niedziela, 31 maja 2009

PS. Wieczorne rozmowy


Od jakiegoś czasu uskuteczniamy z Olinkiem wieczorne rozmowy - tuż przed kołysankami, już w łóżeczku.
Dziś Ola porządkowała dzień i opowiedziała: "Byłam dziś rano w innym kościele i poznałam taką panią z fioletowymi paznokciami".
Inny kościół się zgadza - byliśmy na rocznicy Antkowej komunii na Kruczej. Ale pani z fioletowymi paznokciami jako żywo sobie nie przypominamy. Albo Ola coś wyhaczyła cichaczem, albo fantazjuje, co jej się ostatnio często zdarza (parę dni temu opowiadała niani, że była wczoraj z rodzicami w zoo i była żyrafa i taki ogromny słoń).

A kiedy skończyliśmy wieczorny rytuał, wyłączyłam wieżę, na której leciała maksymalnie już ściszona bajka o Kubusiu Puchatku. Na co Olcia z pretensją w głosie: "Nie wolno tak wyłączać, dzieci tak nie lubią!".
Córa po raz pierwszy wygłosiła zdanie nie indywidualnie, ale jako część większej grupy społecznej.

sobota, 30 maja 2009

Rower, rododendorny i laurka

Zakup czterokołowego rowerka był:
- zgodny z zalecaniami ortopedy,
- imieninowy (18.V - Aleksandry),
- koleżeński - bo Nastka też taki ma,
- fortunny - wyprzedził o 2 dni całkowitą awarię trzykołowego rowerka.
Na razie nie mamy zdjęć z jazdy, bo byliśmy zbyt zabsorbowani przyuczaniem Oli do nowej techniki jazdy, zwłaszcza do trudów pedałowania. Po 2-3 dniach podpychania córeczki (miała problem z ruszeniem, kiedy jeden pedał był całkiem u góry, a drugi u dołu), mała ruszyła śmiało do przodu. Nawet bardzo śmiało, bo choć dobrze opanowała ruszanie i skręcania, to z hamowaniem jeszcze nie wychodzi jej najlepiej.
Jest dokumentacja zdjęciowa składania rowerka - Ola jako asystentka mechanika:

Nowym sprzętem w domu są też wiklinowe kosze na zabawki, które zastąpiły zdezelowane tekturowe pudło. Ola rzecz jasna bada wszelkie zastosowania:


W sobotę i niedzielę byłyśmy z Olą w arboretum w Wojsławicach, w sobotę z babcią i jej koleżanką (panią Gienię z niezwykłą u siebie śmiałością Ola dość szybko, z własnej inicjatywy, zaczęła nazywać ciocią), a w niedzielę z Maćkiem. Zdjęć z soboty nie ma, bo wtedy właśnie wtedy Maciek-budowniczy obfotografowywał każdy metr bieżący instalacji elektrycznej. Za to w niedzielę zdjęć zrobiono multum. Wrzucam poglądowo tylko 4, ale nie było chyba miejsca niewartego obfocenia.

Rododendrony w pełnej krasie, lekko już powiędłe azalie (Ola przyswoiła nowe słowo: przekwitły), egzotyczne iglaki, bordowy buk, sekwoja, miły zapach lipy wymieszany z zapachem rododendronów i niedawno ściętej trawy. Dlaczego nie trafiliśmy tam wcześniej?
Olinka miała oczywiście własny koncept na spacer. Nazachwycawszy się kwiatami pierwszego dnia, w niedzielę skoncentrowała się na samodzielnych wędrówkach i badaniu kamyczków. Zmiana w zachowaniu córeczki polega na tym, że Ola stara się nie tracić nas z oczu i dobiega trochę w naszym kierunku, kiedy się zanadto oddalamy.

Przystanek pod kasztanowcem, przy monstrualnym kasztanie:

I dłuższa obserwacja świeżo opierzonego pisklaka, który - choć pewnie zaniepokojony tym wielkim dla niego, bacznie go śledzącym stworzeniem - nie mógł szybko umknąć, bo dopiero trenował latanie i musiał robić przystanki co parę machnięć skrzydełkami. Ola odczytała tą nieporadną ucieczkę jako zachętę do zabawy i idąc za ptaszkiem zaczęła do niego przemawiać. Z trudem odciągnęliśmy Olinka od potencjalnego towarzysza zabawy, ale baliśmy się trochę, że nasza mała ptaszę umęczy.


Po przyrodniczych przeżyciach Ola wsunęła kiełbaskę z rusztu. A wcześniej - przed bramą - wypatrzyła bystrym oczkiem stoisko z goframi. Kiedy minął nas chłopiec zajadający smakołyk, Ola zapytała się, co chłopiec je, ja odpowiedziałam niefrasobliwie, że chyba kanapkę. Ola natychmiast skorygowała:"Pomyliłaś się mamusiu - je ciasteczko". Chyba już niewiele się przed nią ukryje.

Oli nie zmartwiła zmiana pogody. W środowe popołudnie sama ściągnęła kapcie i założyła kalosze, przy mojej pomocy założyła płaszczyk. Po czym wyciągnęła parasolkę i - oczekujący wyjścia na spacer - układała o niej piosenki. "Parasol ma duże pszczoły, już odleciały..."


Ola wykazuje coraz większy pociąg do prac plastycznych:



A poniżej najpiękniejszy prezent na dzień matki: laurka narysowana przez córeczkę (z inspiracji taty, rzecz jasna). Zawieszenie prezentu w honorowym miejscu na lodówce poprzedziła opowieść o tym, co kryją kolejne warstwy rysunku: a jest tam i słoneczko, i chmurka, i choinka (która - jak opowiadał Maciek - początkowo miała być chmurką, a że wyszła kanciasta, to Ola przerobiła na iglaka) i rodzynek i w ogóle dużo kolorów i dużo zaangażowania.

Chyba czas założyć kolejną teczkę teczkę na pamiątki sentymentalne.

wtorek, 19 maja 2009

Majowo - komunijnie i gościowo

Kajtkowi się udało - w dniu jego komunii nie spadła ani kropla deszczu, co jest miłą odmiana po 2 latach deszczowych komunii; świętowaliśmy więc w ogródku Casablanki. Idealne miejsce dla dzieci - przestrzeń do biegania, na górze zakamarki, na dole fontanna, cień i ogrodzenie ze wszech stron (to akurat udogodnienie dla rodziców). Ola nie miała towarzystwa w swoim wieku, więc ganiała za starszymi dziećmi, początkowo za Marysią, potem tradycyjnie za kuzynami.

Oleńka miała zdumiewający apetyt (wchłonęła m.in. rosół z kołdunami) a potem drzemała niemal 2 godziny w cieniu drzewa.
A propos zdumiewającego apetytu - równie zdumiewające były dla nas wyniki cotygodniowego ważenia Oli. Mimo niezłego - jak nam się wydawało - jedzenia, jej waga od kilkunastu tygodni stoi w miejscu. Wygląda na to, że rozpoczniemy kolejne peregrynowanie po lekarzach.

Po drzemce Ola była trochę rozbita i przez dłuższą chwilę poruszała się tylko i wyłącznie w towarzystwie swojej poduszki z owcami.

Potem był taniec ze słupem.


I kolejny a propos: w sobotę bardzo ciężko było położyć Olę na popołudniową drzemkę. Wchodząc do pokoju w płonnej nadziei ujrzenia wnuczki/córeczki śpiącej zastałyśmy z Mamą Oleńkę śpiewającą piosenkę własnej kompozycji: "Wszyscy tańczą, Ola tańczy, nóżka do przodu, nóżka do tyłu..." i wykonującą adekwatne ruchy kończynami.
Pokłosie zajęć z panią Amelią.
Ola coraz częściej ostatnio śpiewa - czasem jakieś własne utwory, czasem piosenki, które słyszy od nas. Spróbowałam kiedyś wspólnego śpiewania z córeczką, ale nasze wykonanie było odległe od oryginału, bo skoczny utwór ("łapy, łapy, cztery łapy") Oleńka zaśpiewała w bardzo niespiesznym tempie.
Podsumowując wątek komunijny: Ola bawiła się dobrze

podobnie, jak reszta rodziny:


A i w czasie deszczu dzieci się nie nudzą, tylko zakładają kalosze oraz płaszczyk w kaczuszkę i idą z tatą na pocztę, przeciągając drogę w nieskończoność - tzn. robiąc wielce uzasadnione przerwy na taplanie w kałużach, dłubanie w błocie (ja też to lubiłam), rysowanie patykiem na mokrej ziemi i obserwację licznie wyległych ślimaków.

Ola jest coraz lepszą obserwatorką, a potem naśladowczynią. Kilka dni temu stanęła z kredką przed lustrem i stwierdziła "Ola jest Małgosią i maluje usta". Musiała nianię przyobserwować...
A w wannie rozszerzyła działalność makijażową na pozostałe części ciała:


W ostatni weekend przyjechali Ania i Damian i w związku z tym urządziliśmy sobie wychodne. Ola po raz pierwszy nocowała u dziadków. Poszło całkiem nieźle i choć ponoć miała moment kryzysu, to zasnęła bez większego problemu a noc przespała spokojnie.
A tymczasem myśmy ruszyli w miasto. Nie skusiliśmy się na atrakcje Nocy Muzeów, tylko szlifowaliśmy bruki rynku i okolic. Dla gości Wrocław zmienił się bardzo, ale i my zauważyliśmy dopiero teraz, że np. szermierz odremontowany. Ludzi było mrowie, a ja się czułam jak za studenckich czasów.
Zaraz po niedzielnym śniadaniu Maciek przywiózł Olę, która na dawno nie widzianych ciocię i wujka zareagowała po Olkowemu - to jest wstydzeniem się wielkim i milczeniem. Ale to czajenie nie trwało długo, po jakiś 2 godzinach oswoiła się, weszła z gośćmi w komitywę, bawiła się, gadała i pokazała im niemal wszystkie swoje zabawki...

