czwartek, 26 lutego 2009

Imieniny, odwiedziny


Ola pogardziła imieninową kolacją tatusia. Z krewetek z sosem złakomiła się tylko na cytrynę. A u Agnieszki i Jacka się zajadała. Hmmm. Pocieszam się tym, że to z powodu kataru i chyba rosnących ząbków („buzia Olę boli”).


Oleńce nie podszedł też ananas, mimo że frapował ją owoc z pióropuszem i domagała się, żeby dać jej „bananasa”. Spróbowała kawałek, po czym podsunęła mi swój talerzyk z pozostałymi cząstkami i uprzejmie powiedziała: „Mamusiu, poczęstuj się”. Zanim zdążyłam się rozpłynąć nad pięknym zachowaniem córeczki, ta szczerze dodała „Oli nie smakuje”.

No tak – powinnam wiedzieć, bo inaczej by się tak szczodrze nie dzieliła.
Ola ma ostatnio bardzo wzmocnione poczucie własności. „Oli pokój” mówi na nasz duży pokój, będący wszakże naszym pokojem dziennym i wspólną sypialnią. „Oli auto” mówi mała pasażerka wsiadając do samochodu użyczonego przez dziadzia Adama. Zaraz po naszej stłuczce audi było jeszcze „autem dziadzia”, ale teraz przeszło we władanie zachłannej wnuczki. Stojące na stole resztki Olkowego posiłku, np. niedojedzona surówka nie budzi zainteresowania, aż do momentu kiedy któreś z nas się na to nie skusi. Wtedy Ola zaznacza, że to jest jej. Jednak na pytanie czy będzie jadła odpowiada, że nie, ale na pytanie czy my możemy zjeść też odpowiada, że nie.
I oczywiście w czasie zabawy z Nastką u nas w domu zabawka, którą akurat wzięła do ręki Nastka byłą tą, którą koniecznie w tym momencie chciała bawić się Ola.
Mądre książki mówią, że to przejdzie i ja im wierzę; „poradnikowo” namawiam Oleńkę, żeby dzieliła się tym, czego jest wiele – np. ciastkami – i to rzeczywiście działa.



Jak widać na załączonym obrazku andrut też niezbyt Oli podszedł, więc na razie tato nie ma konkurencji w tzw. wyrównywaniu brzegów andruta, która to czynności prowadzi do takiego obkrajania andruta, że niewiele z niego zostaje.


A w środę wybierałyśmy się do Marty i Szymka. Po południu i do domu. Ale Oleńka uparła się wziąć łopatkę. A nóż się przyda?

Na początku maluchy bawiły się trochę obok siebie, choć zdarzały się trudne chwile z ciągnięciem przez 4 rączki tej samej zabawki.
Ale potem dzieci doszły do pełnego porozumienia i naprawdę się dobrze bawiły, nie tylko zgodnie obok siebie (co już im się zdarzało), ale po prostu razem.

Komitywa nad znikopisem:


Ola obrysowuje Szymkową rączkę.



I tylko bodaj 2 razy nazwała Szymka Jasiem - widać już postęp od wakacji, kiedy to Ola uznała, że każdy mały chłopiec ma na imię Jaś (po majowym weekendzie spędzonym z listopadowym Jasiem i wakacjami z Jasiem wrześniowym)

niedziela, 22 lutego 2009

Kropki chyba?

Od tygodnia Olcia jest poddawana częstym oględzinom na okoliczność poszukiwania objawów ospy wietrznej. W ostatni piątek - zaraz po balu przebierańców okazało się, że Wiktoria, z którą Ola niemal codziennie dokazuje na przepołudniowych spacerach jest chora. Jak na razie Oleńka się trzyma, ale choróbsko może się wykluwać do 2 tygodni... Zobaczymy.

Jak na razie Oleńka trzyma się świetnie. Fantazji też jej nie brakuje. Rzeczy wcale nie muszą być tym, na co wyglądają. Jeszcze jesienią Ola lubiła porwać z kuchni ściereczkę do naczyń i przykładając ją do siebie mówić: „Ola ma spódniczkę/sukienkę”. Odwrócona miska do prania była bębenkiem, znacznie częściej używanym, niż piękny bębenek z Kalimby. Teraz Ola bębni w klapę toalety (nazywanej czasami „ataletą”).
Płaskie drewniane klocki ostatnio trafiły pod stópki Oleńki, która szurając klockami po podłodze stwierdziła, że jeździ na nartach.

A do czego jeszcze służy miska? Do noszenia, rzecz to jasna. Ola wyciąga miskę z szafy, lokuje się i woła tatę: "Tatusiu, noś Olę!".

Jak widać na załączonym obrazku całkiem lekkie to nie jest, choć Ola dopiero wraca do wagi z początku stycznia (ma teraz 11.200 g).

Znacznie lżejsze są zabawy z piłką, zwłaszcza że Ola chętnie łapie piłkę, a zamiast rzucać przynosi piłkę, więc rodzic nawet nie musi z miejsca się ruszać.

Tatuś nauczył Olę nazwy jednego zespołu – Iron Maiden. I słuchają razem. I Oli się chyba podoba. Albo jest aktualnie tak wielką wielbicielką muzyki jako takiej, że chętnie słucha wszystkiego. Ola lubi muzykę z radia, płyt, podryguje też w rytm melodii wygrywanych przez niektóre (nieliczne – na szczęście) zabawki.

Taty wkład w edukację muzyczną córki spowodował, że na razie muzyka kojarzy się Oli z wymienionym zespołem. Któregoś dnia stanęła koło wieży i poprosiła „Mamusiu, włącz airon mejden”.

W związku ze zbliżającymi się imieninami taty wybrałyśmy się na zakupy. Oczywiście zagaiłam temat: „Oleńko, jedziemy na zakupy, kupić tacie prezent, co kupimy?”. Ola udzieliła bardzo przytomnej odpowiedzi: „Muzykę”. Fakt nowa płyta to pewniak, ale że nie zrobiłam wcześniej odpowiedniego rozpoznania u solenizanta, poprzestałyśmy na tekstyliach.

Tato jest na swój sposób idolem córeczki, która głęboko wierzy, że tato potrafi wszystko naprawić. Zepsuła się magiczna latarka dołączana do "Misia" (produkt made in China?) "Tato przyjdzie z pracy i naprawi."
Ale rozbroiła mnie któregoś dnia przy śniadaniu, kiedy przy otwieraniu rozdarło się aluminiowe wieczko od jogurtu (rzecz ważna, bo do rytuału jedzenia jogurtu czy serka należy zeskrobywanie odrobinek smakołyku z położonego na stole wieczka);
ja: Oj, rozdarło się wieczko.
Ola: Tato naprawi!

Ostatnio ulubionym słówkiem Oli jest "chyba", co nadaje dużej względności jej wypowiedziom.

Ola lubi się też czasem podroczyć. Na pytanie, co zje na kolację, odpowiedziała że paluszki mamusi i kłapiąc buzią w okolicy moich dłoni powtarzała: mniam, mniam.

W ostatni piątek, podczas wizyty babci Ani z Polanicy Oleńka zaskoczyła nas swoim towarzyskim obyciem. Po "pomaganiu" babci w przygotowaniu kolacji zasiadła w swoim krzesełku i zawołała tatę, który coś nie mógł dotrzeć do stołu: "Tatusiu, proszę na kolację!" i nie było to powtórzenie słów wypowiedzianych przeze mnie czy przez babcię.

A w niedzielę wybraliśmy się na spacer do Ogrodu Botanicznego, pozostając w błędnym przekonaniu, że i zimą ogród jest otwarty. A tam cisza, śnieg i tylko jeden ptak śpiewał między gałęziami.


Skończyło się na zaglądaniu przez płot i planowaniu wiosennych spacerów:

A potem podreptaliśmy po Ostrowie Tumskim.

czwartek, 12 lutego 2009

Pierwszy bal


Dziś w Entliczkach Ola zaliczyła swój pierwszy bal karnawałowy. Wszystkie dzieciaki były przebrane; przeważały zwierzęta: Wiki była pszczółką, Nastka myszką, nowy kolega Antoś pingwinkiem, a Olinka biedronką. Mały wyłom zrobił Kubuś - w stroju pirata.
Jeszcze w domu Ola niezbyt entuzjastycznie podeszła do przywiezionych przeze mnie dziś po południu biedronkowych skrzydełek i czapeczki, ale po przyjściu do Entliczków tak się zapatrzyła na Pszczółkę i Myszkę, że bez oporu wdziała cały ten ekwipunek. Naklejanie czarnych kropek (wycinanych wczoraj przez mamę trochę po północy) na czerwone spodnie i tuniczkę poszło już całkiem gładko.
Jak widać po poważnej minie Oli, te zabiegi jednak zrobiły na niej wrażenie. Myszka Nastka też była dziś bardziej milcząca. Tylko Wiki niezmiennie pogodna.



Po krótkiej chwili dzieciaki zapomniały o swoich skrzydełkach/ ogonkach / czółkach/ uszkach i się rozkręciły. Wydawało mi się generalnie, że przebrania - ani własne, ani kolegów - jakoś nie zafrapowały mocno dzieci, maluchy nie zwracały na to większej uwagi.
To była intensywna godzina; pani Amelia nie oszczędzała pianina i naszych nóg, więc rodzice z pewną ulgą witali przerwy w tańcach. Generalnie dorośli komentowali potem, że czuli się jak po niezłej imprezie: lekki szum w głowie po 30. okręceniu się w kółko i nieco zmęczone nogi po kolejnych tańcach.
Na dzieciach nie zrobiło to chyba większego wrażenia, bo powrót z zajęć obejmował wyjmowanie dziewczyn (Ola wracała z Wiki) z kałuży, ganianie po trawnikach, chowanie za krzakami, itp. - pełnoobjawowy powrót do domu ze stałym wybieraniem przez dziecko kierunku przeciwnego niż wyznaczony przez rodzica.


Dzieciaki robiły maski karnawałowe. Ola chętnie robiła, ale kolorowy wyrób nosiła mama.
Ola nie przywiązuje się do swoich dzieł robionych na zajęciach czy w domu, nie pilnuje ich, ale lubi je potem znajdować i coś poprawić. Ostatnio z upodobaniem rysuje kółka i wychodzi jej całkiem zgrabne słoneczko (choć niekoniecznie musi być żółte). A propos: nazywanie podstawowych kolorów już całkowicie opanowane. Teraz będziemy przyswajać: fioletowy, seledyn, błękit, potem: amarant i siennę paloną, ale to już troszkę później ;)


A tu zdjęcie zbiorowe (mama jest szarym króliczkiem).


A w charakterze PSu: Zdjęcia z wtorku - Ola wybiera się do Nastki (2 piętra wyżej).
Zaproponowanie wyjścia do Nastki było jedynym sposobem na wywabienie Oli z ogródka, gdzie nie zważając na zapadający zmierzch i średnio zachęcająca pogodę (choć w dzień naprawdę pachniało wiosną) postanowiła gruntownie odnowić znajomość z piaskownicą przez wysypywanie piasku, zwłaszcza na trawnik (co w moim przekonaniu zmęczonemu zimą trawniczkowi niezbyt służy).

A Nastka jest ostatnio zdecydowanie ulubioną koleżanką Oli, która któregoś dnia na pytanie "jak się nazywasz" odpowiedziała: Nastka.

Ola się szykuje do wyjścia: "Mama, daj mi chusteczkę"

Wpycha do kieszonki:
i wygładza:

Generalnie Ola nie podszywa się pod koleżanki i przedstawia się pięknie (niestety tylko w warunkach domowych); odpowiedź na pytanie "jak się nazywasz" ostatnio brzmi: "Ola Małecia i mam 2 latka".

