środa, 26 września 2012

wrzesień


Początek miesiąca nie był łatwy - prosto z wakacji i rocznicowego weekendu wpadliśmy w kryzys nianiowy: na widok (umówionej jeszcze w maju) pani niani Zuza codziennie wpadała w spazmy, a że podejście pani nie było takie jak oczekiwaliśmy, z ciężkim sercem pożegnaliśmy się (no, już wiemy, że niełatwo być pracodawcą - zwolnienie kogoś, nawet po 2 tygodniach, to kolosalny stres i ogólnie trudne przeżycie). Przedłużyłam urlop wychowawczy i zaczęliśmy intensywne poszukiwania. Po maratonie (kilkanaście spotkań w kilka dni) dokonaliśmy wyboru, myślę że dobrego.

Do stresu domowego doszedł jednocześnie stres całorodzinny: choroba małego Tymka, który wciąż leży w szpitalu; gronkowiec, sepsa, anemia; trzymanie kciuków to było wszystko, co mogliśmy robić. Teraz jest trochę lepiej, ale jeszcze trochę czasu upłynie do wyczekiwanych przez Olę zabaw z kuzynami. Będzie niezła ekipa, niech tylko chłopaki trochę podrosną.


Zuza przeżywała nianię po swojemu - stała się obłędną przylepą i mamusicóreczką. Najbardziej rzuciło mi się to w oczy, kiedy kilka dni po przyjściu niani pojechałyśmy do Ewy do Żórawiny: Zu, która w czasie kilku ostatnich pobytów niestrudzenie eksplorowała cały parter i przypuszczała ataki na zastawione krzesłami schody, tym razem przez półtorej godziny nie schodziła mi z kolan.
Nie wszystko może iść jak po maśle.
A poza tym córeczki mają się doskonale: Ola zaaklimatyzowała się w szkole, Zulka co jakiś czas łapie nowe słowo albo inną sprawność. Choć zanotować trzeba, że Ola też dodaje nowe wyrazy do swego wokabularza, po czym przez kilka dni intensywnie użytkuje nowości w celu ich oswojenia, a robi to z przejęciem i emfazą:
- ...biegłam bardzo szybko i się  g w a ł t o w n i e  zatrzymałam...
- popatrz, tam rośnie  g i g a n t y c z n a  kukurydza!
(jak widać wrzesień sponsoruje literka G)
Co i rusz Olci wychodzą niezłe teksty z użyciem starych słów, np. wczoraj otwierając okno (chciała wywietrzyć zapach po smażeniu - ulubionej skądinąd - rybki), rzekła: "jak ładnie pachnie światem".

Ponieważ nie wykluczamy na razie, że Ola pójdzie do szkoły jako 6-latek, co jakiś czas próbuję z Olcią czytania i pisania, na razie córki to nie wciąga (a ja nie chcę cisnąć, co by nie zrazić), choć robi sobie sama oryginalne ćwiczenia, np. ostatnio przepisywała literki z klawiatury, pakowała w koperty i dostawaliśmy z Maćkiem długie epistoły, zaczynające się od qwertyui... Coś w tym stylu Ola napisała dla cioci Agi jako gratulacje po narodzinach bliźniaków - wyglądało to jak tajemny szyfr.

Po kilku dniach przyzwyczajania do szkoły Ola polubiła nowe miejsce - już nie prosi, żebym przyszła "zaraz po podwieczorku", a ostatnio - kiedy nadeszłam w środku zabawy z Lenką - zaproponowała życzliwie: "to ty idź zrobić zakupy do delikatesów i potem po mnie przyjdź, możesz zostawić Zuzkę". Do delikatesów poszłam, Zuzki nie zostawiłam (przedszkolaki gotowe zagłaskać malucha). 
Ola jest już oczywiście starym wyjadaczem przedszkolnym, ale też trafiła na dobrą nauczycielkę. Pani Marta to jakby młodsza wersja pani Ani - empatyczna, energiczna i pochodząca indywidualnie do swoich małych podopiecznych

A propos nowych sprawności Zuzy - sposób pojawiania się tychże przyprawia rodziców o spazmy. Bo np. sprząta sobie mama spokojnie po obiedzie, co jakiś czas zerkając na córeczkę bawiącą się w piaskownicy, aż w pewnym momencie widzi tą córeczkę na czwartym szczeblu drabiny. 
Albo robi mama zdjęcie Oli, dokumentując nieoczywisty sposób korzystania przez Olę z huśtawki (wisząc na belce przewrócić stopami huśtawkę Zu do góry nogami i bujać się, siedząc okrakiem), a tu nagle widzi przez obiektyw mistrzynię drugiego planu wysoko na drabince:






Zuza bardzo polubiła jazdę na rowerze; w domu wkłada sobie kask, przybiega, żeby jej zapiąć pod szyjką i paraduje tak długie chwile, a kiedy widzi otwarty garaż, podchodzi do roweru z fotelikiem i klaruje coś po swojemu - z intonacji i nasilenia ponagleń wnioskuję, że należy umościć dziecko w foteliku i ruszyć przed siebie, co i robimy. 

Ola zaliczyła chrzest rowerzysty: kiedy wracaliśmy z wycieczki do Siechnic* widowiskowo przewróciła się do sporej kałuży, ale dała się wkręcić, że właśnie od takiej przygody jest prawdziwym rowerzystą, więc pogodnie przyjęła przemoczone ubranie i utwierdzona w nowej umiejętności jeździ pewnie i bardzo chętnie.





Ola jest po dwóch treningach taekwondo, jest zachwycona, zapewnia, że będzie chodziła i sugeruje, że moglibyśmy jej kupić taki strój, jak mają pozostali zawodnicy.

A Zuzanka mówi trochę więcej: kilka razy zdarzyło jej się powiedzieć lampa, molot (samolot), oć (chodź).
Inna rzecz, coś z tymi lampami jest, bo pierwszą rzeczą, jaką nauczyła się pokazywać Ola, była właśnie lampa.
Natomiast wciąż nieosiągalne dla Zu jest pokazywanie obrazków w książce - żywą kurę wskaże w sekundę, pieski i kotki wypatrzy na drugim krańcu ulicy, ale stuknięcie paluszkiem w odpowiednią ilustrację w książce zupełnie jej nie wychodzi. Choć samo oglądanie/czytanie książeczek lubi coraz bardziej. Murowanym punktem dnia jest wyciszanie Zuzanki po kąpieli z książeczkami. Po oglądnięciu jednej Zuzka zsuwa się z łóżka i maszeruje po następną... A potem ruszamy myć ząbki przed snem - córeczka bardzo to lubi i sprawia wrażenie, jakby chciała myć zęby przy każdym wejściu do łazienki (za każdym razem wyciąga ręce do szczoteczki i głośno perswaduje, jeżeli jej nie podamy). 
Zu próbuje trochę sama jeść i zabiera się do tego w szczególny sposób: każdy kęs ziemniaczka, kotlecika, ale i surówki studzi sobie, dmuchając starannie ze wszystkich stron

*Siechnice to zupełnie nieimponujący cel podróży, ale za to niedaleko i z niezłą ścieżką rowerową; jakoś ostatnio wybieramy nieodległe cele wypraw - w zeszłą niedzielę wybraliśmy się pociągiem obejrzeć nowy dworzec pkp Wrocław Główny. Rodzice konstatowali pozytywne zmiany, Oli i Zu najbardziej podobała się fontanna przed wejściem, gdzie szalały oswobodzone z butów, skarpetek oraz spódniczek.

Brak komentarzy: