wtorek, 28 kwietnia 2009

kwiecień plecień

Na koniec miesiąca trafiło się trochę lata. Nie ma więc popołudnia bez spaceru. Przedpołudnia zresztą też.
Tu łapiemy ostatnie chwile słońca na tzw. kamyczkach. Ola właśnie robi babkę ze żwirku rozsypanego wokół krzewów, tłumacząc mi, że się baba uda, bo Ola ma "mokre kamyczki" (pomna na rady, że lepsze babki są z mokrego piasku).

Ola już w ogóle ma coraz lepszy pomyślunek. Ostatnio wyszło jej zgrabne słówko, kiedy nago po kąpieli biegała po domu; na chwilę się zatrzymała i złożywszy golaska i bieganie powiedziała: "Ola jest biegasek".
A kiedy zamazała cała kartkę różowymi bazgrołkami, na moje pytanie, co narysowała, odparła bez zastanowienia "Ola narysowała bałagan".

Ostatnio pisałam o zamiłowaniu Oli do kierownicy. Tu Ola trenuje w garażu. I słusznie, bo zdarza jej się czasem nas przekonywać, że na czerwonym świetle to się rusza...


Imieniny wujka Jarka tato i dziadzio uczcili czynem społecznym na budowie, a Ola tak szalała w pryzmie piasku i żwiru, że aż żal będzie usuwać te świetne zabawki.


Na zdjęciu: domek nie nasz (najbliższych sąsiadów), ale (zadanie dla spostrzegawczych) można znaleźć fragment naszej córeczki.


Na wujkowych imieninach Ola tak biegała za kuzynami, że zgubiła guzik od swej sukienki. Babcia naprędce zszyła, ale zanim przyniesiono igłę z nitką trzymała szelki, co by wdzianko nie spadło.


Niedzielne zabawy w parku to pokaz sprawności Oli, która wdrapuje się na każdą drabinkę i nie boi się chybotliwych mostków i nasze obserwacje, jak córeczka radzi sobie w większej nieznanej grupie. Wśród nowych twarzy jest oczywiście małomówna, często pozwala sobie zabrać zabawkę, wyglądając przy tym na lekko zdziwioną ekspansją zabierającego. I jak chyba większość dzieci ma wciąż problem z dzieleniem się zabawkami. Raczej nie wtrąca się w zabawy innych dzieci, ale czasem je naśladuje.


A tu zabawa stereo dwoma pożyczonymi autkami. Chyba czas kupić córeczce resoraki.


I obowiązkowe przejście po murku:

I na koniec panna Porządna, która bardzo przejęła się hurtowymi ilościami piasku znoszonymi we własnych bucikach i zabrała się za zamiatanie. Na marginesie: obuwie dziecięce jest nadspodziewanie pojemne; kupki piasku wysypywane z butów Oli po powrocie z piaskownicy to około 2-centymetrowe stosiki.


Na zdjęciu widać Olcię w niezbyt uroczych, ale całkowicie ortopedycznie poprawnych kapciach. Oli kolanka okazały się być "nadmiernie wiotkie", a stawy "za bardzo rotujące". Pilnujemy więc siadania (zakazane siadanie na piętach, więc mała sto razy dziennie słyszy "nóżki do przodu") i obuwia, pożądane jest ujeżdżanie bujaka, jeździdełka, rowerka...

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

parki i przytulanki

W niedzielę odkurzyliśmy rowery, przesunęliśmy paski w rowerowym foteliku Oli (rośnie jak na drożdżach córa nasza) oraz w kasku z żółwiem i pojechaliśmy do parku Grabiszyńskiego, niemal pustego o wczesnej porze.

Ze wszystkich rzeczy zapobiegliwie wiezionych w plecaczku najbardziej przydała się piłka. Maciek grał z Olą:


Sprawdzali szerokość bramki:


A jak już doszli do wniosku, że taki bramkarz wcale nie ma łatwo, to Ola porwała piłkę i ćwiczyła niestandardowe zastosowania:

Z całego wiośnianego krajobrazu Oleńka najbardziej polubiła głaz idealny do wdrapywania (i do zjedzenia drugiego śniadania):

A tu kwiatków wąchanie i nazw uczenie. Z przyswojeniem, że to mlecze, a to stokrotki przyszło znacznie łatwiej niż wytłumaczenie, że nie można każdego kwiatka zrywać, a potem rychle porzucać. No bo jak to - do wazonu można zrywać, a na łące już nie. Wyjaśnianie dwulatce wyjątku od reguły prostym nie jest.


A po południu zmiana scenerii - Park Szczytnicki. A tam świetny pulpit, udający deskę rozdzielczą.


Ola-szofer zaprosiła mamę na przejażdżkę:


Ola w ogóle się dobrze czuje jako kierowca. Raz nieopatrznie posadzona w czasie jakieś przydługawego postoju z przodu, polubiła bardzo miejsce za kierownicą i nieraz teraz w czasie jazdy nawołuje, że chciałaby do przodu, do tatusia...



A dziś wpadła Dusia i Marta z Szymkiem. I Ola ujawniła nową cechę charakteru. Hmm, jak nazwać? ekspansywna czułość? Lekko niedospany Szymek był głaskany po brzuszku i po plecach, zdecydowanie prowadzany jako lokomotywa dwuczłonowego pociągu (w pewnym momencie wagonik Ola stanowczym ruchem za ramiona zawróciła Szymka zmierzającego do siedzącej w kuchni Marty i odstawiła go do pokoju), przytulany i po wielokroć tęsknie odwoływany od jedzenia obiadu w kuchni wołaniem "Szymuś, Szymuś!".
Zupełnie nie dziwi, że Ola wybuchowo wita się z Wiktorią (na widok Wiki: przystanięcie, machanie rączką, okrzyki "halo Wiktoja, halo!", potem podbiegnięcie i uścisk), bo widzą się niemal codziennie i są dobrymi koleżankami. Ale z Szymkiem Ola nie widziała się 2 długie miesiące...
Na pewno czuła się wyjątkowo pewnie, przyjmując wreszcie Szymka na swoim gruncie, ale tak zdecydowanego okazywania uczuć się nie spodziewałam.
Kolega był nieco zmęczony tymi objawami sympatii i chętnie zmykał do mamy.
Ale na samym początku udało się maluchom pograć trochę piłką i przekonałam się mimochodem, że Ola wreszcie nauczyła się pewnie rzucać (do tej pory wolała podbiec z drugiego końca pokoju i włożyć mi piłkę w rękę, zamiast rzucić).
Potem młodzież zajęła się się zgodnie klockami i książkami:


przerywając wybuchami emocji.


Za to świetnie im szło zjadanie ciastek/chrupek na wyścigi.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Święta

Nawet zapracowany tato wyszedł w piątek szybciej z pracy i śmignęliśmy do Polanicy.
W sobotę wyprawa ze święconym:

Podczas święcenia Ola cichaczem i bardzo dyskretnie wydłubała rodzynka z babki w koszyczku. I właśnie, kiedy czekałyśmy na chłopaków pod kościołem, Ola wyznała: "smakował rodzynek".

Dla młodszej asysty koszyczka były lody (starsza asysta oszczędzała miejsce na pasztet i inne takie).


W sobotnie popołudnie poszliśmy przez las odwiedzić mojego tatę.


Całą niedzielną mszę Ola spędziła na łączce przed kościołem. Od dobrych kilku tygodni ciężko trochę nakłonić córeczkę do zachowania przyjętego w kościołach, a więc do niemówienia stereo z księdzem. Ola wprawdzie ostatnio oświadczyła, że idzie do kościoła się modlić, ale nie wiemy do końca, co ona przez to rozumie. Msza upłynęła Oli na obserwowaniu, wdrapywaniu się na skarpę, itp.


Po tzw. śniadaniu wybraliśmy się na wycieczko-spacer do Batorowa. Pogoda była idealna; zaskoczyło nas tylko, że raptem kilka kilometrów od Polanicy na drzewach są dopiero malutkie pączki, a miejscami leży śnieg.


Nie obyło się bez rzucania śnieżkami.

Zasadniczo szliśmy do skalnych grzybów.
Jedni wspinali się na skały mniejsze:

inni na większe:


niektórych ogarniało poczucie mocy:


Powrót leśnym duktem. Na piechotę:

lub w nosidle:
wzdłuż rdzawego strumienia:


wpadającego do małego stawu z kaczkami i żabami (oraz przyszłym potomstwem tych ostatnich):



Poniedziałkową wycieczkę Ola zakończyła znacznie szybciej - w porze drzemki miała kryzys i mimo pokładania się w nosidle, nie udało jej się zasnąć, więc nasza podgrupa wróciła do domu wcześniej.

Ola odespała, a potem do wieczora ganiała za Antkiem, Michałem i sąsiadem - Kacprem (w wieku Antka), który chyba jest nowym idolem Oli; wyrozumiale znosił nieustanne nawoływanie "Kacpel, Kacpelek!" i cierpliwie się z nią bawił.

Oli apetyt się bardzo poprawił (to chyba "zasługa" całkowitego odstawienia mleka), wcinała więc jak na nią nadzwyczajnie, zwłaszcza pieczoną kiełbaskę i sernik. A w sobotę zaskoczyła nas, prosząc babcię o zupę "brokułkową". Co za detronizacja pomidorowej...

I świąteczne reperkusje:
Ola gryzie puzel memory ze świnką i komentuje:
- Ola gryzie świnkę.
- jak smakuje?
- ciastowo!

Reperkusje postłuczkowe:
Ola śpiewa: "jedzie pociąg ... konduktorze łaskawy, zabierz nas do warsztatu!"
Ola polubiła warsztat, bo nie dość, że naprawili "Oli samochód", to jeszcze pieski w biurze były, a sympatyczny właściciel poczęstował małą lizakiem. Byłyśmy tam niemal stałymi klientkami - załatwienie wszystkich papierów z ubezpieczenia to raptem 4 wizyty.

Reperkusje ogólne:
- Ola podaj mi telefon
- po co mamusiu?

- ale tu ludzi! (westchnienie w zatłoczonym autobusie)

Jak za bardzo Olę wkręcamy, odzywa się lekko oburzonym głosikiem: "co ty opowiadasz mamusiu / tatusiu? przecież..."


czwartek, 9 kwietnia 2009

zoo



W ostatnią niedzielę rzutem na taśmę niecałą godzinę przed zamknięciem wpadliśmy do zoo.
Ola była zafascynowana nieco mniej, niż się spodziewaliśmy. Nie zdążyliśmy jej przygotować do wyprawy - nie byliśmy pewni, czy jeszcze będzie można wejść, woleliśmy nie mówić dokąd jedziemy i Ola była zaskoczona, tym co widziała.
My zresztą też nie byliśmy zachwyceni, choć z nieco innych względów; mimo, że zoo się zmienia, wybiegi są coraz większe, itd., to jednak wciąż przygnębia widok apatycznych słoni, czy snujących się tygrysów.
Pomimo chłodnawego wieczora zoo było pełne odwiedzających (ku naszemu zaskoczeniu rodziny z maluchami były w mniejszości, większość stanowiła randkująca - chyba - młódź). Niekiedy było ciężko zwierzynę zobaczyć - niektóre wybiegi były mocno oblegane, inne w remoncie. Ola zadowalała się więc każdym zwierzęciem, także koszem - misiem i koszem - żabą.


Na samym początku spotkaliśmy żyrafę. Jej rozmiar przytłoczył Oleńkę.


Potem poszliśmy do wybiegu ze zwierzętami gospodarskimi; świnki i osły, różne owce i kozy właśnie dostały kolację - Ola miała możliwość poobserwować jak zwierzątka wieczerzają.
A później powrót do egzotyki - przecudnie skaczący kangur. Ola widząc jednego większego osobnika, nie omieszkała zapytać: "gdzie Maleństwo?", słusznie skądinąd zakładając, że to duże jest Mamą Kangurzycą.


Tu Ola z przejęciem przypatruje się pawianom:

i macha strusiom:


Czapla chyba bardziej spodobała się nam; Ola popędziła alejką na wprost i przez dobre kilkadziesiąt metrów ani nie obejrzała się, czy któreś z nas za nią idzie.
A czapla wciąż stała:


I wreszcie wiosna:


A na końcu w samym środku zoo trafiliśmy na miejsce dla najmłodszych homo sapiens. Ola nie omieszkała skorzystać, pokazując nam przy tym, że wyzbyła się lęku przed zjeżdżalnią i dobitnie sugerując, że inne urządzenia ją żadnym lękiem nie napawają. Śmiało wdrapywała się na kolejne przeszkody. A ja za nią:



I zdjęcia z dziś - pomoc w przygotowaniach przedświątecznych:


Ola robi się coraz bardziej samodzielna. Kiedy po bardzo dokładnym wypróbowaniu masy na sernik, zaleciłam jej wymycie rączek, Ola najpierw - z przyzwyczajenia - poprosiła, żeby jej odkręcić wodę, bo czym, nie czekając na nasz ruch, sama odkręciła kran i dokładnie wypluskała rączki.


Zauważyliśmy też, że ma coraz lepszą pamięć: np. kilka dni temu podjechałam z Olą do myjni, nieopodal której biegną po nasypie tory kolejowe. Ola rozejrzała się dookoła, po czym skonstatowała: "teraz pociąg nie jedzie". A ostatnio byliśmy tam razem chyba w lutym.
Najbardziej mnie jednak rozbraja czytanie na dobranoc w wykonaniu Maćka i Oli. Ola wciąż i nieodmiennie wybiera bajkę o tym, jak Kubuś Puchatek poszedł do sowy na badania okresowe i chyba zna już całą bajkę na pamięć. Maciek przy czytaniu czasem zawiesza głos, a Ola dopowiada końcówkę zdania. Mała zapamiętuje słówka, nawet jak ich nie rozumie, np. Maciek czyta: "Tygrys siedział w okienku..." a mała dopowiada: "recepcyjnym"...
Dobrą stroną wałkowania tej bajki jest świetne przygotowanie Oli na wizytę u lekarz - sowa bada Puchatka kompleksowo: stetoskopem i otoskopem, robi mu zastrzyk... I Ola ostatnio u pani alergolog poddała się spokojnie wszystkim badaniom, pozwoliła sobie zajrzeć do ucha i do gardła, grzecznie stanęła na wadze. Wstępny wynik badań nie jest całkiem dobry: Ola alergię ma, acz chyba niewielką.

W związku z tym rośnięciem i samodzielnością intensywnie myślimy nad zapisaniem Oleńki od września do przedszkola - na razie tylko na 2 dni w tygodniu i do znanych już Entliczków, ale i tak jest się nad czym zastanawiać. Pani Małgosia zostanie z nami, więc mamy pole manewru, ale jakoś na razie trudno mi wyobrazić sobie Olę samodzielną w większej grupie.
Jako że Ola rocznikowo nie łapie się na publiczne przedszkola, ominęła nas internetowa rekrutacja do tychże, ale za to zakosztowałam uroków rekrutacji do prywatnego przedszkola. Rekrutacji w całkowicie starym, dobrze znanym naszym rodzicom stylu. Stawiając się przed przedszkolem już o 3.45 nad ranem - na zapisy rozpoczynające się o godz.8.00, byłam 67. na liście kolejkowej. Ci z pierwszych pozycji stali w kolejce już trzecią dobę.
I w ten sposób nie zapisałam Oli na Januszowicką.