niedziela, 2 września 2012

10


W zeszły piątek minęło 10 lat od pewnej słonecznej soboty, kiedy związaliśmy się nierozerwalnym węzłem; węzeł i związani trzymają się dobrze i mają nadzieję konstatować to co roku jeszcze przez długie dziesięciolecia.

nasz dorobek
Rocznica okrągła obchodzona była zupełnie bez przytupu, aczkolwiek pamiętnie: po raz pierwszy Ola dała się skusić na sushi (bez chrzanu oczywiście) i po raz pierwszy ruszyliśmy na rodzinną wycieczkę rowerową. Od czasu, kiedy Ola opanowała jazdę na "dwukołnym" rowerze jakoś nie udało nam się wybrać we czwórkę.



Za to w ten weekend zostawiliśmy córeczki pod opieką dziadków (Zu została w domu z babcią Anią, Ola pojechała do dziadków do Wrocławia) i ruszyliśmy we dwójkę w lasy milickie.Choć mieliśmy się leniwić za wszystkie czasy, strzeliliśmy sobie wycieczkę z Wróblińca do Milicza przez stawy i z powrotem - 50 km na rowerze! Miałam wczoraj historyczne zakwasy.


Milicz


Końcem sierpnia świętowaliśmy też skokowe powiększenie rodziny: 30 sierpnia urodzili się Filip i Tymek! Zdrowi i niezbyt do siebie podobni - przynajmniej z wyglądu, z resztą się okaże...

A jeszcze a propos rodziny - w połowie miesiąca Ola z Maćkiem pojechali pod Piłę na II zjazd rodziny Małeckich. Ja zostałam z Zuzą w domu ze wględu na sporą niechęć Zuzanny do pokonywania większych dystansów autem. Choć sformułowanie "w domu" nie jest zbyt precyzyjne - razem z Blanką i Marcinem, którzy przez Wrocław jechali do Polanicy, dołączyliśmy do Beaty i Jarka, weekendujących w Złotowie. Zuzka, która przespała całą drogę, ciekawie odnajdywała się w nowym miejscu: biegała po pokojach, bezskutecznie nawołując "Ola, Ola!", dopiero po ustaleniu, że Oli całkiem nie ma, zajęła się obecnymi.

typowe korzystanie ze zjeżdżalni

Na zjeździe Ola bawiła się wyśmienicie ("mamo, tańczyłam do północy, jak Kopciuszek!"), szalała na parkiecie, nawiązywała znajomości, dokładnie zwiedziła miejsce noclegu, itp. A później wszystko mi opowiadała i to bardzo dokładnie (później relacjonujący Maciek nie dorzucił wielu nowych faktów).
Dobrze widzieć, że Oli nie deprymują nowe osoby, nie jest może przesadnie śmiała, ale nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktu. A tańce i (dokładnie opisane) eleganckie kreacje pań były mocnym punktem wspomnień ("mamo, żałuj, że nie byłaś na zjeździe").




Tymczasem słownik Zuzanny skokowo się zwiększył. Spisuję z pamięci:
rodzinnie: tato (to ja mama!), tatuś (to tatuś) i Ola (wiadomo)
zwierzęco: hau (pies), miau (kot)
towarzysko: ej (hej - wychyla się z wózka i zagaja rozmowę, uśmiechając się szelmowsko), pa pa, cześć
zabawowo: opa (hopa - skakać itp), babu (babka i wszelkie zabawy w piasku),
inne: nie, tak, tu (tutaj), alo (telefon), ma (co znaczy nie ma, towarzyszy temu rozłożenie rączek), jeśt (jest), dać (daj - echo pytań "dać ci, dać?"), bam (jak się przewróci)
Miło posłuchać.


Zuza co jakiś czas wyskakuje z klepaniem nas łapką i patrzeniu jaka będzie reakcja. Niestety sama nakręciłam tą sytuację, reagując podręcznikowo: poważne spojrzenie, przytrzymanie ręki i wyraz dezaprobaty. Zuzanka odczytała to zupełnie inaczej - jako rodzaj zabawy z ustaloną kolejnością zdarzeń; teraz klepnie mnie w rękę i mówi: "ała!", po czym kiwa paluszkiem i dodaje: "nu, nu nu!". Podobnie zachowuje się, kiedy wychlapuje wodę poza wannę: wychyla się lekko, żeby ocenić wielkość kałuży na podłodze, po czym patrzy porozumiewawczo, uśmiecha się rozbrajająco i poważnie stwierdza "nu, nu, nu!".
I to by było tyle o wychowaniu córeczki. 

Brak komentarzy: