Kajtkowi się udało - w dniu jego komunii nie spadła ani kropla deszczu, co jest miłą odmiana po 2 latach deszczowych komunii; świętowaliśmy więc w ogródku Casablanki. Idealne miejsce dla dzieci - przestrzeń do biegania, na górze zakamarki, na dole fontanna, cień i ogrodzenie ze wszech stron (to akurat udogodnienie dla rodziców). Ola nie miała towarzystwa w swoim wieku, więc ganiała za starszymi dziećmi, początkowo za Marysią, potem tradycyjnie za kuzynami.

Oleńka miała zdumiewający apetyt (wchłonęła m.in. rosół z kołdunami) a potem drzemała niemal 2 godziny w cieniu drzewa.
A propos zdumiewającego apetytu - równie zdumiewające były dla nas wyniki cotygodniowego ważenia Oli. Mimo niezłego - jak nam się wydawało - jedzenia, jej waga od kilkunastu tygodni stoi w miejscu. Wygląda na to, że rozpoczniemy kolejne peregrynowanie po lekarzach.
Po drzemce Ola była trochę rozbita i przez dłuższą chwilę poruszała się tylko i wyłącznie w towarzystwie swojej poduszki z owcami.

Potem był taniec ze słupem.

I kolejny a propos: w sobotę bardzo ciężko było położyć Olę na popołudniową drzemkę. Wchodząc do pokoju w płonnej nadziei ujrzenia wnuczki/córeczki śpiącej zastałyśmy z Mamą Oleńkę śpiewającą piosenkę własnej kompozycji: "Wszyscy tańczą, Ola tańczy, nóżka do przodu, nóżka do tyłu..." i wykonującą adekwatne ruchy kończynami.
Pokłosie zajęć z panią Amelią.
Ola coraz częściej ostatnio śpiewa - czasem jakieś własne utwory, czasem piosenki, które słyszy od nas. Spróbowałam kiedyś wspólnego śpiewania z córeczką, ale nasze wykonanie było odległe od oryginału, bo skoczny utwór ("łapy, łapy, cztery łapy") Oleńka zaśpiewała w bardzo niespiesznym tempie.
Podsumowując wątek komunijny: Ola bawiła się dobrze

podobnie, jak reszta rodziny:

A i w czasie deszczu dzieci się nie nudzą, tylko zakładają kalosze oraz płaszczyk w kaczuszkę i idą z tatą na pocztę, przeciągając drogę w nieskończoność - tzn. robiąc wielce uzasadnione przerwy na taplanie w kałużach, dłubanie w błocie (ja też to lubiłam), rysowanie patykiem na mokrej ziemi i obserwację licznie wyległych ślimaków.

Ola jest coraz lepszą obserwatorką, a potem naśladowczynią. Kilka dni temu stanęła z kredką przed lustrem i stwierdziła "Ola jest Małgosią i maluje usta". Musiała nianię przyobserwować...
A w wannie rozszerzyła działalność makijażową na pozostałe części ciała:

W ostatni weekend przyjechali Ania i Damian i w związku z tym urządziliśmy sobie wychodne. Ola po raz pierwszy nocowała u dziadków. Poszło całkiem nieźle i choć ponoć miała moment kryzysu, to zasnęła bez większego problemu a noc przespała spokojnie.
A tymczasem myśmy ruszyli w miasto. Nie skusiliśmy się na atrakcje Nocy Muzeów, tylko szlifowaliśmy bruki rynku i okolic. Dla gości Wrocław zmienił się bardzo, ale i my zauważyliśmy dopiero teraz, że np. szermierz odremontowany. Ludzi było mrowie, a ja się czułam jak za studenckich czasów.
Zaraz po niedzielnym śniadaniu Maciek przywiózł Olę, która na dawno nie widzianych ciocię i wujka zareagowała po Olkowemu - to jest wstydzeniem się wielkim i milczeniem. Ale to czajenie nie trwało długo, po jakiś 2 godzinach oswoiła się, weszła z gośćmi w komitywę, bawiła się, gadała i pokazała im niemal wszystkie swoje zabawki...

W niedzielę też szlifowaliśmy bruki, tyle że w Parku południowym. Ola dostała wiatraczek:

a potem gofra (którym później chciała skarmić kaczki):

A później odprowadziliśmy gości via budowa. Domek rośnie:

Ola też rośnie i się zmienia: weszła teraz w kolejną fazę buntu dwulatka: przekora do kwadratu. Czasami wpada w taki nastrój, że robi dokładnie odwrotnie, niż to czego oczekujemy. Ubieramy córę? to Ola rozpina sweterek, ściąga spodnie, chowa ręce, żeby nie włożyć bluzeczki. Prośby nie pomagają, Ola reaguje czasami jakieś wesołe zachęty (źrebaczku, włóż kopytko do nogawki), czasami na groźby (idę sama na spacer, bo dzieci bez spodni nie wychodzą z domu). Staramy się to, co można odpuszczać, ale nie wszystko się da.
Czasami nie mogę się powstrzymać i sączę dydaktyczny smrodek, tłumacząc Oleńce, że trzeba, że tak się nie robi, a tak to w ogóle i nigdy nie wolno. Mam przy tym wrażenie, że ona większość tych reguł zna i całkowicie z rozmysłem je omija, czekając na naszą reakcję.
Ale czasem prowadzimy akcje pedagogiczne, bo niekiedy zachowania córeczki przekraczają ramy wesołej swawoli. Np. dziś Ola zdecydowała, że na spacer zabierze książkę o ludzkim ciele. Ok, choć wiem, że książka rychło trafi do mojej torby i nie wychynie z niej przez cały spacer. Ale Ola stojąc na półpiętrze wyrzuciła książkę ponad poręczą. Książka wprawdzie przetrwała lot na parter, ale schowałam ją, tłumacząc Oli, że mogła zepsuć książkę, a potem rozszerzając pogadankę o stwierdzenie, że książkami się nie rzuca, i przykłady: Nastka nie rzuca, Kuba nie rzuca. Na co Ola z nadzieją w głosie zapytała: "A może Wiktoria rzuca?", rozbrajając mnie tym całkowicie.