Ola wciąż zaskakuje nas swoim mówieniem. Nie tylko płynnością, ale i rozbudowanymi zdaniami ("Ola ma czkawkę, mama nalej herbatki do kubeczka i dolej ciepłej wody") i łapaniem powiedzeń ("no, nie da rady").
Na pewno, to co mówi, jest jakimś odbiciem tego, co od nas słyszy. Dlatego, kiedy wołałam Olcię i usłyszałam "Ola zmywa, Ola jest zajęta" najpierw uśmiechnęłam się rozbawiona zapracowaniem naszego dziecka, potem zaczęłam się zastanawiać, czy Olcia często od nas to słyszy: jestem zajęta/zajęty? Mam nadzieję, że nie...

Oli wypowiedzi wychodzą coraz zgrabniejsze. Któregoś dnia uciekła mi niekompletnie ubrana i schowała się pod kołderkę, potem umykała przed bluzką, rajstopkami, popiskując radośnie. W końcu wywiązał się dialog:
- Ola, nie możemy iść na spacer, bo nie dajesz się ubrać.
- Za to piszczę!


poniedziałek, 9 lutego 2009

Panna Twardowska i postrzyżyny


Ostatnio stałym elementem spacerów wieczornych jest sprawdzanie obecności ciał niebieskich. Mile widziane są gwiazdy, ale Olę bardziej wciąga obserwacja księżyca. Na początku spaceru Ola konstatuje: "Księżyc świeci jasno na niebie", a potem, gdy przyobserwuje go ponownie stwierdza, że "księżyc znowu świeci" i nie przyjmuje jakoś do wiadomości, że księżyc świeci wciąż i niezmiennie, tylko my skręcamy i tracimy go z oczu.

W końcu tato zarządził oglądanie okiem uzbrojonym, wyciągnął lunetę i odbyła się profesjonalna obserwacja księżyca, choć trzeba było Olę trochę ponakłaniać, żeby zerknęła w okular.


A na pytanie taty, co widzi na księżycu, Ola odpowiedziała: "jakieś ślady". Nie wiadomo czyje, ale tam są. Ona coś wie...
Chyba już jest gotowa na bajkę o panu Twardowskim.

A tu córeczka z tatą porzucili pociąg (nieco wykolejony) i zajęli się budowaniem wież z klocków. Ola chwilami nieźle współpracowała i dokładając klocki na czubek Maćkowej konstrukcji mówiła; "Popatrz mamusiu, Ola dużą wieżę zbudowała".
Destrukcja też jej nieźle szła, więc w końcu zajęli się układaniem budowli całkowicie poziomych. Olę to odwiodło od burzenia i tacie klocki podawała.


W poniedziałek Ola udała się na od dawna umówioną i po wielokroć omówioną wizytę u fryzjera. Od udanego grudniowego strzyżenia Ola lubi przystanąć przy witrynie naszego "pana fryzjera" i przyciskając mocno nosek do szyby przyglądać się pracy p. Grzegorza i spółki. I potem opowiada, że Ola też pójdzie do fryzjera, usiądzie na swoim krzesełku, ubierze się w fartuszek z myszkami i dostanie lizaka a pani fryzjerka będzie strzyc włoski (przy czym zdecydowanie gwoździem programu jest lizak).
No i się umówiliśmy.

Ola czeka na swoją kolej pogryzając kabanosa (nieźle jej szło).


Samo strzyżenie nie wzbudzało wielkiego entuzjazmu:


Łaskocze! piszczała Olka podczas suszenia.


I wreszcie zasłużony lizak.
Plus poza bywalczyni salonów fryzjerskich.

Szaleństw z Nastką, którą sptkałyśmy zaraz po wyjściu od fryzera nie udało się już zfotografować. A było tak wesoło, że odcinek od fryzjera do domu (max. 200 m) pokonałyśmy raptem w pół godziny.