W niedzielę też szlifowaliśmy bruki, tyle że w Parku południowym. Ola dostała wiatraczek:

a potem gofra (którym później chciała skarmić kaczki):

A później odprowadziliśmy gości via budowa. Domek rośnie:


Ola też rośnie i się zmienia: weszła teraz w kolejną fazę buntu dwulatka: przekora do kwadratu. Czasami wpada w taki nastrój, że robi dokładnie odwrotnie, niż to czego oczekujemy. Ubieramy córę? to Ola rozpina sweterek, ściąga spodnie, chowa ręce, żeby nie włożyć bluzeczki. Prośby nie pomagają, Ola reaguje czasami jakieś wesołe zachęty (źrebaczku, włóż kopytko do nogawki), czasami na groźby (idę sama na spacer, bo dzieci bez spodni nie wychodzą z domu). Staramy się to, co można odpuszczać, ale nie wszystko się da.
Czasami nie mogę się powstrzymać i sączę dydaktyczny smrodek, tłumacząc Oleńce, że trzeba, że tak się nie robi, a tak to w ogóle i nigdy nie wolno. Mam przy tym wrażenie, że ona większość tych reguł zna i całkowicie z rozmysłem je omija, czekając na naszą reakcję.
Ale czasem prowadzimy akcje pedagogiczne, bo niekiedy zachowania córeczki przekraczają ramy wesołej swawoli. Np. dziś Ola zdecydowała, że na spacer zabierze książkę o ludzkim ciele. Ok, choć wiem, że książka rychło trafi do mojej torby i nie wychynie z niej przez cały spacer. Ale Ola stojąc na półpiętrze wyrzuciła książkę ponad poręczą. Książka wprawdzie przetrwała lot na parter, ale schowałam ją, tłumacząc Oli, że mogła zepsuć książkę, a potem rozszerzając pogadankę o stwierdzenie, że książkami się nie rzuca, i przykłady: Nastka nie rzuca, Kuba nie rzuca. Na co Ola z nadzieją w głosie zapytała: "A może Wiktoria rzuca?", rozbrajając mnie tym całkowicie.

poniedziałek, 4 maja 2009

Dłuższy weekend


Długi weekend, według zamysłu Jarka, miał być sequelem świąt - taka Wielkanoc 2. I był. Rodzinny zjazd, nie za długie wycieczki, jedzenie i lenistwo. Ale nawet po porządnym wyspaniu się nie mieliśmy tyle energii, co Olcia, która wchodziła i skakała gdzie tylko się dało.


Po czym odpoczywała na kolanach taty.


W sobotę wybraliśmy się (jak i niestety całkiem spora część populacji) do skalnego miasta w Czechach. Czechy przywitały nas sielskimi krajobrazami:

W Adsprachu udało się nam oddzielić od ludzkiego mrowia i pójść jakąś mniej uczęszczaną ścieżka. Wycieczka rodzinna długo nie trwała. Ola zapałała jakąś niespotykaną awersją do nosidła i za nic nie chciała w nim siedzieć (a po usadzeniu: szloch i niestety całkiem skuteczne próby uwolnienie się), niesiona na rękach być nie chciała, więc spacerowała.
Ale dla małej przejście z punku A do punktu B marszem ciągłym nie jest żadną atrakcją. Przecież po drodze tyle się dzieje, a to że później będą jakieś piękne skały to niewiele znaczy. Olę zatrzymywało wszystko: patyk, szyszka, pniak i kamień, żuczek i igliwie. To ostatnie uznała za element zbędny w lesie i zaopatrzywszy się w rozwidlony patyk zaczęła zamiatać, tłumacząc: "Ola sprząta las".


Podzieliliśmy się na podgrupy, przy czym nasza podgrupa znalazła sobie bazę przy pniakach, na których Ola spożyła drugie śniadanie. Stamtąd obserwowaliśmy przejeżdżającą nieopodal kolejkę, wijącą rzeczkę, itp. I zajęło nam to tyle, że Mama z Beatą, Jarkiem i chłopakami zdołali w tym czasie pokonać cały szlak.
Pobyt w Czechach nie liczyłby się bez czeskiego jedzenia. Panowie jedli swiczkową, a ja sobie nie odmówiłam smażonego sera z hranolkami. Przy okazji Ola potwierdziła swoja gotowość do postaplikanckich wycieczek - smażony ser (obowiązkowy element tychże) wchodził jej świetnie.

W niedzielę powtórka z rozrywki, tyle, że spacer bliższy - do klasztoru. Oleńka tym razem dała się wsadzić do nosidła, ale postawiona na własnych nóżkach zaraz znajdowała mnóstwo atrakcji. Np. żółtą biedronkę na rzuconej na łące dykcie.

A w domu Antek z Michałem zmontowali trampolinę z kilku krzeseł i materaca. To była najlepsza zabawka.

Po zabawach pod i nad trampoliną Oli słowniczek wzbogacił się o słowa: "miecz" i "walczyć".