Ola pogardziła imieninową kolacją tatusia. Z krewetek z sosem złakomiła się tylko na cytrynę. A u Agnieszki i Jacka się zajadała. Hmmm. Pocieszam się tym, że to z powodu kataru i chyba rosnących ząbków („buzia Olę boli”).
Oleńce nie podszedł też ananas, mimo że frapował ją owoc z pióropuszem i domagała się, żeby dać jej „bananasa”. Spróbowała kawałek, po czym podsunęła mi swój talerzyk z pozostałymi cząstkami i uprzejmie powiedziała: „Mamusiu, poczęstuj się”. Zanim zdążyłam się rozpłynąć nad pięknym zachowaniem córeczki, ta szczerze dodała „Oli nie smakuje”.
No tak – powinnam wiedzieć, bo inaczej by się tak szczodrze nie dzieliła.
Ola ma ostatnio bardzo wzmocnione poczucie własności. „Oli pokój” mówi na nasz duży pokój, będący wszakże naszym pokojem dziennym i wspólną sypialnią. „Oli auto” mówi mała pasażerka wsiadając do samochodu użyczonego przez dziadzia Adama. Zaraz po naszej stłuczce audi było jeszcze „autem dziadzia”, ale teraz przeszło we władanie zachłannej wnuczki. Stojące na stole resztki Olkowego posiłku, np. niedojedzona surówka nie budzi zainteresowania, aż do momentu kiedy któreś z nas się na to nie skusi. Wtedy Ola zaznacza, że to jest jej. Jednak na pytanie czy będzie jadła odpowiada, że nie, ale na pytanie czy my możemy zjeść też odpowiada, że nie.
I oczywiście w czasie zabawy z Nastką u nas w domu zabawka, którą akurat wzięła do ręki Nastka byłą tą, którą koniecznie w tym momencie chciała bawić się Ola.
Mądre książki mówią, że to przejdzie i ja im wierzę; „poradnikowo” namawiam Oleńkę, żeby dzieliła się tym, czego jest wiele – np. ciastkami – i to rzeczywiście działa.
Jak widać na załączonym obrazku andrut też niezbyt Oli podszedł, więc na razie tato nie ma konkurencji w tzw. wyrównywaniu brzegów andruta, która to czynności prowadzi do takiego obkrajania andruta, że niewiele z niego zostaje.
A w środę wybierałyśmy się do Marty i Szymka. Po południu i do domu. Ale Oleńka uparła się wziąć łopatkę. A nóż się przyda?
Na początku maluchy bawiły się trochę obok siebie, choć zdarzały się trudne chwile z ciągnięciem przez 4 rączki tej samej zabawki.
Ale potem dzieci doszły do pełnego porozumienia i naprawdę się dobrze bawiły, nie tylko zgodnie obok siebie (co już im się zdarzało), ale po prostu razem.
Komitywa nad znikopisem:
Ola obrysowuje Szymkową rączkę.
I tylko bodaj 2 razy nazwała Szymka Jasiem - widać już postęp od wakacji, kiedy to Ola uznała, że każdy mały chłopiec ma na imię Jaś (po majowym weekendzie spędzonym z listopadowym Jasiem i wakacjami z Jasiem wrześniowym)






















