niedziela, 29 marca 2009

Fantazja

Ciąg dalszy Oleńkowych zabaw z zabawkami - wreszcie córeczka ma kogoś, kto jest mniejszy od niej, a ona może troszczyć się, zajmować i decydować...
Ola bardzo lubi być noszona na barana. Lala Basia najwidoczniej też:


Trzeba zresztą dodać, że Oleńka w ogóle lubi być noszona (no - chyba, że akurat chce biegać) i potrafi tuż za progiem mieszkania, nie pokonawszy choćby jednego schodka, zawodzić: "Ola chce na rączki, Olę nóżki bolą". Po pokonaniu schodów i: spotkaniu koleżanki / zobaczeniu pieska / kałuży, itp. Oleńka doznaje cudownego uzdrowienia i gania ile może. A potem znowu "na rączki, nóżki bolą...".

A po kolejnej wizycie u fryzjera obdarowana lizakiem Ola dzieli się przysmakiem z misiem (to ten ubrany w Oli starą bluzę).


Wyobraźnia Oli pracuje coraz lepiej. Samochód był ostatnio hulajnogą (wystarczyło postawić jedną nóżkę na siedzeniu, a drugą się odpychać. Ściereczka może być spódnicą, czapkę, dywanem, itp.
Ale - nie wiemy dokładnie kiedy i całkiem nie wiem dlaczego, ze śmiałej Oleńki zrobiła się bardzo ostrożna Ola. Może to ta wyobraźnia podsuwa jej nie tylko wesołe skojarzenia? Choć Ola nie miała jakiś strasznych upadków, wielkich sińców itp. Ola jest np. od kilku miesięcy wyjątkowo powściągliwa w korzystaniu ze zjeżdżalni - tzn. wchodzi na samą górę (bez względu na wysokość), mości się na początku zjeżdżalni i nie zjeżdża. No - czasem: trzymana przez cały czas za rękę.

Córeczka nam wdraża bunt dwulatka. Coraz częściej przychodzą chwile, kiedy Ola ma zupełnie inną opinię na każdy temat, niż my; wszystko jest wtedy na nie lub na odwrót. Niekiedy jest po prostu w nastroju przekornym, wtedy łatwiej ją rozbawić i ubrać / wyprowadzić na spacer / nakarmić.
Niekiedy upór naszego dziecka wręcz mnie zdumiewa. Nie podniesie swoich zabawek, rzuci łyżeczką na najdalszy kąt (choć akurat je), schowa ubranie pod szafkę. Oczywiście teorię znamy: miotanie się małego człowieka między coraz większymi chęciami a ograniczonymi możliwościami, itp, idt., ale w praktyce trochę nas osłabia; skąd w takim małym człowieku tyle uporu i zadziorności? Nasze dziecko ma charakter a nam po prostu musi wystarczyć cierpliwości. Szczęściem trudne momenty nie trwają długo, a potem Ola zabiera się do swoich zabaw.

Poniżej: "Radio sobota". Po południowej drzemce Ola była wyjątkowo rześka. Skakała i tańczyła w łóżeczku, po czym kazała naciskać na deskę koło szczebelków. Po naciśnięciu w magiczne miejsce Ola śpiewała piosenkę o lali własnej kompozycji i autorstwa ("lalunia, lalunia, la la la"). Nieco bardziej zaawansowany był tekst o misiu, śpiewany po przyciśnięciu drugiego wirtualnego guzika ("misiu, tańczy, misiu skacze, la la la"). Powtórne naciśnięcie strategicznych miejsc na desce powodowało zakończenie piosenki i zamilknięcie radia. Tylko na chwilę rzecz jasna, bo zaraz była prośba: "Mama, naciśnij tu!". I kolejny utwór z play-listy...


Łóżko stało się miejscem piosenkowym, odkąd kilka miesięcy temu wdrożyliśmy z powrotem usypianie Oleńki w jej łóżeczku. Wcześniejsze usypiankowe rozbestwienie małej to moja wina. Ja lubię ją usypiać, więc siedziałam / leżałam koło niej, póki nie zasnęła, ale powodowało to tylko przeciąganie zasypiania w nieskończoność. Wróciliśmy więc do wersji klasycznej: czytanie, ząbków mycie, całusy i do łóżka, kilka kołysanek i wychodzimy z pokoju. Za to Ola decyduje, która kołysanka będzie śpiewana. Hity to "o chłopczyku Wojtusiu" (na Wojtusia z popielnika), o gwiazdkach (ach śpij kochanie) czy "o szczoteczce", czyli przebój naszego dzieciństwa (szczotka, pasta, kubek, ciepła woda)
Muszę przyznać, że trochę wykorzystuję zamiłowanie Oli do wieczornego słuchania. Piosenka o szczoteczce jest śpiewana tylko wtedy, gdy Ola ładnie umyje zęby. Olkowy bunt objawia się i tuż przed zaśnięciem wymigiwaniem się od ząbków mycia, buzi zaciskaniem i różnymi unikami. Któregoś dnia pozwoliłam sobie powiedzieć, że szczoteczka chciała więcej ząbków umyć, ale Ola jej nie pozwoliła, więc piosenki o szczoteczce nie będzie. Następnego dnia Ola, po wysłuchaniu stałego zestawu usypianek poprosiła o piosenkę o szczoteczce, ale po chwili uczciwie dodała: "ale Ola nie wymyła ząbków na dole, o tu". Maleństwo przyznało się szczerze, że na piosenkę o szczoteczce nie zasłużyło.

W niedzielny wieczór tuż po kąpieli Ola zabrała się za gotowanie. Trzy garnki i miseczka, pokrywka i łyżka. Gotowana była zupa (oczywiście pomidorowa) i mięsko (o nim nic bliżej nie udało się dowiedzieć).



A propos pomidorowej: Ola przenosi swój sposób widzenia na innych, w szczególności na zwierzęta. Ulubionym daniem osiedlowego kotka i ptaszka, który właśnie odleciał jest - według opowieści Oleńki - oczywiście pomidorowa z kluseczkami.


środa, 25 marca 2009

Urodziny, urodziny, przysmaki, zabawy


Urodziny cioci Beaty pozwoliły przekonać się nam, że Ola może zjeść naprawdę spore ilości surowej marchewki z hummusem, a moje urodziny, że krewetki jednak przebojem córeczki są; tato nie nastarczał z obieraniem z pancerzyków...
Na zdjęciu: pełna buzia i zapas w rączce:


Pożegnanie z miękkim smoczkiem już prawie uwieńczone sukcesem. Ola już z rzadka wspomina różową butelkę, ale do wieczornego picia mleczka z nowych kubków (dokupiliśmy kolejny z kotkiem, myszką, serem i dziurką) trzeba ją trochę ponakłaniać. Wykorzystujemy tu bezecnie miłość Oleńki do książek ("Ola, będę czytać dalej jak się jeszcze napijesz mleczka").

Tu Ola wyciszona i przytulająca się:


A tu skoncentrowana i bardzo żwawa:

Mama wybrała się na buszowanie po sklepach, a w tym czasie Ola (sama, co skrzętnie podkreślał tato) złożyła tory i puszczała z mostku pociągi.

Zabawy, które Ola wymyśla sobie sama stają się coraz bardziej skomplikowane. Od jakiegoś czasu bawi się "na niby": pichci i podaje mi do spróbowania wyimaginowane potrawy, stawia liczne piaskowe babki na dywanie, przy czym nie dowierzając w moją wyobraźnię, za każdym razem tłumaczy, ogarniając rączką całkiem sporą pustą przestrzeń "mama, tu stoją babki, nie zburz mi ich".

Ostatnio zauważyłam, że dużemu misiu coś się jego żółta koszulka przybrudziła. Przy pomocy Oli zdjęłam misiowe wdzianko i zaniosłam do prania. Kiedy wróciłam do pokoju, Ola klęczała przy swojej szafce i podała mi swój sweterek, mówiąc, żebym ubrała misia w jej ubranie. Miś został odziany, potem Olcia posadziła go na krzesełku przemawiając: "Misiu, usiądź wygodnie i rysuj" i podsunęła mu swoje kredki pod łapkę. Miś nie skorzystał z oferty, ale na pewno było mu bardzo miło.

Jak widać (słychać) córka jest coraz bardziej wymowna i - co nas bardzo cieszy - powoli, acz widocznie ustępuje bardzo mocny jeszcze przed kilkoma miesiącami lęk przed nowym, obcym. Coraz śmielej dokazuje z dziećmi na podwórku, odzywa się w sklepie. Jeszcze bezpośredni kontakt szwankuje, ale to pewnie niełatwe. Ola może dużo mówić "do wszystkich", ale raczej milknie, jak ktoś słabiej znany zada jej pytanie, wita się, czy zagaduje.

Choć wydaje mi się, że lubi mówić i wypróbowywwać nowe słowa. Czasami wychodzi z tego masło maślane ("Ola stoi na stojąco", "kleją się rączki, są klejące" - oczywiście po zjadaniu kanapki z miodem), ale mała stara się chyba używać jak największej ilości słów.
Czasem wychodzi jej to lepiej:
- Oleńko, jaką kredkę masz w ręce?
- niebieską akurat.
a czasem gorzej.

Olę stać też na małą samokrytykę. Patrząc na jej karkołomne wygibasy na kanapie zapytałam się co robi. Odpowiedź brzmiała: "Ola leży na łóżku i się wygłupia".

Dział aktualności: Babcia mierzy Oleńkę - dziecko mierzy już około 89 cm, ale waga niestety drgnęła tylko nieznacznie, więc czekają nas kolejne wizyty u lekarzy.


I jeszcze 2 zdjęcia basenowe. Niestety najlepszej zabawy nie udało się utrwalić - baterie odmówiły współpracy.



No i wiosna idzie:

wtorek, 17 marca 2009

Marzec


Zima - wiosna - zima - wiosna. Akurat teraz zima. W parku południowym puchy, co ma tą zaletę, że na placu zabaw nie ustawiają się kolejki do ulubionych zjeżdżalni. Olę z placu zabaw zawsze trudno wyciągnąć, teraz jest tak samo - zimno jej całkiem niestraszne.

A po zabawie można poobserwować kaczki i kaczory:

Oleńka już chwyciła, że są różne ptaki, kwiaty (choć te ostatnie dzielą się według niej na tulipany i róże) i wczoraj na spacerze mi pokazywała: "popatrz mamusiu, tam leci ptaszek, taki wróbelek".
Zauważyłam, że w ogóle od jakiegoś czasu Ola chce się dzielić tym, co widzi, słyszy - chce żebyśmy razem z nią patrzyli, dotykali, słuchali... Kilka dni temu wdrapała się na fotel i stamtąd obserwowała wyjątkowo widowiskowy zachód słońca. Kiedy słońce schowało się za chmurę i oświetliło jej brzeg usłyszałam: "chmura się świeci, mama chodź zobaczyć!".
No i polubiła nagle skokiem rozmowy przez telefon; ostatnio dziadziowi Adamowi dokładnie opowiadała, jak zjeżdżała ze zjeżdżalni na basenie i jaką lalę aktualnie rysuje.

A propos dziadzia Adama: Ola ostatnio zastrzeliła nas zaraz na początku wizyty u dziadków. Wydawało się nam naiwnie, że będąc dzieckiem beztelewizyjnym nie ma rozeznania w kreskówkach, programach, itp. (no - poza bajkami oglądanymi sporadycznie na dvd z nieśmiertelną pszczółką Mają na czele). Tymczasem ukochania córeczka przywitała się z dziadkami, wujkiem Michałem, wkroczyła do dużego pokoju, gdzie dziadzio właśnie ściszał pana Szaranowicza rozpływającego się nad jakimś japońskim skoczkiem (na nad Małyszem to już nie łaska?) i przemówiła w te słowa: "włącz mini-mini".
Kiedy ten brzdąc wyczaił, że to jest coś, co się jej spodoba a i my raczej pozwolimy obejrzeć? Nie mamy pojęcia.
Inna rzecz, że na telewizor Ola reaguje różnie: albo wpatrzy się chłonąc obraz całą sobą, albo potraktuje jak radio, tańcząc w rytm muzyki z tv, albo zupełnie zlekceważy. Zresztą bajki na dvd też nie zawsze ją wciągają.

Pani Małgosia zmobilizowała nas do ostawienia Oli butelki z miękkim smoczkiem. Któregoś dnia powiedziała Olci, że butelka się zepsuła i trzeba ją było wyrzucić. Metoda dobra, bo jej wcześniej nie chciałam dawać Oli pić z tej butelki, mówiąc, że nie wiem, gdzie jest, Ola mi uprzejmie podpowiadała "tam mamusiu - w tej szafce".
Tego samego dnia pojechałam i kupiłam nowy niekapek z jeżem z jednej strony i dwoma oposami z drugiej (ciekawy zestaw swoją drogą). Ciężko jednak było nakłonić Oleńkę, żeby swoje wieczorne mleczko wypiła z nowego kubka. Niby wiedziała, że butelki nie ma, ale jakoś nie bardzo jej z tym było. Namawiałam ją więc, żeby choć wzięła nowy kubek do ręki (licząc, że w końcu trafi do małego dziobka); Ola objęła rękami szyję i odrzekła: "Ola jest zajęta, Ola trzyma ręce na szyi". No tak - argument jest. Ale jak się nie uśmiechnąć w takiej sytuacji?

Coraz częściej zresztą wypowiedzi córeczki nas rozbrajają: w czasie kąpieli nagle słyszę:
- ja ci pomogę...
- Oleńko, do kogo mówisz?
- do piany.
- a w czym jej pomożesz?
- bujać się! - no i Ola zrobiła fale w swoim wannowym akwenie i piana się pobujała.

Pojawiło się nowe hobby - komunikacja miejska (ewidentnie ujawniają się geny taty). Ola z daleka wypatrzy autobus czy tramwaj i zawsze komentuje pojawienie się dużych pojazdów w okolicy. Na pourlopowe wspominki wybrałyśmy się więc do Jarka i Beaty autobusem, przejechałyśmy się też parę razy po ul. Sowiej, przejeżdżając tylko jeden przystanek, ale i tak frajda była.

Oczywiście jak Oleńkę coś zafrapuje jest współpracująca, zgodliwa i wytrzymała (zniosła nieźle nie taki krótki spacer do przystanku). Ale coraz częściej nasza mała córka pokazuje charakter i zdecydowanie przedstawia swoje stanowisko. I nie jest skora do zmiany zdania...
Trudny moment to sprzątanie po zabawie. Jak nie wymyślimy jakiejś "sprzątaczej" zabawy, czy konkursu (kto więcej/szybciej/głośniej pozbiera) czasami małe są szanse, że Ola pomoże nam opanować chaos po swoich szaleństwach. Pomni podręcznikowych rad precyzujemy wskazówki: "Ola, połóż klocki na stolik, piłkę do pudła..." a tu nic. Mała stoi, marszczy brewki i stosuje bierny opór.
Wczoraj powiedziałam, że jak nie poskłada klocków, to położę je na szafce, bo przy bieganiu może się o nie potknąć. Oleńka zupełnie nie miała ochoty na "psiątanie", więc klocki powędrowały na szafkę. Co na to córeczka? "Oli jest smutno, bo mamusia zabrała klocki". I w ten sposób mimochodem okazało się, że dziecko opanowało nazywanie uczuć. No - jakiś plus...

A tu znęca się nad moimi pięknymi ekwadorskimi koralami; były wszystkim: fasolkami, dżdżownicą, linią graniczną ("tatusiu, tam nie przechodź!") i rzecz jasna ozdobą.
Ku mojej radości korale dały się potem rozplątać.

niedziela, 8 marca 2009

Wypadki

"No, niestety" mawia Oleńka, kiedy czegoś nie ma, nie może znaleźć, itp.
Ale jak dotknęła paluszkami gorącej płyty kuchennej nie miała sił na ładne powiedzonka. Stanęła na środku kuchni i tak rozpaczliwie poprosiła "Mamusiu, przytul!". A mnie oczywiście pękało serce, jak patrzyłam na małego człowieczka, który w drodze do apteki (po niezawodny Pantenol), dmuchał sobie z przejęciem na zbolałe paluszki.
I jednocześnie byłam na siebie bardzo zła, jak stojąc metr od Oli, mogłam nie zauważyć, co ona porabia przy kuchence.
Oczywiście nasze wtorkowe plany uległy całkowitej zmianie - nici z basenu, a w zamian za to - zajęcia zastępczo-pocieszające.
Udałyśmy się więc do ulubionego kiosku (tuż obok ulubionego fryzjera) w celu nabycia gazety dziecięcej. Jako że marcowy "Miś" już dawno kupiony i obczytany, pozostały nam kolorowe pisma wydawane przez producentów kreskówek, których Ola w większości nie zna. Oczywiście wybrała gazetkę o Kubusiu Puchatku, do której było dołączone takie latające kółko-śmigiełko.

Latające kółko-śmigiełko na zdjęciu poniżej na wysokości obrazka na ścianie, a Oleńka na podłodze taszczy lalę na wózeczku i przemawia do niej: "patrz laluniu, kółko lata, o tam!"
Świetna była w tym pokazywaniu ulubionej zabawce czegoś nowego, ciekawego...


Oleńkowe konwersacje z zabawkami są w ogóle coraz ciekawsze. Kiedy weszłam wczoraj do pokoju, w którym Olcia na dywanie "pływała" wraz z najnowszym ulubieńcem - słonikiem od cioci Doroty, Ola poinformowała kolegę: "słoniu, to jest mama", po czym dodała, że mama z Olą chodzi na basen (widać wcześniej coś mu musiała o basenie opowiadać).

A słonik pojawił się wraz wizytą moich trzebnickich koleżanek z synkami (łącznie trzema). Nastąpiła ogólna wymiana prezentów. Ola dostała prześwietne farby od Agaty i Jasia (rzeczywiście się dobrze spierają) i książeczkę od Doroty i jej chłopaków. Choć Jaś dostał taką samą książkę jak Ola, to mała i tak robiła zakusy na jego egzemplarz.


Jak widać dwoje maluchów przy niewielkiej pomocy starszego, potrafi szybko wprowadzić chaos. Mikołaja nie należy w to mieszać, bo emanował spokojem z łóżeczka Oli i się dystansował od rozwłóczenia zabawek.

A tuż obok łóżeczka Jaś z Olą doszli wreszcie do porozumienia, zaczęli się ściskać, ale niestety zapał Oli był tak wielki, że kolega wylądował na lampie.


A potem chwila symbiozy:


Już nie pamiętam, czemu po wyjściu gości Ola siedziała na stole bez rajstop, ale szybko zobaczyła, że bose nóżki kleją się do stołu i nie omieszkała wypróbowywać innych powierzchni do przyklejania się, ale stół był bezkonkurencyjny.


A tu pyszne zdjęcie z weekendu w Polanicy - nasza zapalona czytelniczka w czasie popołudniowej drzemki, mocno trzymająca książkę o przyrodzie.


Książki są nieustającym hitem Oleńki. Nie pamiętam chyba sytuacji, żeby Ola nie chciała, by jej czytano. Coraz rzadziej też się zdarza, że zniecierpliwiona przewraca kartkę, kiedy jestem dopiero w połowie pierwszego zdania.
Tu na zdjęciu jeszcze ostatni rzut okiem na książkę przed wyjściem na spacer - nawet niemal pełnym spacerowy rynsztunek nie przeszkadza oddawaniu się lekturze.

A tu uwiecznienie kolejnego kwadransa na huśtawce,