niedziela, 22 stycznia 2012

nareszcie

Nareszcie po pełnym miesiącu Oleńka została odgipsowana i na początku tygodnia pojawiło się trochę śniegu, co jeszcze opancerzona Ola skrzętnie wykorzystywała:


Zdejmowanie gipsu nie przebiegało tak euforycznie, jak sobie to wyobrażałam, Ola już wcześniej wyrażała obawy o przebieg tej operacji, a w czasie wyzwalania z okowów płakała. Łezki płynęły jej jeszcze, kiedy wyszłyśmy na korytarz, a ja usiłowałam ją przekonać, żeby włożyła już oswobodzoną rączkę do rękawa kurtki. Olcia trzymała rękę w takiej pozycji, jak wcześniej miała w gipsie i odmawiając jakiegokolwiek ruchu kończyną wyrzucała mi: "bo ty mnie nie rozumiesz!" (!). Ostatecznie rączką wsunęła się do rękawa i udałyśmy się na miły spacer po wielkiego lizaka.
Na razie kurujemy skórę i Ola trochę oszczędza rączkę, ale z dnia na dzień coraz mniej. Choć będąc w gipsie córeczka jakoś szczególnie się nie oszczędzała, to teraz jest niestrudzona w bawieniu się "w to, w co się w gipsie nie bawiłam", jak na przykład domek z poduch:

Tymczasem Zulka ma nowego konika - wspinanie się w oparciu o zmywarkę. Dźwięk wkładanych/wyjmowanych naczyń przywabia ją i potem długo trzeba czekać, aż maleństwo znudzi się i opuści stanowisko przy tak wspaniale usytuowanej klapie i tak odpowiednio zamontowanym koszyku - akurat w sam raz, by dziecko mogło przybrać swoją ulubioną ostatnio pozycję - klęczenie z podparciem.

Ale zmywarka nawet zamknięta jest atrakcją dla Zuzi - kiedy jest włączona na podłogę pada pomarańczowe światełko, które Zulka próbuje złapać i za każdym razem wygląda na lekko zdziwioną tym, że choć mocno zaciskała łapkę, to nic nie złapała. Rozbawiła mnie też jej reakcja, kiedy narysowałam jej kwiatek na kartce - też chciała go chwycić.
Oprócz zmywarki Zu odkryła, że drapanie paznokietkiem różnych powierzchni też może być frapującym zajęciem i z zapałem skrobie po różnych meblach, słuchając dźwięków, które wydobywają się spod jej paluszków.
Zulka robi się w ogóle taką bardziej świadomą osobą - zakrycie zabawki chusteczką już nie powoduje utraty zainteresowania grzechotką/misiem, ale mała zabiera się za odkrywanie materiału.
Ostatnio Maciek przykrył jej coś dwiema dłońmi ułożonymi jedna na drugiej, Zuzulka najpierw odsunęła jedną rękę taty, zaliczyła zdziwienie, że widzi nie zabawkę, lecz drugą rękę, ale po chwili odsunęła drugą dłoń i zadowolona chwyciła zdobycz. Brzmi to może niezbyt porywająco, ale nam to utkwiło, bo widać postęp u malutkiej.
Oraz ciekawość i determinację ;)
A jak Zuzia badała w swoim łóżeczku metodycznie szczebelek po szczebelku (chwytała je od brzegu po kolei, jak się nie kręcił, brała się za następny), żeby znaleźć te dwa, które się ruszają, to obserwujący to tato zadzwonił do mającej wychodne mamy, żeby obwieścić, że mamy wybitnie inteligentne niemowlę...

Ale żeby nie było - u Olci też zmiany, no może nie z ostatnich dni, lecz miesięcy, ale kilka dni temu córeczka jakoś dobitnie to zaznaczyła. Otóż Ola nie zwracała w ogóle uwagi na radio. Od jakiegoś czasu pilniej wsłuchuje się w małe pudełko, zwłaszcza w prognozy pogody i potem z powagą powtarza coś typu: "jutro będzie zachmurzenie i mały deszcz". A kiedy byliśmy w Polanicy i babcia włączyła telewizor, by obejrzeć nieśmiertelną prognozę pogody po wiadomościach, Ola przy okazji wchłonęła wiadomości sportowe. I jak następnego dnia w radiu znowu mówili o tour de ski i Justynie Kowalczyk, Oleńka dodała: "to ta pani, o której wczoraj mówili w telewizji, wjechała na nartach pod stromą górę".
Choć czasem mamy wrażenie, że takie chwile uważnego wsłuchiwania się są wyjątkiem - Ola dużo czasu poświęca swoim różnym przemyśleniom, wyobrażaniu sobie i regularnie głęboko się zamyśla. W zadumę wpada ubierając się (połowicznie odziana), jedząc (coraz zimniejszy obiad), idąc (coraz wolniej i wolniej)... Słodkie to marzycielstwo, ale jak trzeba pytanie po raz trzeci powtórzyć, to już nam miny trochę rzedną.

Ale potem - dla równowagi - dziecko zasunie:

- mamo, kapcie w przedszkolu są na mnie za małe
- ... (zastanawiam się, jak to możliwe, skoro były kupowane jakoś tak w listopadzie)
- autentycznie! - dodało z mocą dziecko, widząc moje pytające spojrzenie.

- Oleńko, mam dla ciebie komplecik - podkoszulka i majteczki (Ola jest fanką komplecików wszelkiej maści)
- o fajnie, z różyczką, szkoda że majteczki różowe, a koszulka biała, a nie w jednym kolorze
- cóż...
- ale jest bardzo ładne, przyznaję - uzupełniła Ola elegancko, a ja zamilkłam na dłużej.

sobota, 7 stycznia 2012

skomplikowało się

Chyba w złą godzinę napisałam, że był problem z porozumieniem się z lekarzem przy gipsowaniu Oli. Kiedy wybrałyśmy się z Olą na kontrolę (i ustalić upragniony termin ściągnięcia pancerzyka), chirurg z przychodni rozszyfrował hieroglify na wypisie ze szpitala i doczytał tam: "gips 5 tygodni", a w szpitalu Maciek usłyszał wyraźnie: 3 tygodnie. Po telefonach do szpitala stanęło na 4 tygodniach. Olcia trochę się zasmuciła, bo nadspodziewanie tęskni za przedszkolem. Wprawdzie wychowawczyni Oli nie widziała problemu w uczęszczaniu gipsiaka do przedszkola, ale pani dyrektor się nie zgodziła ("przedszkole jest dla dzieci zdrowych"), a ja nie chciałam robić zadymy, więc Ola po 3 dniach zakończyła chodzenie w gipsie do przedszkola i domuje z Zulką i mamą.

Na szczęście ciągle coś się dzieje: święta, sylwester, długi weekend.
Sylwester mieliśmy domowy, rodzinny, leniwy i filmowy. Wypożyczyliśmy 3 filmy - jeden dla Oli ("Zaplątani") i dwa dla rodziców (bracia Cohen i Woody Allen). I tak maratonując filmowo oraz podjadając smakołyki żegnaliśmy stary rok. Ola nie dotrwała do północy - syta wrażeń oraz panny kotki zasnęła po 22, rodzice balowali dalej.
Olcia bardzo przeżywała "Zaplątanych", podobnie jak "Króla lwa" oglądanego wczoraj w telewizji (bo od sylwestra mamy wreszcie telewizję!). Wracała potem do filmu, drążyła wątki i postacie. I choć mam wrażenie, że nie wszystkie zawiłości fabuły są dla niej zrozumiałe, to widać, że film ją wciąga i porusza.

Płynnie z domowego sylwestra przeszliśmy w domowe urodziny; poczekamy z większą imprezą na zdjęcie gipsu, a przede wszystkim na przetrawienie świątecznych prezentów. Ale żeby nie było - w noworoczny poranek odśpiewaliśmy "sto lat" i podarki od nas wręczyliśmy. I tak wujek Jarek nam wyrzuca, że skrzywdziliśmy dziecko datą urodzin.
Prezenty są w ruchu (z dokładnością do urodzinowych klocków lego, z których powstały tak fantastyczne pojazdy, że Ola nie ma zamiaru ich rozbierać). Córeczka grywa z tatą w szachy (co często polega na tym, że uczący tato rozgrywa za siebie i częściowo za Olę) i jest dumna, jak prawidłowo rozłoży figury. Natomiast Zulka kwestię figur na szachownicy widzi zupełnie inaczej.

Antek z Michałem dostali pod choinkę Carcassonne, co przypomniało o naszym zestawie; Ola chętnie grywa, podłapując maćkowe powiedzonka ("postawię tu tego panopka").


Tymczasem panna Zuzanna, jak nie psuje siostrze szachów, przemieszcza się coraz szybciej. Zuzanka stała się zawodowym pełzakiem. Odwołuję niniejszym zapisane wcześniej słowa, jakoby córeczka nie garnęła się do większego wysiłku fizycznego i stroniła od pokonywania większych dystansów. Na fali nowego zapału urządzamy Zulce ścieżki do wyczynów, układając aktualnie ukochaną zabawkę w większej odległości odeń. Mała dżdżowniczka pełznie, używając głównie rąk.
A potem samolocikuje:


Ruchy ma coraz pewniejsze, bardziej zborne.
Pamiętam, jak z miesięczną Zuzią byłam u Dusi i obserwowałam Ninkę (starszą od Zu o całe 3 miesiące); z podziwem patrzyłam, jak Ninka przekłada grzechotkę z jednej ręki do drugiej. Zulka wówczas owszem podnosiła wysoko głowę, ale chwytała rzeczy na krótko - o ile w ogóle. Zuzia już od dawna chwyta i przekłada - nawet dokładnie nie wiem, kiedy to się stało. Ale jakiś czas temu spędziłam długą chwilę bez ruchu, nie chcąc rozproszyć malutkiej, która konsekwentnie podnosiła pluszaczka za metkę. Było w tym coś rozczulającego, jak dwa małe paluszki z dużą precyzją i siłą łapały niewielki kawałek materiału, potem uważny ruch ręką do góry i pełne skupienia spojrzenie, którym córeczka ogarniała, co się stało. Takie malutkie paluszki...
Przypomniało mi się przy okazji, jak kiedyś czytałam w "Dziecku", żeby absolutnie nie obcinać metek zabawkom. Zaprawdę mieli rację.


Jeżeli chodzi o organizację dnia (czytaj: układ drzemek, za którymi podąża rozkład posiłków, za którym podąża plan spacerów) Zulka powinna wywiesić plakat: "remanent/reorganizacja". Już wiem, że utrwalony przez ostatnie miesiące plan: drzemka po 9 rano i spanie na spacerze po 13 jest już przeszłością. Teraz tylko czekam, jakie nowe preferencje się objawią na stałe - na razie codziennie mamy co innego.
Zu je teraz 4 posiłki. Owoce wchodzą jakby lepiej (o ile wgniotę do nich banana), kaszka ma solidne drugie miejsce, hitem są wciąż zupki jarzynowe, o ile nie ma w nich farfocli z niedokładnie rozmieszanego żółtka, ryż też mógłby się nie pojawiać. Mała lekko nas zdziwiła, jak wtrąbiła z apetytem całą zupkę z łososiem. Rośnie kolejna rybopożeraczka?

A aktualną metodą na ewolucje na przebieralniku jest piłka:

niedziela, 1 stycznia 2012

5 lat


Wysoce naganna przerwa w prowadzeniu bloga zaczęła się po chłodnym weekendzie majowym, który spędziliśmy na rubieżach województwa dolnośląskiego z Kasią, Przemkiem et consortes oraz dzieciakami na rowerowych wycieczkach, zabawach podwórkowych, pływaniu łódką po stawie i przyglądaniu się zwierzętom gospodarskim. Oraz - jak widać powyżej - na karmieniu ich.
Wprawdzie Ola spędziła już kiedyś wakacje z Ninką i Jasiem, ale miała wtedy nieco ponad półtora roku i z pobytu w Beskidach nie zapamiętała wiele. Teraz było inaczej - dziewczyny mocno się zakolegowały:


Kolejny majowy weekend to komunia Misia; przejęta Ola z powagą uczestniczyła w uroczystości, potem niestrudzona kursowała za kuzynami, oglądała podarki, a na koniec jadła duże lody - jak cała reszta młodocianego towarzystwa.


Drugą połowę maja spędziliśmy na Sycylii, z babcią, Beatą i Misiem. To były Oli wakacje idealne. Miły hotel przy piaszczystej plaży, baseny dla dzieci, animacje, a zwłaszcza wieczorne mini-disco, cytrynowe drzewka, nadmorskie widoki, świeża pizza przez całe popołudnie, wyprawy na pyszne lody do miasteczka, itp. uczyniły z tego pobytu olkowy wzorzec z Sevres wymarzonych wakacji. Nie zliczę już ile razy od powrotu Ola pytała się, kiedy jeszcze pojedziemy do hotelu ( t e g o hotelu) i ile razy wyraźnie manifestowała rozczarowanie, kiedy mówiliśmy, że raczej nieprędko, o ile w ogóle. Argumentacja że trzeba jeździć w różne miejsca i niekoniecznie do hoteli, jakoś nie trafia Oli do przekonania. Po co jeździć gdzieś indziej, jak tam było tak dobrze?

Choć po nocnej podróży samolotem Ola padła na lotnisku, to sam lot oczywiście bardzo przeżyła. Powitanie z morzem było entuzjastyczne:


Potem przystąpiliśmy pospołu do korzystania z atrakcji hotelu; Ola najbardziej lubiła szaleństwa w basenie, plac zabaw też był niczego sobie, animacje - choć po włosku - również zaliczała. Chodziła na boule

towarzyszyła tacie w lekturze

i podróżowała po okolicy, choć nie wzięliśmy ją na najbardziej ekscytującą wycieczkę - na Etnę (w wersji Oli: bulkan).
Choć teraz tłumaczymy Oli, że warto jeździć w różne miejsca, to na Sycylię chcielibyśmy wrócić. Po tych 2 tygodniach mieliśmy poczucie niedosytu; każde miejsce, które tam odwiedziliśmy warte było zobaczenia, a zjeżdżając z głównych tras i wybierając przypadkową drogę, trafialiśmy zawsze na coś pięknego.
Poniżej: okolice miasteczka Ispica, najstarszego siedliska ludzkiego na Sycylii, gdzie dotarliśmy, przypadkiem, kiedy Beata zaproponowała, żebyśmy zjechali na mniej uczęszczane drogi. I tak mimochodem zobaczyliśmy zabytkowe gospodarstwo z działającym młynem wodnym.


Tylko Catania, duszna i szara od dymu z Etny, nie zrobiła na nas wrażenia. Syrakuzy, Ragusa, Noto, czy Modica albo małe miasteczko pod Etną, którego nie było w przewodnikach (których autorzy pewnie doszli do wniosku: ileż można pisać o uroczych miasteczkach z historyczną zabudową, malowniczo położonych w masywie wulkanu) zachwyciły nas od razu. Zabytkowe budynki, widowiskowy układ na zboczach gór (Noto, Ragusa), czy w dolinie rzeki (Modica) podobały nam się równie mocno, jak żywa tkanka miasta - brak galerii handlowych, mnóstwo sklepów, kawiarni w centrum i takie bezpretensjonalne kwiatki, jak punkt naprawy pralek w sercu zabytkowego śródmieścia, czy warsztat samochodowy w równie szacownym miejscu.

Rodzice już potem nie mieli wakacji (ale mieli szczytne plany przeprowadzki latem), za to Ola w sierpniu pojechała na pierwsze wakacje bez mamy i taty - była nad morzem: tydzień z babcią Anią i dziadziem Adamem, w towarzystwie Agi i Jacka i dwa tygodnie z drugą babcią i kuzynami. Pierwszy tydzień bez rodziców okazał się dość trudny, potem Ola okrzepła i już nie prosiła, żeby po nią przyjechać. Inna rzecz, że tygodnie z babcią Anią, Antkiem i Michałem Ola spędziła w ośrodku, gdzie 2 razy w tygodniu były dyskoteki dla dzieci, a codziennie ognisko z kiełbaskami. I jeszcze był basen.

Pod koniec sierpnia nastąpiło łzawe pożegnanie z panią Małgosią - tzn. niania płakała, Ola nie, bo chyba jeszcze nie umie sobie wyobrazić, że kogoś w jej życiu już nie będzie. Pani Małgosia była z nami 3 lata i wiem, że mieliśmy szczęście, że do nas trafiła. Pogodna i energiczna, była dla Oli czuła i wymagająca w idealnych proporcjach. Ola czuła się z nianią bezpiecznie, nawet u niej nocowała, dużo rozmawiały i córka nigdy nie narzekała na nudę.
Pamiętam, jak niepewna byłam kiedy zostawiałam kilkumiesięczną Olę, ale czułe uściski, jakimi Ola obdarzała nianię, uspokajały mnie - do niemiłej opiekunki by się tak nie tuliła. I taka dobra więź pozostała do końca.

Od września Ola poszła do przedszkola w Katarzynie. Z racji daty urodzin od razu trafiła do średniaków. Początkowo byłam sceptyczna wobec tego pomysłu (nie miałam pewności, czy nie będzie problemu z wejściem w już istniejącą grupę), ale dałam się przekonać pani dyrektor, a Maciek od razu był za zapisaniem Oli do średniaków.
Początki były trudne: łzy, kurczowe trzymanie nogi odprowadzającego taty. Ola chodziła do przedszkola bez entuzjazmu. Codziennie pytała, czy przyjdę po nią szybko, ale jak przychodziłam po podwieczorku (czyli po 14.30), nie była rozczarowana. Co dowodzi, że upływ czasu jest jeszcze dla niej pojęciem dość mglistym, no i że nie czuła się tam źle.
Kiedy poznała swoją grupę i zaprzyjaźniła się bliżej z kilkoma dziećmi poranne pożegnania przestały być dramatyczne a popołudniowe powitania tak wybuchowe. Choć w przedszkolu dużo się działo - a to koncert, a to przedstawienie, zajęcia z plastyki, rytmiki, tańce, warsztaty teatralne, gimnastyka, Ola nie miała zapału by o tym opowiadać. Natomiast nie przepuszczała okazji, by prezentować nowo nauczone piosenki i wiersze. Pamiętam, jak któregoś dnia przezywałam lekkie załamanie słysząc po raz czterdziesty: "Juli, juli janko (czy jak się to pisze), klęknij na kolanko...".
Ale najsilniejszym wspomnieniem z pierwszych tygodni przedszkola jest opowieść odprowadzający Maćka, jak Ola - by nie przeciągać pożegnania, zebrać się w sobie i nie płakać, prosiła tatę, by nie odprowadzał ją pod same drzwi sali "biedronek". Żegnała się się na drugim stopniu schodów, po czym sama wchodziła na pierwsze piętro.

pasowanie na przedszkolaka

Przeprowadziliśmy się ostatecznie na początku grudnia. Wcześniej niezliczoną ilość sobót Maciek spędził na budowie, a my jakoś organizowałyśmy sobie czas - często wybierałyśmy się na zajęcia dla maluchów do muzeum, co Ola polubiła, podobnie jak spacery po okolicy - nad rzeką i wokół baszty (teraz niemal za każdym razem, jak jedziemy do dziadków i mijamy charakterystyczny gmach nad Odrą Ola woła: "muzeum!").

Ola przeprowadzkę zniosła dobrze; wprawdzie pamiętała o zaletach starego lokum, a zwłaszcza o mieszkających tam koleżankach, ale sprawiedliwie doceniała walory nowego domu, spośród których na pierwsze miejsce wysuwa się znaczna ilość skrytek do zabawy w chowanego.


W kwietniu Ola zaczęła jeździć na basen. Cotygodniowe wyjazdy są z przedszkola, ale nie mogłam sobie darować i przez pierwsze 3-4 razy jeździłam obserwować, jak to funkcjonuje. A że funkcjonuje świetnie (naprawdę zajęcia są ciekawe, naprawdę jest jeden instruktor na piątkę dzieci, naprawdę pomagają się przebrać, wysuszyć...), to odpuściłam sobie dalszą obserwację.
Pamiętam, że lekko zdziwiła mnie reakcja Oli, kiedy po raz pierwszy przyjechałam po nią na basen. Pomogłam się jej ubrać, spakować i ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Ola czujnie spytała:
- gdzie idziemy?
- do naszego auta, wracamy do domu.
- ale ja chcę wracać busikiem, z dziećmi z przedszkola!
I tak po raz pierwszy tak zdecydowanie i jednoznacznie Ola wybrała kolegów, ale jakoś udało mi się ją przekonać o zaletach powrotu z mamą.
Teraz Olcia ma przerwę gipsową, ale po ostatnich zajęciach sprzed złamania, wróciła zadowolona, chwaląc się, że świetnie pływa żabką.

Kartę ze zdjęciami majowymi gdzieś chwilowo wcięło. Jak znajdę, zrobię aktualizację ze zdjęciami Oli mocno zaangażowanej w urządzanie ogródka, sianie trawnika, itp.

A w czerwcu pojawiła się Zulka. I Ola okazała się być bardzo kochającą siostrą. Niezazdrosną, przynoszącą zabawki, zagadującą. Ostatnio zamotała na klamce od okna swoją skakankę z rączkami w kształcie małpek, tak że rączki zwisały kilka centymetrów nad podłogą; kiedy zapytałam co robi, usłyszałam: "takiego dyndołka dla Zuzi, żeby sobie uderzała i ciągnęła".
A wczoraj Ola wróciła do życzeń wigilijnych i podsunęła: "jeżeli nie chcesz mieć trzeciej córeczki, może być też braciszek". Posiadanie rodzeństwa jak na razie bardzo Olę bawi, choć musi teraz dzielić się czasem czy uwagą rodziców z malutką siostrzyczką.

Tyle historia, a w tym wszystkim Ola, nie tylko starsza i większa, ale zmieniająca się: bardziej samodzielna, niezależna, mądrzejsza, nieco śmielsza, z coraz bardziej ukształtowanym charakterem, bardziej wymowna.
A propos wymowy - nie pamiętam dokładnie kiedy, ale jakoś tak po 4 urodzinach pojawiło się r. Po prostu pewnego dnia zamiast selek usłyszeliśmy serek i już było wiadomo, że Ola pilnie ćwicząca z panią logopedą wymawianie głosek k i g zupełnie mimochodem posiadła umiejętność mówienia r. Początkowo nowa sprawność tak oszołomiła Olę, że wstawiała r, tam gdzie powinno być l (wcześniej zastępujące r), co dawało dość ciekawe konstrukcje językowe ("proszę płatki z m
rekiem"). A jakiś miesiąc lub dwa temu pojawiły się wreszcie upragnione k i g (wcześniej zamiast kota był tot, a zamiast Małgosi - Małdosia), z czego Ola jest bardzo dumna i niekiedy sama sobie powtarza słowa z ćwiczeń (garaż, domek, itp), jakby sprawdzając, czy jej umiejętność nie zanikła, a kiedy okazuje się że nie, oczekuje na pochwały.
Poza tym Ola łapie coraz więcej powiedzonek ("no to klapa", kiedy dziś jej nie udała się jakaś kontrukcja z plasteliny) i lubi zabawy słowami, od kilku miesięcy szczególnie rymowanie. Zwraca uwagę, na słowa które się rymują i sama sobie coś wymyśla: "mamo, ułożę ci wierszyk! Mamo kochana, ja cię kocham od rana, masz całuski i kwiaty i .... eee .... rogaty!".

Samodzielność Oli jest sinusoidalna - jak jej zależy, zrobi wszystko sama. I jeszcze zamknie drzwi do pokoju, żeby jej nikt nie przeszkadzał. Chce czegoś z wyższej półki - przyciągnie po podłodze stołeczek, wdrapie się i wyciągnie; ma ochotę po raz kolejny zmienić kreację - ubierze się od stóp do głów z okamgnieniu. Nie chce jej się - będzie zawodzić o pomoc.
Samodzielność popychana jest głównie przez chęć wybijania się na niepodległość. Ola już wie, że jak sama coś zrobi, nikt nie będzie zadawać niepotrzebnych pytań, czy stawiać jakiś ograniczeń. Mała zdaje sobie sprawę, co raczej spotka się z naszą aprobatą, a co nie. Kiedy więc spodziewa się veta, politycznie nie pyta zawczasu, tylko sama się organizuje.
Pomaga jej w tym przytomność i spostrzegawczość. Ola czasem zaskakuje nas, bo pamięta, gdzie leżą rzeczy, których szukamy ("położyłaś na półce w spiżarni, mamo nie pamiętasz?"), a czasem zaskakuje samą siebie, no zapomina gdzie schowała aktualnie ulubioną zabawkę. Potem przypadkowo znajduje się maskotkę/nożyczki/zasuszonego kwiatka w jakiejś wyjątkowo wyrafinowanej skrytce.Ola jest nie tylko samodzielna, ale też zaczyna mieć potrzebę wyodrębnienia swojego świata. Kiedy bawi się nieraz mówi do siebie, a na moje pytanie: "co mówisz Oleńko?", odpowiada coraz częściej: "mówię co siebie, nie mogę ci powiedzieć".
Udało mi się raz usłyszeć, co Olcia szepce Zuzi ("jak będziesz większa, zabiorę cię na olbrzymie lody"). Spróbowałam:
- coś mówiłaś?
- tak, ale do Zuzi, nie mogę ci powtórzyć, bo to tajemnica.
Bardzo bym chciała, żeby siostry trzymały sztamę i miały swoje wspólne sprawy. Na razie idzie w dobrym kierunku.

Kiedyś pisałam już, że jest uważnym obserwatorem. Lubi niespieszne spacery z maksymalną ilością postojów, zbieranie wszelkiego rodzaju skarbów i przynoszenie ich do domu.
Olcia ma tą fajną dziecięcą umiejętność, że potrafi się długo i dobrze bawić jednym zwykłym przedmiotem. Patyk na spacerze, apaszka mamy w domu mogą być wykorzystywane na 101 sposobów. Np. wczoraj Ola nie mogła wyjść z fortecy, którą zbudowała sobie z poduch z kanapy, póki nie dałam jej "klucza" - czyli kawałka zielonej wstążki. Córeczka przewlekła wstążkę przez dziurkę uchwytu od suwaka i dopiero mogła wyjść ze swego poduchowego domu i udać się na spacer.

Ola rozróżnia wiele liter, od dawna już potrafi napisać swoje imię i kila krótkich słów (mama, tato, dom), ale nie łapie pisania i czytania jako takiego. Liczby i liczenie bardziej ją interesują. Ale choć mieści się w jej umyśle jak dodać 6 do 5, to dopiero kilka miesięcy temu udało się wyjaśnić córeczce, że cała przeszłość przed jej urodzeniem nie jest jednym wspólnym okresem, kiedy mama, babcia, dinozaury i królowie żyli jednocześnie. Tak czy owak, Ola chętnie słucha opowieści z przeszłości, takich nawet niekoniecznie radosnych - np. wiosną pełny rwącej wody rów melioracyjny skłonił mnie do snucia historii o przelewającej się rzece i powodziach lat 90-tych. Od tego czasu Ola kilkukrotnie prosiła mnie: "opowiedz mi jeszcze o powodzi", choć nie jest to rzecz wesoła i bez ewidentnego dobrego zakończenia.
Ale po jednej prośbie, którą na wakacjach wygłosili Jasiek lub Ninka, zaczynam mieć przypuszczenie, że dzieci tak mają; otóż dzieci poprosiły Kasię: "opowiedz nam jeszcze o księdzu Popiełuszce"...

Przy ogólnym postępie i rozwoju, jedna rzecz uległa sporemu uwstecznieniu: tolerancja na nowe smaki. Ola je mniej potraw niż rok czy dwa lata temu. Kiedyś lubiła surówkę z pora - dziś nawet nie tknie, zajadała się hummusem - już na etapie przygotowania zastrzega, że nie będzie tego jadła, itd. Zabawne przy tym jest, że kiedy zje coś w jakiś specjalnych okolicznościach, nagle zaczyna lubić potrawę i wchodzi do stałego jadłospisu. Przykład: grzanka z piekarnika mogła być tylko z rozpuszczonym serem i keczupem, żadnego pomidora czy szynki, o pieczarkach nie mówiąc. Ale kiedyś przyjechaliśmy do Polanicy i zgłodniała po podróży Ola dostała grzankę z szynką i serem, którą pochłonęła z apetytem oraz dokładką. I teraz koniecznie musi być: "kanapka z piekarnika z rozpuszczonym serem, podgrzaną szynką i bez keczupu".

Przy wszystkich zaletach i ogólnie bardzo dobrym charakterze byłaby nieprawdziwa, gdyby sprzątała po zabawie i zawsze pamiętała, żeby mówić "dzień dobry" i "dziękuję". Nie sprząta więc bez kilku(nastu) zachęt i nie pamięta, ale jeszcze mamy trochę czasu, żeby nad tym popracować.

Reasumując: bardzo udaną mamy 5-latkę.