Nie odmówię sobie napisania posta w taki dzień. Następna okazja się zdarzy, kiedy Olcia będzie mieć 9 lat, a Zulka 5... Jakie wtedy będą nasze dziewczyny?
A tymczasem są takie:
Zuzia na tym zdjęciu w czapeczce bardzo przypomina mi małą Olę:
A tu robi podwójny hałas uderzając w grającą zabawkę marakasem:
Zuza w ogóle ostatnio bardzo lubi angażować się w prace domowe, choć może nie w sposób, jaki mi wydawałby się optymalny: otwarta szuflada kusi ją do wyrzucania wszystkiego na podłogę (wczoraj po kuchni szybowało otwarte opakowanie suszonego majeranku, przyznaję: było widowiskowo), przy wieszaniu prania Zu chce mi dać do zrozumienia, że nie powiesiłam dostatecznie równo i ściąga ubrania z suszarki na podłogę, itd.
Chwilowo najulubieńszą zakazaną rozrywką Zuzi jest wydłubywanie ziemi z doniczki. Nie mamy na razie pomysłu, co zrobić z kwiatkami stojącymi w łazience na podłodze, a mały eksplorator korzysta z naszego braku zdecydowania.
Do zabaw typowo dziecięcych Zulka podchodzi z lekką nonszalancją - w oglądaniu książeczki najbardziej podoba się jej zamykanie; nie przewracanie kartek, nie kolorowe obrazki, tylko zdecydowane trzaśniecie okładką, jakby chciała powiedzieć: "no, koniec z tym oglądaniem, czy mogę poobgryzać te fajnie twarde rogi książeczki?".
Wymowny wyraz twarzy miała malutka również wtedy, kiedy mając już trochę dość schylania się po wyrzucane przez nią w czasie karmienia zabawki, przywiązałam jedną z nich wstążką do krzesełka. Zuza pacnęła zielone kółeczko i wychyliła się, żeby zobaczyć, gdzie spadnie. Jakież było jej rozczarowanie, gdy zabawka nie uderzyła głośno w podłogę, lecz zawisła w połowie drogi. Córeczka wyglądała, jakby nie cieszyło jej, że zaraz mogłam jej zabawkę podać.
Nie pozwalając kółeczku spaść zepsułam całą zabawę - rzecz w tym, żeby wyrzucić zabawkę, posłuchać jak ląduje na podłodze, a potem chwytać mamę za rękę i patrzeć słodko w jej oczy, żeby schyliła się/wstała i podniosła po raz 20 zrzuconą rzecz.
A rozważania o przyszłości sprowokowała dziś Ola: jadąc na Krzyki odwiedzić Ewę i Wiktorię, mijałyśmy restaurację Epoka. Mnie wzięło na wspominki:
- wiesz Olciu, jak byłaś taka mała jak Zuzia dziś, w tej restauracji było wesele cioci Agi i wujka Jacka
- a ja byłam na tym weselu?
- ty byłaś na ślubie, a potem zostałaś w domu z babcią Anią
- a teraz wzięlibyście mnie na wesele?
- pewnie, teraz jesteś większa, bawilibyśmy się razem
- to kiedy mnie zabierzecie na wesele?
- ale jakoś nie szykuje się żaden ślub
- a wujek Michał?
- wujek się jeszcze nie żeni
- a ja się ożenię z Grzesiem
- ooo! a dlaczego z Grzesiem? (skądinąd miły dzieciak)
- bo on mnie bardzo lubi i przytula mnie na przywitanie
- a ty to lubisz?
- tak, bo Grześ jest fajny
Cóż miałam rzec? Rozumowanie córeczki było bez zarzutu.
I już wiem czemu, kiedy nie ma Leny, dodatkowa kanapka, którą robię Olci na basen, trafia do Grzesia; a wczoraj Ola mnie poinformowała, żebym następnym razem zrobiła kanapkę z samym serem, bo Grześ nie lubi keczupu...
Ostatni weekend spędziliśmy u Magdy i Adama na urodzinach Magdy i Zosi. Gości było wielu i dużych i małych, ale to ci mali robili większą zadymę.

Szczęśliwie Zosia dostała tyle prezentów, że każdy z gości mógł znaleźć coś do zabawy. Czasem wystarczało samo pudełko:
A po powrocie w katarzyńskim parku:
A wieczorem domek z klapy od piekarnika, krzeseł i poduszek; Ola nie zapomniała o różyczce od wujka Adama:

Chwilowo najulubieńszą zakazaną rozrywką Zuzi jest wydłubywanie ziemi z doniczki. Nie mamy na razie pomysłu, co zrobić z kwiatkami stojącymi w łazience na podłodze, a mały eksplorator korzysta z naszego braku zdecydowania.
Do zabaw typowo dziecięcych Zulka podchodzi z lekką nonszalancją - w oglądaniu książeczki najbardziej podoba się jej zamykanie; nie przewracanie kartek, nie kolorowe obrazki, tylko zdecydowane trzaśniecie okładką, jakby chciała powiedzieć: "no, koniec z tym oglądaniem, czy mogę poobgryzać te fajnie twarde rogi książeczki?".
Wymowny wyraz twarzy miała malutka również wtedy, kiedy mając już trochę dość schylania się po wyrzucane przez nią w czasie karmienia zabawki, przywiązałam jedną z nich wstążką do krzesełka. Zuza pacnęła zielone kółeczko i wychyliła się, żeby zobaczyć, gdzie spadnie. Jakież było jej rozczarowanie, gdy zabawka nie uderzyła głośno w podłogę, lecz zawisła w połowie drogi. Córeczka wyglądała, jakby nie cieszyło jej, że zaraz mogłam jej zabawkę podać.
Nie pozwalając kółeczku spaść zepsułam całą zabawę - rzecz w tym, żeby wyrzucić zabawkę, posłuchać jak ląduje na podłodze, a potem chwytać mamę za rękę i patrzeć słodko w jej oczy, żeby schyliła się/wstała i podniosła po raz 20 zrzuconą rzecz.
A rozważania o przyszłości sprowokowała dziś Ola: jadąc na Krzyki odwiedzić Ewę i Wiktorię, mijałyśmy restaurację Epoka. Mnie wzięło na wspominki:
- wiesz Olciu, jak byłaś taka mała jak Zuzia dziś, w tej restauracji było wesele cioci Agi i wujka Jacka
- a ja byłam na tym weselu?
- ty byłaś na ślubie, a potem zostałaś w domu z babcią Anią
- a teraz wzięlibyście mnie na wesele?
- pewnie, teraz jesteś większa, bawilibyśmy się razem
- to kiedy mnie zabierzecie na wesele?
- ale jakoś nie szykuje się żaden ślub
- a wujek Michał?
- wujek się jeszcze nie żeni
- a ja się ożenię z Grzesiem
- ooo! a dlaczego z Grzesiem? (skądinąd miły dzieciak)
- bo on mnie bardzo lubi i przytula mnie na przywitanie
- a ty to lubisz?
- tak, bo Grześ jest fajny
Cóż miałam rzec? Rozumowanie córeczki było bez zarzutu.
I już wiem czemu, kiedy nie ma Leny, dodatkowa kanapka, którą robię Olci na basen, trafia do Grzesia; a wczoraj Ola mnie poinformowała, żebym następnym razem zrobiła kanapkę z samym serem, bo Grześ nie lubi keczupu...
Ostatni weekend spędziliśmy u Magdy i Adama na urodzinach Magdy i Zosi. Gości było wielu i dużych i małych, ale to ci mali robili większą zadymę.
Szczęśliwie Zosia dostała tyle prezentów, że każdy z gości mógł znaleźć coś do zabawy. Czasem wystarczało samo pudełko:








