, która wchodziła i skakała gdzie tylko się dało.


Po czym odpoczywała na kolanach taty.


W sobotę wybraliśmy się (jak i niestety całkiem spora część populacji) do skalnego miasta w Czechach. Czechy przywitały nas sielskimi krajobrazami:

W Adsprachu udało się nam oddzielić od ludzkiego mrowia i pójść jakąś mniej uczęszczaną ścieżka. Wycieczka rodzinna długo nie trwała. Ola zapałała jakąś niespotykaną awersją do nosidła i za nic nie chciała w nim siedzieć (a po usadzeniu: szloch i niestety całkiem skuteczne próby uwolnienie się), niesiona na rękach być nie chciała, więc spacerowała.
Ale dla małej przejście z punku A do punktu B marszem ciągłym nie jest żadną atrakcją. Przecież po drodze tyle się dzieje, a to że później będą jakieś piękne skały to niewiele znaczy. Olę zatrzymywało wszystko: patyk, szyszka, pniak i kamień, żuczek i igliwie. To ostatnie uznała za element zbędny w lesie i zaopatrzywszy się w rozwidlony patyk zaczęła zamiatać, tłumacząc: "Ola sprząta las".


Podzieliliśmy się na podgrupy, przy czym nasza podgrupa znalazła sobie bazę przy pniakach, na których Ola spożyła drugie śniadanie. Stamtąd obserwowaliśmy przejeżdżającą nieopodal kolejkę, wijącą rzeczkę, itp. I zajęło nam to tyle, że Mama z Beatą, Jarkiem i chłopakami zdołali w tym czasie pokonać cały szlak.
Pobyt w Czechach nie liczyłby się bez czeskiego jedzenia. Panowie jedli swiczkową, a ja sobie nie odmówiłam smażonego sera z hranolkami. Przy okazji Ola potwierdziła swoja gotowość do postaplikanckich wycieczek - smażony ser (obowiązkowy element tychże) wchodził jej świetnie.

W niedzielę powtórka z rozrywki, tyle, że spacer bliższy - do klasztoru. Oleńka tym razem dała się wsadzić do nosidła, ale postawiona na własnych nóżkach zaraz znajdowała mnóstwo atrakcji. Np. żółtą biedronkę na rzuconej na łące dykcie.

A w domu Antek z Michałem zmontowali trampolinę z kilku krzeseł i materaca. To była najlepsza zabawka.

Po zabawach pod i nad trampoliną Oli słowniczek wzbogacił się o słowa: "miecz" i "walczyć".

Brak komentarzy: