Zima - wiosna - zima - wiosna. Akurat teraz zima. W parku południowym puchy, co ma tą zaletę, że na placu zabaw nie ustawiają się kolejki do ulubionych zjeżdżalni. Olę z placu zabaw zawsze trudno wyciągnąć, teraz jest tak samo - zimno jej całkiem niestraszne.
A po zabawie można poobserwować kaczki i kaczory:
Oleńka już chwyciła, że są różne ptaki, kwiaty (choć te ostatnie dzielą się według niej na tulipany i róże) i wczoraj na spacerze mi pokazywała: "popatrz mamusiu, tam leci ptaszek, taki wróbelek".Zauważyłam, że w ogóle od jakiegoś czasu Ola chce się dzielić tym, co widzi, słyszy - chce żebyśmy razem z nią patrzyli, dotykali, słuchali... Kilka dni temu wdrapała się na fotel i stamtąd obserwowała wyjątkowo widowiskowy zachód słońca. Kiedy słońce schowało się za chmurę i oświetliło jej brzeg usłyszałam: "chmura się świeci, mama chodź zobaczyć!".
No i polubiła nagle skokiem rozmowy przez telefon; ostatnio dziadziowi Adamowi dokładnie opowiadała, jak zjeżdżała ze zjeżdżalni na basenie i jaką lalę aktualnie rysuje.
A propos dziadzia Adama: Ola ostatnio zastrzeliła nas zaraz na początku wizyty u dziadków. Wydawało się nam naiwnie, że będąc dzieckiem beztelewizyjnym nie ma rozeznania w kreskówkach, programach, itp. (no - poza bajkami oglądanymi sporadycznie na dvd z nieśmiertelną pszczółką Mają na czele). Tymczasem ukochania córeczka przywitała się z dziadkami, wujkiem Michałem, wkroczyła do dużego pokoju, gdzie dziadzio właśnie ściszał pana Szaranowicza rozpływającego się nad jakimś japońskim skoczkiem (na nad Małyszem to już nie łaska?) i przemówiła w te słowa: "włącz mini-mini".
Kiedy ten brzdąc wyczaił, że to jest coś, co się jej spodoba a i my raczej pozwolimy obejrzeć? Nie mamy pojęcia.
Inna rzecz, że na telewizor Ola reaguje różnie: albo wpatrzy się chłonąc obraz całą sobą, albo potraktuje jak radio, tańcząc w rytm muzyki z tv, albo zupełnie zlekceważy. Zresztą bajki na dvd też nie zawsze ją wciągają.
Pani Małgosia zmobilizowała nas do ostawienia Oli butelki z miękkim smoczkiem. Któregoś dnia powiedziała Olci, że butelka się zepsuła i trzeba ją było wyrzucić. Metoda dobra, bo jej wcześniej nie chciałam dawać Oli pić z tej butelki, mówiąc, że nie wiem, gdzie jest, Ola mi uprzejmie podpowiadała "tam mamusiu - w tej szafce".
Tego samego dnia pojechałam i kupiłam nowy niekapek z jeżem z jednej strony i dwoma oposami z drugiej (ciekawy zestaw swoją drogą). Ciężko jednak było nakłonić Oleńkę, żeby swoje wieczorne mleczko wypiła z nowego kubka. Niby wiedziała, że butelki nie ma, ale jakoś nie bardzo jej z tym było. Namawiałam ją więc, żeby choć wzięła nowy kubek do ręki (licząc, że w końcu trafi do małego dziobka); Ola objęła rękami szyję i odrzekła: "Ola jest zajęta, Ola trzyma ręce na szyi". No tak - argument jest. Ale jak się nie uśmiechnąć w takiej sytuacji?
Coraz częściej zresztą wypowiedzi córeczki nas rozbrajają: w czasie kąpieli nagle słyszę:
- ja ci pomogę...
- Oleńko, do kogo mówisz?
- do piany.
- a w czym jej pomożesz?
- bujać się! - no i Ola zrobiła fale w swoim wannowym akwenie i piana się pobujała.
Pojawiło się nowe hobby - komunikacja miejska (ewidentnie ujawniają się geny taty). Ola z daleka wypatrzy autobus czy tramwaj i zawsze komentuje pojawienie się dużych pojazdów w okolicy. Na pourlopowe wspominki wybrałyśmy się więc do Jarka i Beaty autobusem, przejechałyśmy się też parę razy po ul. Sowiej, przejeżdżając tylko jeden przystanek, ale i tak frajda była.
Oczywiście jak Oleńkę coś zafrapuje jest współpracująca, zgodliwa i wytrzymała (zniosła nieźle nie taki krótki spacer do przystanku). Ale coraz częściej nasza mała córka pokazuje charakter i zdecydowanie przedstawia swoje stanowisko. I nie jest skora do zmiany zdania...
Trudny moment to sprzątanie po zabawie. Jak nie wymyślimy jakiejś "sprzątaczej" zabawy, czy konkursu (kto więcej/szybciej/głośniej pozbiera) czasami małe są szanse, że Ola pomoże nam opanować chaos po swoich szaleństwach. Pomni podręcznikowych rad precyzujemy wskazówki: "Ola, połóż klocki na stolik, piłkę do pudła..." a tu nic. Mała stoi, marszczy brewki i stosuje bierny opór.
Wczoraj powiedziałam, że jak nie poskłada klocków, to położę je na szafce, bo przy bieganiu może się o nie potknąć. Oleńka zupełnie nie miała ochoty na "psiątanie", więc klocki powędrowały na szafkę. Co na to córeczka? "Oli jest smutno, bo mamusia zabrała klocki". I w ten sposób mimochodem okazało się, że dziecko opanowało nazywanie uczuć. No - jakiś plus...
Tego samego dnia pojechałam i kupiłam nowy niekapek z jeżem z jednej strony i dwoma oposami z drugiej (ciekawy zestaw swoją drogą). Ciężko jednak było nakłonić Oleńkę, żeby swoje wieczorne mleczko wypiła z nowego kubka. Niby wiedziała, że butelki nie ma, ale jakoś nie bardzo jej z tym było. Namawiałam ją więc, żeby choć wzięła nowy kubek do ręki (licząc, że w końcu trafi do małego dziobka); Ola objęła rękami szyję i odrzekła: "Ola jest zajęta, Ola trzyma ręce na szyi". No tak - argument jest. Ale jak się nie uśmiechnąć w takiej sytuacji?
Coraz częściej zresztą wypowiedzi córeczki nas rozbrajają: w czasie kąpieli nagle słyszę:
- ja ci pomogę...
- Oleńko, do kogo mówisz?
- do piany.
- a w czym jej pomożesz?
- bujać się! - no i Ola zrobiła fale w swoim wannowym akwenie i piana się pobujała.
Pojawiło się nowe hobby - komunikacja miejska (ewidentnie ujawniają się geny taty). Ola z daleka wypatrzy autobus czy tramwaj i zawsze komentuje pojawienie się dużych pojazdów w okolicy. Na pourlopowe wspominki wybrałyśmy się więc do Jarka i Beaty autobusem, przejechałyśmy się też parę razy po ul. Sowiej, przejeżdżając tylko jeden przystanek, ale i tak frajda była.
Oczywiście jak Oleńkę coś zafrapuje jest współpracująca, zgodliwa i wytrzymała (zniosła nieźle nie taki krótki spacer do przystanku). Ale coraz częściej nasza mała córka pokazuje charakter i zdecydowanie przedstawia swoje stanowisko. I nie jest skora do zmiany zdania...
Trudny moment to sprzątanie po zabawie. Jak nie wymyślimy jakiejś "sprzątaczej" zabawy, czy konkursu (kto więcej/szybciej/głośniej pozbiera) czasami małe są szanse, że Ola pomoże nam opanować chaos po swoich szaleństwach. Pomni podręcznikowych rad precyzujemy wskazówki: "Ola, połóż klocki na stolik, piłkę do pudła..." a tu nic. Mała stoi, marszczy brewki i stosuje bierny opór.
Wczoraj powiedziałam, że jak nie poskłada klocków, to położę je na szafce, bo przy bieganiu może się o nie potknąć. Oleńka zupełnie nie miała ochoty na "psiątanie", więc klocki powędrowały na szafkę. Co na to córeczka? "Oli jest smutno, bo mamusia zabrała klocki". I w ten sposób mimochodem okazało się, że dziecko opanowało nazywanie uczuć. No - jakiś plus...
A tu znęca się nad moimi pięknymi ekwadorskimi koralami; były wszystkim: fasolkami, dżdżownicą, linią graniczną ("tatusiu, tam nie przechodź!") i rzecz jasna ozdobą.
Ku mojej radości korale dały się potem rozplątać.
Ku mojej radości korale dały się potem rozplątać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz