środa, 29 lutego 2012

raz na 4 lata


Nie odmówię sobie napisania posta w taki dzień. Następna okazja się zdarzy, kiedy Olcia będzie mieć 9 lat, a Zulka 5... Jakie wtedy będą nasze dziewczyny?
A tymczasem są takie:



Zuzia na tym zdjęciu w czapeczce bardzo przypomina mi małą Olę:


A tu robi podwójny hałas uderzając w grającą zabawkę marakasem:

Tu pomaga rozpakować zakupy:

Zuza w ogóle ostatnio bardzo lubi angażować się w prace domowe, choć może nie w sposób, jaki mi wydawałby się optymalny: otwarta szuflada kusi ją do wyrzucania wszystkiego na podłogę (wczoraj po kuchni szybowało otwarte opakowanie suszonego majeranku, przyznaję: było widowiskowo), przy wieszaniu prania Zu chce mi dać do zrozumienia, że nie powiesiłam dostatecznie równo i ściąga ubrania z suszarki na podłogę, itd.
Chwilowo najulubieńszą zakazaną rozrywką Zuzi jest wydłubywanie ziemi z doniczki. Nie mamy na razie pomysłu, co zrobić z kwiatkami stojącymi w łazience na podłodze, a mały eksplorator korzysta z naszego braku zdecydowania.
Do zabaw typowo dziecięcych Zulka podchodzi z lekką nonszalancją - w oglądaniu książeczki najbardziej podoba się jej zamykanie; nie przewracanie kartek, nie kolorowe obrazki, tylko zdecydowane trzaśniecie okładką, jakby chciała powiedzieć: "no, koniec z tym oglądaniem, czy mogę poobgryzać te fajnie twarde rogi książeczki?".
Wymowny wyraz twarzy miała malutka również wtedy, kiedy mając już trochę dość schylania się po wyrzucane przez nią w czasie karmienia zabawki, przywiązałam jedną z nich wstążką do krzesełka. Zuza pacnęła zielone kółeczko i wychyliła się, żeby zobaczyć, gdzie spadnie. Jakież było jej rozczarowanie, gdy zabawka nie uderzyła głośno w podłogę, lecz zawisła w połowie drogi. Córeczka wyglądała, jakby nie cieszyło jej, że zaraz mogłam jej zabawkę podać.
Nie pozwalając kółeczku spaść zepsułam całą zabawę - rzecz w tym, żeby wyrzucić zabawkę, posłuchać jak ląduje na podłodze, a potem chwytać mamę za rękę i patrzeć słodko w jej oczy, żeby schyliła się/wstała i podniosła po raz 20 zrzuconą rzecz.

A rozważania o przyszłości sprowokowała dziś Ola: jadąc na Krzyki odwiedzić Ewę i Wiktorię, mijałyśmy restaurację Epoka. Mnie wzięło na wspominki:
- wiesz Olciu, jak byłaś taka mała jak Zuzia dziś, w tej restauracji było wesele cioci Agi i wujka Jacka
- a ja byłam na tym weselu?
- ty byłaś na ślubie, a potem zostałaś w domu z babcią Anią
- a teraz wzięlibyście mnie na wesele?
- pewnie, teraz jesteś większa, bawilibyśmy się razem
- to kiedy mnie zabierzecie na wesele?
- ale jakoś nie szykuje się żaden ślub
- a wujek Michał?
- wujek się jeszcze nie żeni
- a ja się ożenię z Grzesiem
- ooo! a dlaczego z Grzesiem? (skądinąd miły dzieciak)
- bo on mnie bardzo lubi i przytula mnie na przywitanie
- a ty to lubisz?
- tak, bo Grześ jest fajny

Cóż miałam rzec? Rozumowanie córeczki było bez zarzutu.
I już wiem czemu, kiedy nie ma Leny, dodatkowa kanapka, którą robię Olci na basen, trafia do Grzesia; a wczoraj Ola mnie poinformowała, żebym następnym razem zrobiła kanapkę z samym serem, bo Grześ nie lubi keczupu...

Ostatni weekend spędziliśmy u Magdy i Adama na urodzinach Magdy i Zosi. Gości było wielu i dużych i małych, ale to ci mali robili większą zadymę.


Szczęśliwie Zosia dostała tyle prezentów, że każdy z gości mógł znaleźć coś do zabawy. Czasem wystarczało samo pudełko:

A po powrocie w katarzyńskim parku:

A wieczorem domek z klapy od piekarnika, krzeseł i poduszek; Ola nie zapomniała o różyczce od wujka Adama:

niedziela, 19 lutego 2012

imprezy

Nadrabiamy zaległości - po gipsie Oli, feriach kuzynów, dyżurach babci udało się wreszcie ustalić datę wszechrodzinnego świętowania piątych urodzin Oleńki.

Ale wcześniej Ola miała dwie imprezy przedszkolne: karnawałowy bal przebierańców oraz spóźniony (bo ferie) Dzień Babci i Dziadzia.

Co prawda motywem przewodnim balu był Dziki Zachód, ale Oleczka, do której jakoś nie trafiły opowieści o kowbojach i Indianach, wyraziła życzenie, by być Panią Wiosną. Zainwestowałam w kolorową bibułę i strój dla naszej wiosenki przygotowałam (błogosławiąc przy tym wynalazców kleju termicznego).
Ola wdziała swoją ulubioną sukienkę i ruszyła na balety:



A kilka dni później Babcia i Dziadzio przybyli do przybytku wczesnej edukacji, co bardzo ucieszyło Olcię, która w czasie występu co pewien czas kontrolnie strzelała oczyma w publiczność, odnajdywała dziadków i uśmiechnięta kontynuowała piosenkę/taniec/wierszyk (wiem, bom tam z Zuzą była).


I znowu widać u córeczki pewien postęp, zmianę. Na dniobabciowym występie Ola śpiewała, mówiła, poruszała się razem z dziećmi, nie zapominała gestów, ogólnie mówiąc - brała czynny udział. O ileż inaczej wyglądał zeszłoroczny występ z okazji Dnia Mamy - Oleńka stanęła miedzy śpiewającymi i tańczącymi dziećmi, po czym głęboko się zamyśliła. Nie śpiewała, nie ruszała się, tylko zadumana patrzyła w przestrzeń gdzieś ponad naszymi głowami. Stopień jej dekoncentracji nas wtedy zadziwił. W sumie teraz spodziewałam się czegoś podobnego, bo Ola ma tendencję do wyłączania się i pogrążania się w świecie swojej wyobraźni. A tymczasem mała zgotowała dobry występ.


Zaraz potem nastąpił rodzinny zlot z okazji 5 urodzin. Ola ponownie w ulubionej sukience nadyma policzki i zastanawia się nad marzeniem (które było tak tajemnicze, że nie chciała nikomu go wyjawić):

Co znaczy 5 lat wprawy - świeczki zdmuchnięte jednym dmuchem:

A potem oklaski, sto lat, olkowe poczucie dobrze wykonanej roboty oraz (nienadużywane na szczęście) przekonanie, że jest tego dnia osobą ważną, co wyrażało się swobodnym konwersowaniem z bardziej dorosłymi gośćmi i dobrą zabawą z kuzynami.


Zuzanna z okazji urodzin elegancka i niezmiennie masując czymś swoje swędzące dziąsełka. Zębów jeszcze nie ma, ale coś tam się będzie działo, bo Zuza nie przepuści żadnej twardszej rzeczy, która znajdzie się w jej łapkach.



Tydzień po dość w sumie statycznej, choć gwarnej, imprezie rodzinnej, mieliśmy dynamiczną i bardzo gwarną imprezę dziecięcą. Ola zaprosiła Wiktorię, Krzysia i Grzesia z przedszkola, Nastkę i Wiktorię ze "starego"osiedla oraz Sabinkę i Dominika z sąsiedztwa.
Mieliśmy zawczasu przygotowanych kilka zabaw dla dzieciaków i na zmianę z Maćkiem opuszczaliśmy dorosłych gości, by na górze pozabawiać trochę małych imprezowiczów. Dzieci najlepiej bawiły się przy zabawie w karmienie lwa (lwem byłam ja) i przy rysowaniu urodzinowej dżdżownicy, słabiej przy konkursie balonikowym (będziemy już wiedzieć, jakich zabaw unikać), ale niezaprzeczalnym hitem był wystrzał ze specjalnej tuby z konfetti wieńczący bitwę na kulki z gazet.
Potem pokój wyglądał jak po bitwie:

Jako się rzekło impreza była dynamiczna - i zdjęciom się udzieliło:

Sprzed urodzin mam nieporuszone zdjęcie pełnej skupienia Oli dekorującej ciasteczkowe lizaczki:

A między imprezami Zuza poradziła sobie z palącym problemem pt: "co zrobić jak się stoi i się to znudzi?". Córeczka opanowała bowiem wyśmienicie wstawanie, ale nie umiała bezpiecznie wrócić do parteru. Efekt był taki, że Zulka mając dowolny punkt podparcia (kanapa, stolik) bezzwłocznie wstawała, po czym stała kontemplując nowy, lepszy punkt widzenia. Ale jak już ponapawała się widokiem i możliwością dosięgnięcia np. pilota, zaczynała pomrukiwać i pokrzykiwać, żeby jej pomóc przestać stać.


Przedwczoraj Ola pozwoliła łaskawie zabrać ozdobę świąteczną - choinkę z sianka - ze swojego pokoju. W towarzystwie choinki poniewierała się złocista, mieniąca się bombka. Wielbicielka błyszczącego Ola podając mi bombkę powiedziała: "zobacz, jaka ładna bombka - taka brokacista". A ja wcale nie miałam ochoty poprawiać córeczki, bo pomyślałam, że będzie mi trochę żal, jak Oleńka opanuje już biegle literacką polszczyznę i znikną te wszystkie spontaniczne wymysły językowe, takie dzieckowe i ładne.




środa, 8 lutego 2012

siada, wstaje i raczkuje

Zulka zadziałała zgodnie ze strategią: długo, długo nic i bum! Od grudnia robiła piękny mostek - podnosiła brzuszek i kolanka, ale niespieszno jej było do wykorzystania tej umiejętność do szybszego przemieszczania się, choć rodzice namawiali, tłumaczyli, opisywali rozliczne zalety raczkowania (Maciek któregoś dnia, widząc wygibasy Zuzi, stwierdził, że nauczy ją raczkować, ale Zu okazała się niepodatna na takie nauki).
Aż wreszcie w któryś czwartek (27.01) malutka wzięła i usiadła. A po kilku dniach powstała samodzielnie, po czym poszła za ciosem i porzuciła pełzanie (w którym osiągnęła mistrzostwo) na rzecz raczkowania.

Zulka siedzi a powyżej Ola gra z tatą w Carcassonne

Dziecię mamy więc wielce mobilne. Czas powprowadzać zmiany w domu. Nowy gazetnik powędrował na stół, trzeba będzie opróżnić dolne półki z książek (Zuzia potrafi wyciągnąć z półki nielekki tom encyklopedii PWN), zabezpieczyć kominek itd. Podobnie było z Olą w tym wieku - umiejętności ruchowe coraz lepsze, a instynktu samozachowawczego za grosz.


A tymczasem karmienie na leżaczku odeszło do lamusa

podobnie jak kąpiel w małej wanience


Ruchliwość Zuzi trochę męczy Olę, która już nie może zostawiać swoich zabawek, książek, konstrukcji z klocków itp. na podłodze, co zwykła czynić, bo mogą się dostać w małe łapki ciekawej siostrzyczki. Łapki wprawdzie nieduże, ale silne i niezbyt jeszcze delikatne.


Ola ostatnio poskarżyła się: "Zuzia jest taka negatywna", a kiedy Maciek dopytywał się, co ma na myśli wyjaśniła: "jest negatywna, bo wszystko niszczy".
Ola czasem zaskakuje nowymi słówkami, powiedzonkami, a czasem twórczym przetwarzaniem tychże: "opadam na nogi" jęczała po jakiś szaleństwach, teatralnie pokazując, jak bardzo jest zmęczona i jak bardzo nie może wejść po schodach na górę.


Ale eksploratorsko-niszczycielski zapał Zuzi, choć ze zrozumiałych względów nie budzi entuzjazmu Oli, nie zmniejszył pokładów uczuć dla siostrzyczki.


A tu: kanapka rodzinna