W niedzielę odkurzyliśmy rowery, przesunęliśmy paski w rowerowym foteliku Oli (rośnie jak na drożdżach córa nasza) oraz w kasku z żółwiem i pojechaliśmy do parku Grabiszyńskiego, niemal pustego o wczesnej porze.
Ze wszystkich rzeczy zapobiegliwie wiezionych w plecaczku najbardziej przydała się piłka. Maciek grał z Olą:

Sprawdzali szerokość bramki:

A jak już doszli do wniosku, że taki bramkarz wcale nie ma łatwo, to Ola porwała piłkę i ćwiczyła niestandardowe zastosowania:
Z całego wiośnianego krajobrazu Oleńka najbardziej polubiła głaz idealny do wdrapywania (i do zjedzenia drugiego śniadania):
A tu kwiatków wąchanie i nazw uczenie. Z przyswojeniem, że to mlecze, a to stokrotki przyszło znacznie łatwiej niż wytłumaczenie, że nie można każdego kwiatka zrywać, a potem rychle porzucać. No bo jak to - do wazonu można zrywać, a na łące już nie. Wyjaśnianie dwulatce wyjątku od reguły prostym nie jest.

A po południu zmiana scenerii - Park Szczytnicki. A tam świetny pulpit, udający deskę rozdzielczą.

Ola-szofer zaprosiła mamę na przejażdżkę:

Ola w ogóle się dobrze czuje jako kierowca. Raz nieopatrznie posadzona w czasie jakieś przydługawego postoju z przodu, polubiła bardzo miejsce za kierownicą i nieraz teraz w czasie jazdy nawołuje, że chciałaby do przodu, do tatusia...

A dziś wpadła Dusia i Marta z Szymkiem. I Ola ujawniła nową cechę charakteru. Hmm, jak nazwać? ekspansywna czułość? Lekko niedospany Szymek był głaskany po brzuszku i po plecach, zdecydowanie prowadzany jako lokomotywa dwuczłonowego pociągu (w pewnym momencie wagonik Ola stanowczym ruchem za ramiona zawróciła Szymka zmierzającego do siedzącej w kuchni Marty i odstawiła go do pokoju), przytulany i po wielokroć tęsknie odwoływany od jedzenia obiadu w kuchni wołaniem "Szymuś, Szymuś!".
Zupełnie nie dziwi, że Ola wybuchowo wita się z Wiktorią (na widok Wiki: przystanięcie, machanie rączką, okrzyki "halo Wiktoja, halo!", potem podbiegnięcie i uścisk), bo widzą się niemal codziennie i są dobrymi koleżankami. Ale z Szymkiem Ola nie widziała się 2 długie miesiące...
Na pewno czuła się wyjątkowo pewnie, przyjmując wreszcie Szymka na swoim gruncie, ale tak zdecydowanego okazywania uczuć się nie spodziewałam.
Kolega był nieco zmęczony tymi objawami sympatii i chętnie zmykał do mamy.
Ale na samym początku udało się maluchom pograć trochę piłką i przekonałam się mimochodem, że Ola wreszcie nauczyła się pewnie rzucać (do tej pory wolała podbiec z drugiego końca pokoju i włożyć mi piłkę w rękę, zamiast rzucić).
Potem młodzież zajęła się się zgodnie klockami i książkami:
Ze wszystkich rzeczy zapobiegliwie wiezionych w plecaczku najbardziej przydała się piłka. Maciek grał z Olą:
Sprawdzali szerokość bramki:

A jak już doszli do wniosku, że taki bramkarz wcale nie ma łatwo, to Ola porwała piłkę i ćwiczyła niestandardowe zastosowania:
Z całego wiośnianego krajobrazu Oleńka najbardziej polubiła głaz idealny do wdrapywania (i do zjedzenia drugiego śniadania):
A tu kwiatków wąchanie i nazw uczenie. Z przyswojeniem, że to mlecze, a to stokrotki przyszło znacznie łatwiej niż wytłumaczenie, że nie można każdego kwiatka zrywać, a potem rychle porzucać. No bo jak to - do wazonu można zrywać, a na łące już nie. Wyjaśnianie dwulatce wyjątku od reguły prostym nie jest.
A po południu zmiana scenerii - Park Szczytnicki. A tam świetny pulpit, udający deskę rozdzielczą.

Ola-szofer zaprosiła mamę na przejażdżkę:

Ola w ogóle się dobrze czuje jako kierowca. Raz nieopatrznie posadzona w czasie jakieś przydługawego postoju z przodu, polubiła bardzo miejsce za kierownicą i nieraz teraz w czasie jazdy nawołuje, że chciałaby do przodu, do tatusia...

A dziś wpadła Dusia i Marta z Szymkiem. I Ola ujawniła nową cechę charakteru. Hmm, jak nazwać? ekspansywna czułość? Lekko niedospany Szymek był głaskany po brzuszku i po plecach, zdecydowanie prowadzany jako lokomotywa dwuczłonowego pociągu (w pewnym momencie wagonik Ola stanowczym ruchem za ramiona zawróciła Szymka zmierzającego do siedzącej w kuchni Marty i odstawiła go do pokoju), przytulany i po wielokroć tęsknie odwoływany od jedzenia obiadu w kuchni wołaniem "Szymuś, Szymuś!".
Zupełnie nie dziwi, że Ola wybuchowo wita się z Wiktorią (na widok Wiki: przystanięcie, machanie rączką, okrzyki "halo Wiktoja, halo!", potem podbiegnięcie i uścisk), bo widzą się niemal codziennie i są dobrymi koleżankami. Ale z Szymkiem Ola nie widziała się 2 długie miesiące...
Na pewno czuła się wyjątkowo pewnie, przyjmując wreszcie Szymka na swoim gruncie, ale tak zdecydowanego okazywania uczuć się nie spodziewałam.
Kolega był nieco zmęczony tymi objawami sympatii i chętnie zmykał do mamy.
Ale na samym początku udało się maluchom pograć trochę piłką i przekonałam się mimochodem, że Ola wreszcie nauczyła się pewnie rzucać (do tej pory wolała podbiec z drugiego końca pokoju i włożyć mi piłkę w rękę, zamiast rzucić).
Potem młodzież zajęła się się zgodnie klockami i książkami:

przerywając wybuchami emocji.

Za to świetnie im szło zjadanie ciastek/chrupek na wyścigi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz