sobota, 7 stycznia 2012

skomplikowało się

Chyba w złą godzinę napisałam, że był problem z porozumieniem się z lekarzem przy gipsowaniu Oli. Kiedy wybrałyśmy się z Olą na kontrolę (i ustalić upragniony termin ściągnięcia pancerzyka), chirurg z przychodni rozszyfrował hieroglify na wypisie ze szpitala i doczytał tam: "gips 5 tygodni", a w szpitalu Maciek usłyszał wyraźnie: 3 tygodnie. Po telefonach do szpitala stanęło na 4 tygodniach. Olcia trochę się zasmuciła, bo nadspodziewanie tęskni za przedszkolem. Wprawdzie wychowawczyni Oli nie widziała problemu w uczęszczaniu gipsiaka do przedszkola, ale pani dyrektor się nie zgodziła ("przedszkole jest dla dzieci zdrowych"), a ja nie chciałam robić zadymy, więc Ola po 3 dniach zakończyła chodzenie w gipsie do przedszkola i domuje z Zulką i mamą.

Na szczęście ciągle coś się dzieje: święta, sylwester, długi weekend.
Sylwester mieliśmy domowy, rodzinny, leniwy i filmowy. Wypożyczyliśmy 3 filmy - jeden dla Oli ("Zaplątani") i dwa dla rodziców (bracia Cohen i Woody Allen). I tak maratonując filmowo oraz podjadając smakołyki żegnaliśmy stary rok. Ola nie dotrwała do północy - syta wrażeń oraz panny kotki zasnęła po 22, rodzice balowali dalej.
Olcia bardzo przeżywała "Zaplątanych", podobnie jak "Króla lwa" oglądanego wczoraj w telewizji (bo od sylwestra mamy wreszcie telewizję!). Wracała potem do filmu, drążyła wątki i postacie. I choć mam wrażenie, że nie wszystkie zawiłości fabuły są dla niej zrozumiałe, to widać, że film ją wciąga i porusza.

Płynnie z domowego sylwestra przeszliśmy w domowe urodziny; poczekamy z większą imprezą na zdjęcie gipsu, a przede wszystkim na przetrawienie świątecznych prezentów. Ale żeby nie było - w noworoczny poranek odśpiewaliśmy "sto lat" i podarki od nas wręczyliśmy. I tak wujek Jarek nam wyrzuca, że skrzywdziliśmy dziecko datą urodzin.
Prezenty są w ruchu (z dokładnością do urodzinowych klocków lego, z których powstały tak fantastyczne pojazdy, że Ola nie ma zamiaru ich rozbierać). Córeczka grywa z tatą w szachy (co często polega na tym, że uczący tato rozgrywa za siebie i częściowo za Olę) i jest dumna, jak prawidłowo rozłoży figury. Natomiast Zulka kwestię figur na szachownicy widzi zupełnie inaczej.

Antek z Michałem dostali pod choinkę Carcassonne, co przypomniało o naszym zestawie; Ola chętnie grywa, podłapując maćkowe powiedzonka ("postawię tu tego panopka").


Tymczasem panna Zuzanna, jak nie psuje siostrze szachów, przemieszcza się coraz szybciej. Zuzanka stała się zawodowym pełzakiem. Odwołuję niniejszym zapisane wcześniej słowa, jakoby córeczka nie garnęła się do większego wysiłku fizycznego i stroniła od pokonywania większych dystansów. Na fali nowego zapału urządzamy Zulce ścieżki do wyczynów, układając aktualnie ukochaną zabawkę w większej odległości odeń. Mała dżdżowniczka pełznie, używając głównie rąk.
A potem samolocikuje:


Ruchy ma coraz pewniejsze, bardziej zborne.
Pamiętam, jak z miesięczną Zuzią byłam u Dusi i obserwowałam Ninkę (starszą od Zu o całe 3 miesiące); z podziwem patrzyłam, jak Ninka przekłada grzechotkę z jednej ręki do drugiej. Zulka wówczas owszem podnosiła wysoko głowę, ale chwytała rzeczy na krótko - o ile w ogóle. Zuzia już od dawna chwyta i przekłada - nawet dokładnie nie wiem, kiedy to się stało. Ale jakiś czas temu spędziłam długą chwilę bez ruchu, nie chcąc rozproszyć malutkiej, która konsekwentnie podnosiła pluszaczka za metkę. Było w tym coś rozczulającego, jak dwa małe paluszki z dużą precyzją i siłą łapały niewielki kawałek materiału, potem uważny ruch ręką do góry i pełne skupienia spojrzenie, którym córeczka ogarniała, co się stało. Takie malutkie paluszki...
Przypomniało mi się przy okazji, jak kiedyś czytałam w "Dziecku", żeby absolutnie nie obcinać metek zabawkom. Zaprawdę mieli rację.


Jeżeli chodzi o organizację dnia (czytaj: układ drzemek, za którymi podąża rozkład posiłków, za którym podąża plan spacerów) Zulka powinna wywiesić plakat: "remanent/reorganizacja". Już wiem, że utrwalony przez ostatnie miesiące plan: drzemka po 9 rano i spanie na spacerze po 13 jest już przeszłością. Teraz tylko czekam, jakie nowe preferencje się objawią na stałe - na razie codziennie mamy co innego.
Zu je teraz 4 posiłki. Owoce wchodzą jakby lepiej (o ile wgniotę do nich banana), kaszka ma solidne drugie miejsce, hitem są wciąż zupki jarzynowe, o ile nie ma w nich farfocli z niedokładnie rozmieszanego żółtka, ryż też mógłby się nie pojawiać. Mała lekko nas zdziwiła, jak wtrąbiła z apetytem całą zupkę z łososiem. Rośnie kolejna rybopożeraczka?

A aktualną metodą na ewolucje na przebieralniku jest piłka:

Brak komentarzy: