czwartek, 22 listopada 2012

pisze / eksploruje


Pisze Ola, eksploruje Zuza, choć i Ola trochę eksploruje i Zuza trochę pisze, jeżeli za pisanie można by uznać zamazywanie kolejnych kartek konsekwentnie tą samą kredką (Zu jakoś nie ma potrzeby zmiany kolorów w trakcie tworzenia). 
W ostatnich tygodniach Ola zaczęła pisać - pewnego pięknego dnia siadła przy stole z kartką i kredkami (akurat nic niezwykłego - Ola pasjami tworzy rysunki, a jej dzieła ozdabiają liczne ściany) i zaczęła bardzo powoli wymawiać różne słowa, po czym przybiegła z kartką, gdzie całkiem poprawnie napisała: usta, oko, Zuza, itd. Po prostu zaczęła słyszeć głoski wyrazach, dotychczas słowo było płynnym dźwiękiem, a teraz rozdzieliło się w olkowych uszkach. 
Wiem, wiem: miliony piszą i czytają, ale nie posiadali tej umiejętności na moich oczach: nie było - pstryk - jest! 
No i nie byli moją córką. 

A któregoś dnia Ola zaprezentowała fajną wiarę w rysunkowe działania magiczne: najpierw starannie narysowała panią ubraną w niebieską suknię, potem podarła kartkę i wyrzuciła do kosza. Zdziwiło to Maćka, przyzwyczajonego do pełnego pietyzmu podejścia Oli do swoich dzieł; na pytanie ojca Ola odpowiedziała bez zastanowienia: "wyganiam panią deszcz". 

Bo Ola nie uznaje jesieni dżdżystej i błotnistej, Ola ceni jesień suchą, by można było oddać się ulubionej jesiennej rozrywce: szuraniu w liściach. Czy jest jakiś chromosom za to odpowiedzialny? bo i dla mnie chrzęst rudych liści to kluczowa zaleta jesieni.
W związku z tym Ola zaproponowała na weekend - wycieczkę w celu szurania. Z babcią Anią i - przez chwilę - Beatą i Jarkiem, szuraliśmy ile wlezie:

 

Tymczasem Ola boleje, że już nie chodzimy z przedszkola do domu piechotą, tylko przyjeżdżam po nią autem, wracając z pracy. Na moje argumenty, że Zuzia, że niania, że czas, przedstawiła klarowny plan: "pojedziesz po Zuzię, pani Karolina będzie mogła pojechać do domu, a ty przyjedziesz po mnie z Zuzą w wózku". Piękne w swej prostocie, ale w pracy tyle pracy, że jakoś mi zawsze tych 20 minut brakuje; muszę się spiąć, co by Oli umiłowanie spacerów nie zanikło. 
Oleńka przyzwyczaiła się do niespiesznego rytmu ostatniego półtora roku - mama w domu, dużo czasu, długie pożegnania z koleżankami w przedszkolu, powolne powroty przez park. 
Mi też tego brakuje. 
Za to do parku, na tekwondo, na zakupy drepczemy zgodnie z życzeniem panienki (na tekwondo z latarką - gmina oszczędza na oświetleniu, a słońce coś ostatnio się nie spisuje późniejszym południem).


Nowe zuzkowe słówka to: mić (miś), chośtu (choć tu) i wreszcie częste "mama!", Coś niedużo tych nowości, ale za to wieżę z 20 klocków układa w mig i z sorterem coraz lepiej sobie radzi.



Maciek od dawna widzi w Oli samorodny talent matematyczny (wiadomo po kim...). Ja się trochę z męża podśmiechuję, ale faktem jest, że małą interesują liczby, kształty itp. I potem odbywamy takie rozmowy (efekt jakiś przedszkolnych zajęć):
- mamo, prawda, że kwadrat ma 4 kąty?
- tak, a prostokąt?
- no mamo, też 4!
- a co ma 3 kąty?
- proste - trójkąt; mama, a co ma 2 kąty?
- ... hmm ... a jak myślisz?
- półkole
- .... (ja bym na to nie wpadła)
- a koło ma zero kątów?
- tak Oleńko.

Dziecko jest też świadome pewnych faktów geograficznych i sugerowanie, że tak nie jest spotyka się z dezaprobatą, czego ostatnio doświadczył Maciek:
O: a co ma tato w portfelu - takie dziwne pieniądze?
A:  to euro, można tym płacić w wielu krajach Europy: w Niemczech, Francji, Włoszech...
M: i na Sycylii!
O: tato! mama właśnie powiedziała, że we Włoszech.
i zmarszczony nosek.
recycling: suknia z pudełka
Nowo nabyte umiejętności pisarskie Ola próbowała wykorzystać dla poskromienia Zuzanny; jak łatwo można się domyślić, malutka szalenie się tym przejęła. Zawiesił Maciek nowe półki na płyty, zgodnie z nową naszą koncepcją półek, ale niestety w zasięgu rączek Zu, która to od razu zaczęła płyty z półki wyciągać, pudełka otwierać i cd wnikliwie badać (np. stukając w podłogę). Akurat mnie nie było, Maciek skręcał kolejną szafkę, więc Ola wzięła sprawy w swoje ręce - na kawałku tektury z opakowania szafki wysmarowała napis: Ola polic (miało być Ola policjantka, ale jeszcze nie umie rozplanować przestrzeni na napisy) i tym zasłoniła płyty. Zu pacnęła łapką, tektura spadła na podłogę i działania prewencyjne zaczęły się od nowa.

A Zuza, prewencja i - niestety - penalizacja, to (ku naszemu utrapieniu) pojęcia ostatnio sobie bliskie. Słodka Zuzanka o złocistych loczkach kopie, bije i jeszcze się zaśmiewa. Ląduje więc karnie w łóżeczku z założonymi szczebelkami; trochę to do niej przemawia. Z resztą działań wychowawczych czekamy na czas większej kumacji.

I chwile idealnej harmonii:



jesień w naszym ogrodzie

niedziela, 21 października 2012

115 i 77


Tytuł posta to nie tajny szyfr, a li i jedynie wzrost naszych dziewczyn. Pną się do góry, zwłaszcza Zuzanna, co jakoś nas nie dziwi wobec ilości jej posiłków. Ostatnio ulubionym słowem Zu jest "am" (jedzenie/jeść), ale nie jako rzeczownik, ale czasownik w formie rozkazującej. Kilkanaście dni temu Zulka przeszła ciężką 4-dniową biegunkę i od tej pory nadrabia zaległości. Przez kilka pierwszych dni było to ze wszech miar zrozumiałe, więc bez większego zdumienia obserwowaliśmy, jak Zuzka, która zjada obiadek po drzemce, domagała się posadzenia jej na krzesełku i podzielenia się posiłkiem, kiedy jadłyśmy z Olą obiad o 16; sytuacja powtórzyła się po powrocie Maćka z pracy i tatuś nie miał wyjścia - od ust odjął i malutką poczęstował. Ale teraz musimy wchłanianie Zuzy ująć w jakieś karby, bo mały brzuszek tego nie wytrzyma. A w czwartek - jak zrelacjonowała pani Karolina - pierwszym słowem Zuzy po drzemce było: AM!
Tymczasem powoli, acz systematycznie rozwija się słownik Zuzy; na razie z reguły o słowa jednosylabowe, albo wprawdzie składające się z dwóch sylab, ale takich samych - z jednym wyjątkiem: słowo "pampa", które lampę oznacza.
- be - rzeczy, które należy wyrzucić do śmieci (pielucha, okruszek, chusteczka higieniczna)
- koko - kura (z tym, że Zuza, doświadczająca prawdopodobnie tych samych problemów logopedycznych, co Ola wymawia: "toto")
- lala - lala
- oj / ojoj - kiedy się potknie, coś jej wypadnie, itp.
- tup, tup - tupanie/chodzenie (zwłaszcza po schodach)
- ała - kiedy coś boli
- nu, nu, nu! - kiedy wie, że czegoś jej nie wolno, albo sama chce zabronić (np. Oli wchodzenia za zuzkowe krzesełko, albo brania zuzkowych zabawek - również tych, którymi w Zuza się aktualnie nie bawi: po prostu "moje, nie ruszaj!")
- pepe - proszę (kiedy coś podaje - bardzo eleganckie obejście ma nasze dziecko)
- aaa - spanie.
Pojawienie się tego ostatniego słówka (choć czy to do słów zaliczyć można?), zauważyła Ola, po czym głośno uświadomiła rodzicom kręcącym się po kuchni: "Zuzia usypia lalę - buja ją na rękach i mówi do niej: aaa-aaa!".


Stosunek Oli do Zuzy ostatnio zmienił się - na lepszy. Po przesłodkiej sielance pierwszego roku nastąpił trudniejszy okres, kiedy nagle mobilna Zuzanka zaczęła dobierać się do Oli zabawek i skarbów, niszczyć rysunki z upodobaniem zostawiane przez starszą siostrę na podłodze, wdrapywać się na kanapę, gdzie Ola właśnie kończyła imponującą konstrukcję z poduszek, zajmować huśtawkę, itd. Olcia jakby dopiero wtedy odczuła cały ciężar posiadania siostrzyczki, nie dostrzegając przy tym zalet przestawania z małym, niekomunikatywnym człowieczkiem. "mamo, zabierz ją!", "tato, ale zrób tak, żeby Zuzia tu nie przychodziła" słyszeliśmy dość często. Z jednej strony więc temperowaliśmy Zuzanki temperament, z drugiej tłumaczyliśmy Oli, że jeszcze nie może od Zuzy za dużo oczekiwać, a z trzeciej sławiliśmy zalety bycia starszakiem (Ola zupełnie tego nie łykała - wyrażała chęć bycia wożoną w wózku i karmioną łyżeczką), a z czwartej kombinowaliśmy jakieś wspólne zabawy. 
A tu gdzieś mimochodem dziewczyny podrosły, Zu już dużo rozumie, trochę się komunikuje, a i Ola przywykła. I tak coraz częściej dziewczyny coś razem kombinują. Ola usiłuje np. nauczyć Zuzę zasad berka, Zu wprawdzie nie łapie, ale samo ganianie z siostrą bardzo ją bawi, perlisty śmiech Zulki udziela się Oli i zabierają się za kolejną zabawę. Rodzice obserwują to z radością wymieszaną z ulgą, gdyż poskramianie Zuzy, dopieszczanie Oli, zabawianie odtrąconej Zuzy, przypominanie o wszystkim Oli po wielokroć już nas nieco zmęczyło.
Bardzo obiecująco wyglądały zabawy Olci z Wojtusiem w czasie ostatniego weekendu w Polanicy. Wojtuś, liczący obecnie lat 2 i pół (widziany przez Olę dokładnie rok temu - na poprzednim rodzinnym zjeździe) objawił się teraz jako towarzysz energiczny i wymowny; Ola wymyślała zabawy, Wojtuś włączał się bez wahania, byli niezmordowani. 


Może więc i z Zuzą za rok... A tymczasem zdjęcia z dziś: byłyśmy z Olą w kinie na filmie o wróżkach, Ola wyciągnęła podręczne akcesoria wróżkowe i czarowała siostrę.

A tymczasem u Zuzki coś jakby początki buntu dwulatka - chce np. sama zakładać buty, bluzę, nie wychodzi jej to, irytuje się, ale nie daje sobie pomóc;  na razie wystarcza jednak kilka sekund, odwrócenie uwagi, a spokojnie siada, wyciąga rączki, nastawia nóżki.
Jednocześnie często chce naśladować Olę, również w tym, co zjada. Jest problem, kiedy Zuzanna, nie mogąca się jeszcze pochwalić imponującym uzębieniem (u dołu: jedynki i czwórki, u góry: jedynki, dwójki i czwórki)m dostaje coś innego do jedzenia, niż Ola. Co ciekawe - zupełnie nieważne jest co mają na talerzach rodzice; Zuza wyciąga widelec/łyżeczkę tylko w stronę olkowego talerza, domagając się spróbowania siostrzanego "am". Ola nie widzi większego problemu w dzieleniu się posiłkiem (no - chyba, że to ogórek kiszony: wczoraj okazało się, że to nowa ulubiona surówka dziewczyn - marchewka z jabłkiem zdetronizowana!). Olcia świetnie poradziła, kiedy Zuzka domagała się podzielenia deserem, choć miała przed sobą dokładnie to samo co siostra; Ola po prostu przełożyła część truskawek ze swojej miseczki do zuzkowej, zamieszała i zachęciła małą. Zadziałało bez pudła.

zachowaj czystą umywalkę...

I jeszcze zdjęcia z weekendu pod parą w Jaworzynie:


I Zuza na placu zabaw przed restauracją:



I Ola tekwondzistka:


I pożegnanie z sezonem poziomkowym:


I najlepszy tekst olkowy z ostatnich dni, który padł, kiedy wracałyśmy z przedszkola, a córka opowiadała o skomplikowanej zabawie, jaką wymyślili i uskuteczniali. Jako że nie zareagowałam widocznie z dostatecznym podziwem, dziecko zadało pytanie uściślające:
- i co mamo, jesteś po wrażeniem?
No ba!

środa, 26 września 2012

wrzesień


Początek miesiąca nie był łatwy - prosto z wakacji i rocznicowego weekendu wpadliśmy w kryzys nianiowy: na widok (umówionej jeszcze w maju) pani niani Zuza codziennie wpadała w spazmy, a że podejście pani nie było takie jak oczekiwaliśmy, z ciężkim sercem pożegnaliśmy się (no, już wiemy, że niełatwo być pracodawcą - zwolnienie kogoś, nawet po 2 tygodniach, to kolosalny stres i ogólnie trudne przeżycie). Przedłużyłam urlop wychowawczy i zaczęliśmy intensywne poszukiwania. Po maratonie (kilkanaście spotkań w kilka dni) dokonaliśmy wyboru, myślę że dobrego.

Do stresu domowego doszedł jednocześnie stres całorodzinny: choroba małego Tymka, który wciąż leży w szpitalu; gronkowiec, sepsa, anemia; trzymanie kciuków to było wszystko, co mogliśmy robić. Teraz jest trochę lepiej, ale jeszcze trochę czasu upłynie do wyczekiwanych przez Olę zabaw z kuzynami. Będzie niezła ekipa, niech tylko chłopaki trochę podrosną.


Zuza przeżywała nianię po swojemu - stała się obłędną przylepą i mamusicóreczką. Najbardziej rzuciło mi się to w oczy, kiedy kilka dni po przyjściu niani pojechałyśmy do Ewy do Żórawiny: Zu, która w czasie kilku ostatnich pobytów niestrudzenie eksplorowała cały parter i przypuszczała ataki na zastawione krzesłami schody, tym razem przez półtorej godziny nie schodziła mi z kolan.
Nie wszystko może iść jak po maśle.
A poza tym córeczki mają się doskonale: Ola zaaklimatyzowała się w szkole, Zulka co jakiś czas łapie nowe słowo albo inną sprawność. Choć zanotować trzeba, że Ola też dodaje nowe wyrazy do swego wokabularza, po czym przez kilka dni intensywnie użytkuje nowości w celu ich oswojenia, a robi to z przejęciem i emfazą:
- ...biegłam bardzo szybko i się  g w a ł t o w n i e  zatrzymałam...
- popatrz, tam rośnie  g i g a n t y c z n a  kukurydza!
(jak widać wrzesień sponsoruje literka G)
Co i rusz Olci wychodzą niezłe teksty z użyciem starych słów, np. wczoraj otwierając okno (chciała wywietrzyć zapach po smażeniu - ulubionej skądinąd - rybki), rzekła: "jak ładnie pachnie światem".

Ponieważ nie wykluczamy na razie, że Ola pójdzie do szkoły jako 6-latek, co jakiś czas próbuję z Olcią czytania i pisania, na razie córki to nie wciąga (a ja nie chcę cisnąć, co by nie zrazić), choć robi sobie sama oryginalne ćwiczenia, np. ostatnio przepisywała literki z klawiatury, pakowała w koperty i dostawaliśmy z Maćkiem długie epistoły, zaczynające się od qwertyui... Coś w tym stylu Ola napisała dla cioci Agi jako gratulacje po narodzinach bliźniaków - wyglądało to jak tajemny szyfr.

Po kilku dniach przyzwyczajania do szkoły Ola polubiła nowe miejsce - już nie prosi, żebym przyszła "zaraz po podwieczorku", a ostatnio - kiedy nadeszłam w środku zabawy z Lenką - zaproponowała życzliwie: "to ty idź zrobić zakupy do delikatesów i potem po mnie przyjdź, możesz zostawić Zuzkę". Do delikatesów poszłam, Zuzki nie zostawiłam (przedszkolaki gotowe zagłaskać malucha). 
Ola jest już oczywiście starym wyjadaczem przedszkolnym, ale też trafiła na dobrą nauczycielkę. Pani Marta to jakby młodsza wersja pani Ani - empatyczna, energiczna i pochodząca indywidualnie do swoich małych podopiecznych

A propos nowych sprawności Zuzy - sposób pojawiania się tychże przyprawia rodziców o spazmy. Bo np. sprząta sobie mama spokojnie po obiedzie, co jakiś czas zerkając na córeczkę bawiącą się w piaskownicy, aż w pewnym momencie widzi tą córeczkę na czwartym szczeblu drabiny. 
Albo robi mama zdjęcie Oli, dokumentując nieoczywisty sposób korzystania przez Olę z huśtawki (wisząc na belce przewrócić stopami huśtawkę Zu do góry nogami i bujać się, siedząc okrakiem), a tu nagle widzi przez obiektyw mistrzynię drugiego planu wysoko na drabince:






Zuza bardzo polubiła jazdę na rowerze; w domu wkłada sobie kask, przybiega, żeby jej zapiąć pod szyjką i paraduje tak długie chwile, a kiedy widzi otwarty garaż, podchodzi do roweru z fotelikiem i klaruje coś po swojemu - z intonacji i nasilenia ponagleń wnioskuję, że należy umościć dziecko w foteliku i ruszyć przed siebie, co i robimy. 

Ola zaliczyła chrzest rowerzysty: kiedy wracaliśmy z wycieczki do Siechnic* widowiskowo przewróciła się do sporej kałuży, ale dała się wkręcić, że właśnie od takiej przygody jest prawdziwym rowerzystą, więc pogodnie przyjęła przemoczone ubranie i utwierdzona w nowej umiejętności jeździ pewnie i bardzo chętnie.





Ola jest po dwóch treningach taekwondo, jest zachwycona, zapewnia, że będzie chodziła i sugeruje, że moglibyśmy jej kupić taki strój, jak mają pozostali zawodnicy.

A Zuzanka mówi trochę więcej: kilka razy zdarzyło jej się powiedzieć lampa, molot (samolot), oć (chodź).
Inna rzecz, coś z tymi lampami jest, bo pierwszą rzeczą, jaką nauczyła się pokazywać Ola, była właśnie lampa.
Natomiast wciąż nieosiągalne dla Zu jest pokazywanie obrazków w książce - żywą kurę wskaże w sekundę, pieski i kotki wypatrzy na drugim krańcu ulicy, ale stuknięcie paluszkiem w odpowiednią ilustrację w książce zupełnie jej nie wychodzi. Choć samo oglądanie/czytanie książeczek lubi coraz bardziej. Murowanym punktem dnia jest wyciszanie Zuzanki po kąpieli z książeczkami. Po oglądnięciu jednej Zuzka zsuwa się z łóżka i maszeruje po następną... A potem ruszamy myć ząbki przed snem - córeczka bardzo to lubi i sprawia wrażenie, jakby chciała myć zęby przy każdym wejściu do łazienki (za każdym razem wyciąga ręce do szczoteczki i głośno perswaduje, jeżeli jej nie podamy). 
Zu próbuje trochę sama jeść i zabiera się do tego w szczególny sposób: każdy kęs ziemniaczka, kotlecika, ale i surówki studzi sobie, dmuchając starannie ze wszystkich stron

*Siechnice to zupełnie nieimponujący cel podróży, ale za to niedaleko i z niezłą ścieżką rowerową; jakoś ostatnio wybieramy nieodległe cele wypraw - w zeszłą niedzielę wybraliśmy się pociągiem obejrzeć nowy dworzec pkp Wrocław Główny. Rodzice konstatowali pozytywne zmiany, Oli i Zu najbardziej podobała się fontanna przed wejściem, gdzie szalały oswobodzone z butów, skarpetek oraz spódniczek.

niedziela, 2 września 2012

10


W zeszły piątek minęło 10 lat od pewnej słonecznej soboty, kiedy związaliśmy się nierozerwalnym węzłem; węzeł i związani trzymają się dobrze i mają nadzieję konstatować to co roku jeszcze przez długie dziesięciolecia.

nasz dorobek
Rocznica okrągła obchodzona była zupełnie bez przytupu, aczkolwiek pamiętnie: po raz pierwszy Ola dała się skusić na sushi (bez chrzanu oczywiście) i po raz pierwszy ruszyliśmy na rodzinną wycieczkę rowerową. Od czasu, kiedy Ola opanowała jazdę na "dwukołnym" rowerze jakoś nie udało nam się wybrać we czwórkę.



Za to w ten weekend zostawiliśmy córeczki pod opieką dziadków (Zu została w domu z babcią Anią, Ola pojechała do dziadków do Wrocławia) i ruszyliśmy we dwójkę w lasy milickie.Choć mieliśmy się leniwić za wszystkie czasy, strzeliliśmy sobie wycieczkę z Wróblińca do Milicza przez stawy i z powrotem - 50 km na rowerze! Miałam wczoraj historyczne zakwasy.


Milicz


Końcem sierpnia świętowaliśmy też skokowe powiększenie rodziny: 30 sierpnia urodzili się Filip i Tymek! Zdrowi i niezbyt do siebie podobni - przynajmniej z wyglądu, z resztą się okaże...

A jeszcze a propos rodziny - w połowie miesiąca Ola z Maćkiem pojechali pod Piłę na II zjazd rodziny Małeckich. Ja zostałam z Zuzą w domu ze wględu na sporą niechęć Zuzanny do pokonywania większych dystansów autem. Choć sformułowanie "w domu" nie jest zbyt precyzyjne - razem z Blanką i Marcinem, którzy przez Wrocław jechali do Polanicy, dołączyliśmy do Beaty i Jarka, weekendujących w Złotowie. Zuzka, która przespała całą drogę, ciekawie odnajdywała się w nowym miejscu: biegała po pokojach, bezskutecznie nawołując "Ola, Ola!", dopiero po ustaleniu, że Oli całkiem nie ma, zajęła się obecnymi.

typowe korzystanie ze zjeżdżalni

Na zjeździe Ola bawiła się wyśmienicie ("mamo, tańczyłam do północy, jak Kopciuszek!"), szalała na parkiecie, nawiązywała znajomości, dokładnie zwiedziła miejsce noclegu, itp. A później wszystko mi opowiadała i to bardzo dokładnie (później relacjonujący Maciek nie dorzucił wielu nowych faktów).
Dobrze widzieć, że Oli nie deprymują nowe osoby, nie jest może przesadnie śmiała, ale nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktu. A tańce i (dokładnie opisane) eleganckie kreacje pań były mocnym punktem wspomnień ("mamo, żałuj, że nie byłaś na zjeździe").




Tymczasem słownik Zuzanny skokowo się zwiększył. Spisuję z pamięci:
rodzinnie: tato (to ja mama!), tatuś (to tatuś) i Ola (wiadomo)
zwierzęco: hau (pies), miau (kot)
towarzysko: ej (hej - wychyla się z wózka i zagaja rozmowę, uśmiechając się szelmowsko), pa pa, cześć
zabawowo: opa (hopa - skakać itp), babu (babka i wszelkie zabawy w piasku),
inne: nie, tak, tu (tutaj), alo (telefon), ma (co znaczy nie ma, towarzyszy temu rozłożenie rączek), jeśt (jest), dać (daj - echo pytań "dać ci, dać?"), bam (jak się przewróci)
Miło posłuchać.


Zuza co jakiś czas wyskakuje z klepaniem nas łapką i patrzeniu jaka będzie reakcja. Niestety sama nakręciłam tą sytuację, reagując podręcznikowo: poważne spojrzenie, przytrzymanie ręki i wyraz dezaprobaty. Zuzanka odczytała to zupełnie inaczej - jako rodzaj zabawy z ustaloną kolejnością zdarzeń; teraz klepnie mnie w rękę i mówi: "ała!", po czym kiwa paluszkiem i dodaje: "nu, nu nu!". Podobnie zachowuje się, kiedy wychlapuje wodę poza wannę: wychyla się lekko, żeby ocenić wielkość kałuży na podłodze, po czym patrzy porozumiewawczo, uśmiecha się rozbrajająco i poważnie stwierdza "nu, nu, nu!".
I to by było tyle o wychowaniu córeczki. 

wtorek, 7 sierpnia 2012

powrót kibica i trochę gadania



W sobotę Ola wróciła pełna wrażeń po dwutygodniowych wakacjach z dziadkami. Jak rok i dwa lata temu byli w Pogorzelicy, ale w tym roku po raz pierwszy przez dwa tygodnie. Niby niedługo, ale kiedy Olcia wysiadła z auta miałam wrażenie, że jakoś zmieniła się, wyrosła...
Przywitanie było entuzjastyczne, potem Ola obiegła ogródek i dom. Byliśmy ciekawi reakcji na przemeblowanie w jej pokoju i nie zawiedliśmy się. Już wchodząc po schodach córka zobaczyła zmianę, szepnęła "ojoj", a po wejściu do pokoju, krzyknęła "dziękuję mamusiu, dziękuje tatusiu" i ruszyła w tany. Szkoda, że obecne ustawienie mebli uznajemy za optymalne, bo coś takiego moglibyśmy oglądać częściej.
Nad pokojem Zuzy musimy jeszcze popracować, ale mała już na swój sposób cieszy się z nowych mebli, np. wchodząc do szafki z zabawkami.
Jako że domykamy urządzanie domu, co i raz coś przybywa; Zuza zauważa nowości i nawet stara się zwrócić naszą uwagę na rzeczy które się nagle pojawiły - z reguły nie jest świadkiem przywieszania, montowania - wolimy to robić, kiedy malutka śpi, bo za bardzo interesują ją śrubki i wyższe stopnie drabiny. Kiedy zobaczyła nową półkę, przypatrywała jej się długo i gadała po swojemu, póki i ja tam nie spojrzałam, naklejki na meblach Oli przyjęła inaczej - podeszła po kolei do każdej z nich i każdą poklepała. 

A teraz Ola ogląda z Maćkiem olimpiadę, dopytuje się przy każdej konkurencji, czy startują w niej Polacy, jeżeli nie - pyta dlaczego. Nauczyła się (albo dziadkowie nauczyli) rozróżniać brytyjską flagę i jak zobaczyła zawodnika gospodarzy, stwierdziła: "królowa bardzo by się ucieszyła, jakby wygrał". Pewnie tak.
Zrobiła się z niej kibicka - wie z jakich dyscyplin mamy medale i wykłóca się, żeby pozwolić jej oglądać kolejną konkurencję (a tu coraz później).
Podobnie było przy Euro: na wyraźne życzenie córeczki nabyłam biało-czerwoną chorągiewkę, na mecz z Czechami wymalowałam jej policzki w barwy narodowe. Później Ola miała lekki problem komu kibicować, ale wybrała najlepsze rozwiązanie - kibicowała zwycięzcom. Dziecięcy kompletny brak lojalności najlepiej ujawnił się w czasie meczu finałowego: najpierw razem z Maćkiem trzymała kciuki za Włochy, ale już po pierwszej bramce przeszła na moją stronę i kibicowała Hiszpanii. A na koniec szczerze cieszyła się z wygranej swojego faworyta. 
My nie jesteśmy zaciekłymi kibicami (właściwie to żadni z nas kibice), skąd ona to ma? Potrzeba uczestniczenia w czymś, o czym się tyle mówi (również w przedszkolu - to stamtąd Ola przyniosła pełną znajomość piosenki "koko koko euro spoko"), autentyczne zainteresowanie, przelotna pasja?

A Zuzce oczywiście obojętne, co tam leci w telewizji, ale lubi dorwać pilota i włączyć pudło. 
Poza tym mała córeczka uprawia obecnie zupełnie nieolimpijskie sporty. Z wchodzenia po schodach na czworaka miałaby już medal w swojej kategorii wiekowej, więc próbuje schodzenia, ale przed nią jeszcze wiele treningów. Mistrzostwo osiągnęła we wchodzeniu na zjeżdżalnię od dołu do samej góry (podeścik wieży na wysokości 1,5 m), choć udaje jej się to wyłącznie na bosaka. Chcąc np. spokojnie powiesić pranie w ogrodzie, zakładam małej buciki, co spotyka się ze zrozumiałym brakiem entuzjazmu (ślizga się). 
W ogóle moje wyobrażenie o zamontowanym 3 tygodnie temu placu zabaw było zupełnie nierealne - w moich oderwanych rojeniach dzieci sielsko bawiły się na tymże sprzęcie, a ja zajmowałam się ogrodem, zerkając na nie od czasu do czasu. Tymczasem Zuza na swoją bezpieczną huśtawkę reaguje tylko zniecierpliwieniem, zwykła huśtawka zajmuje ją na chwilę (tyle, ile obserwacja "co się stanie, jak w to pacnę"), piaskownica jest w stanie zająć małą na dłużej, ale nie zawsze; tym, co Zuzankę kręci najbardziej jest wzmiankowana zjeżdżalnia oraz drabinka na wieżę i na żadną z tych atrakcji nie mogę puścić Zuzy samej. Chwasty mają się więc bardzo dobrze.


Inna rzecz, że sprawność Zuzy nas rozbraja. Podobnie, jak fakt, że już coraz więcej rozumie i powtarza niektóre słowa po swojemu. Zuza umie różne sztuczki (gdzie masz nosek, uszko, brzuszek, nogę, podnieś rączki do góry, zrób pa pa, zrób halo), ale w ciągu ostatniego miesiąca skoczyło rozumienie: kiedy mówię "ubieramy buty", Zuza przybiega, siada i wyciąga nóżki do przodu, jak słyszy słowo "samolot" zadziera główkę do góry i patrzy w niebo. A kiedy usłyszała, jak mówię "kosi", zaraz złożyła rączki do kosi-kosi-łapci (a to było tak: Ola zapytała, gdzie jest tato, ja jej odkrzyknęłam "kosi trawę").
Córeczka nie ma szczególnego upodobania do oglądania książeczek z obrazkami, ale czasem siadamy i jej opowiadam, co tam na rysunku; śmiesznie było, kiedy pokazałam kocura i powiedziałam "to jest kotek" - na słowo "kotek" Zuza od razu popatrzyła w stronę miejsca na tarasie (wówczas akurat pustego), gdzie uwielbia się wylegiwać nasza Kocurka, zwierzę na obrazku jej nie interesowało.



Kilka razy udało jej się wyartykułować całe "cześć", a osiągnięciem ostatniego weekendu jest reagowanie na wszystkie psy entuzjastycznym "au" (skrót od hau). Na koty też woła "au", bo nie wymawia "m" i w związku z tym - ku mojej wielkiej boleści - nie mówi "mama". W sumie po co ma mówić, skoro mama ciągle jest? Ciekawam, czy mój powrót do pracy zmieni ten stan rzeczy?


Poza tym Zuza ma silną fazę naśladowania - przykładanie telefonu, czesanie się to sztuczka sprzed paru tygodni, ostatnio towarzyszyła mi przy malowaniu paznokci - wzięła wacik i z zaaferowaną minką zaczęła sobie jeździć po pazurkach i zmywać lakier, którego nigdy tam nie było (ale na fali fascynacji tym, co ja robiłam udało mi się bez protestu skrócić wszystkie małe pazurki); malutka potrząsa butelką z mlekiem, bo ja tak robię (co by rozpuścić mieszankę, ona już nie musi), itd. itp.




Zuzanna, choć taka mała, ma już swoje przyzwyczajenia - drzwi na dole muszą być domknięte (jak tylko widzi, że nie są, drepcze i dopycha, aż będzie jak ona chce), podobnie klapa zmywarki.
Może będzie porządnicka, a chwilami jest nie do opanowania, np. nauczyła się błyskawicznie ściągać pieluchę, więc ubieranie jej przypomina teraz zawody w zakładaniu bodziaka/spodenek na czas (co by nie mogła sięgnąć do rzepów).

Zu polubiła zapalanie światła - do wyłącznika sięga z przebieralnika i w łazience, gdzie stoi stołeczek do umywalki: przyciąga go do ściany, wchodzi i robi pstryk.


 Pod nieobecność Oli pojechaliśmy do Polanicy na imieniny babci Ani, weszliśmy na Igliczną, trochę pobłądziliśmy schodząc (ale w pięknych okolicznościach przyrody).



Ola była dziś 3 godziny w przedszkolu (ja poszłam z Zu na szczepienie, ciekawa rzecz - mała nawet nie pisnęła, o płaczu czy krzyku nie mówiąc) i uskuteczniła z Grzesiem i Asią intrygujące zajęcie terenowe: zoo dżdżownicowe. Kiedy poprosiłam, żeby opowiedziała mi o tym coś więcej, zaczęła: "znaleźliśmy 6 dżdżownic i wyznaczyliśmy taki obszar...". Wyznaczyli obszar - ładnie się dziecko wysławia (a potem ogrodzili patyczkami, nasypali trawy, wpuścili dżdżownice i polali wodą z konewki).
Ola na zmianę zaskakuje nas jakimiś dziwolągami językowymi i całkiem dorosłymi tekstami: "szczerze powiedziawszy" zaczęła jakąś odpowiedź, a podjadając masę do ciasta oceniła: "niezłe".

Niezłe są te córki, szerze powiedziawszy.

czwartek, 19 lipca 2012

Orawa


Jak Ola usłyszała, że jedziemy w Beskidy, zaraz zaczęła się dopytywać, co to jest ta kida i czemu te góry są bez kidy. Trzeba było do razu mówić, że jedziemy na Orawę. Ale że jakoś nie szło mi zabieranie się do przewodników, w temacie "Orawa" byłam zielona, Beskidy wydawały mi się bezpieczniejsze.
Teraz o Orawie wiem nieco więcej, ale i tak wydaje mi się czasami krainą z innego świata. I rzecz nie tylko w tym, że historia zasiedziałych tam pokoleń sięga dalej niż '45 r. (mieszkaliśmy u gospodarzy, których nazwisko przewijało się w przewodnikach - ich praprzodkowie plątali się po historii Zubrzycy już w XVIII w.). Uderzyła nas wszechobecna gwara i piękna umiejętność tamtejszych - przełączanie się w sekundę z rozmowy w gwarze ze swojakami na zwykłą polszczyznę - z nami. Oli udzieliło się nasza fascynacja; postanowiła się zapoznać z nieznanym i co jakiś czas pytała nas (piękna jest wiara dziecka we wszechwiedzę rodziców): "jak jest ...(cośtam)... po góralsku?".
I obyczaje (niektóre) jakby trochę inne, np. ksiądz odwiedzający w pierwszy piątek wiekową teściową gospodyni, zagaił rozmowę w te słowa: "i jak wam tam babko jest?", a nasza przemiła gospodyni (skądinąd żona nauczyciela fizyki, posiadaczka konta w mbanku i adresu email) opowiadała całkiem serio, że jak się dziecko przestraszy, to najlepiej obciąć kosmyk, podpalić i okadzić malucha - jej wnuczkowi pomogło...
Folklor. A że pani miała jeszcze kaczki, gęsi, indyki, owieczki i byczka, to córeczka zobaczyła jak wygląda taka prawdziwa wieś - nie to co nasza. Zdarzały się jeszcze stare domy z charakterystycznymi ozdobami, stada owiec i krów, ale Olę najbardziej interesowało, co się dzieje w "naszym" gospodarstwie.



Olę najbardziej kusił strumyk, w którym brodziła niczym czapla, z kolegą Adasiem, albo bez; Zuzi do pełni szczęścia wystarczała furteczka między ogrodami - Zu potrafiła nieskończoną ilość razy otworzyć, przejść, zamknąć, otworzyć, przejść, zamknąć, otworzyć...



Ale choć było tam miło, huśtawka huśtała, plac zabaw kusił, strumyk szemrał pod świerkami, to niemal codziennie ruszaliśmy gdzieś przed siebie.

popas w przyzamkowym parku

Na pierwszy ogień poszła Sucha Beskidzka z zamkiem noszącym szumny przydomek "małego Wawelu"; nie udało się nam sprawdzić prawdziwości tego epitetu, bo instalowała się tam właśnie ekipa telewizyjna i dostępnych było raptem 5 sal, w tym 2 zajęte na ekspozycję narzędzi tortur, czego woleliśmy Oli nie pokazywać. Szybko zrobiliśmy rachunek sumienia - czy nie unikamy w rozmowach z córą trudnych tematów; doszliśmy do wniosku, że nie unikamy i że nie musimy w ramach przedstawiania nieupiększonego obrazu świata pokazywać jej madejowego łoża.



Na drugi ogień poszła trasa z Krowiarek do schroniska Na Markowych Szczawinach. Jeżeli dobrze odczytaliśmy z mapy - jakieś 11 km w obie strony, ale ciągle w lesie i przy niewielkiej stromiźnie. Ola zdecydowaną większość trasy pokonała na nogach i ogólnie była bardzo dzielną turystką.



Na wyobraźnię i zapał Oli podziałało, że mieliśmy konkretny cel - prawdziwe górskie schronisko. Pogoda dopisywała, Zuza podrzemywała w nosidle, ptaki śpiewały, liście się soczyście zieleniły, a myśmy kontemplowali fantazję osób nadających nazwy mijanym obiektom:



Był jeszcze Szumiący Potok (albo Szumiący Strumyk)...
W schronisku zjedliśmy posiłek godny prawdziwych turystów i po tej samej trasie powędrowaliśmy w dół, robiąc postoje przy każdym niemal strumyczku przecinającym szlak (Ola nie wytrzymywała, jak nie zamoczyła przynajmniej rąk). To był świetny dzień, a wytrzymałość Oli i cierpliwość Zuzy wielce nas ucieszyły; śmielej zaczęliśmy snuć plany wyjazdów w niewysokie góry.



Zuza w nosidełku wzbudzała spore zainteresowanie, a kiedy na innej wyprawie szliśmy przez Zawoję jedna pani była gotowa biec do domu po poduszkę, "bo maluch nie ma gdzie głowy oprzeć". Serdeczność pani nas wzruszyła, ale nie skorzystaliśmy.


 Na trzeci ogień poszedł skansen w Zubrzycy - duży i wciągający; ja lubię takie i myślę, że i dla Oli (dla Zuzy kiedyś też) to jedna z lepszych rzeczy do zwiedzania: autentyczne, ciekawe i można pobiegać.



Nas też ruszyło - wszystkie eksponaty to prawdziwe budynki z całej Orawy - uświadomiliśmy sobie, że 60-70 lat temu zdarzały się kurne chaty bez kominów, z miejscem dla zwierząt w "czarnej izbie", klepisko, tak mało sprzętów i rzeczy, ciasno i skromnie, a przy tym zmyślnie i ładnie; żeby mieć olej, trzeba było mozolić się w olejarni, w foluszarni wykańczano grube płótno. Nie wiem, ile razy powtórzyliśmy Olci "zobacz, kiedyś było tak, a teraz jest łatwiej..."

W drodze do zamku w Niedzicy mieliśmy niespodziewany postój:


Zamek ciekawy, acz niewielki, malowniczy i bardzo zamkowy - dziedzińce i przejścia, wieże, okienka strzelnicze, lochy, sypialnia z baldachimem i zbroje.

 

Ale największą frajdę Oli sprawił godzinny rejs po Jeziorze Czortyńskim, w czasie którego Ola spokojnie podziwiała pienińskie panoramy, a rodzice na przemian biegali po wszystkich schodach za Zuzką, która żadną miarą nie dawała się przekonać do bardziej konwencjonalnego sposobu korzystania ze statku.


W skansenie kolejowym w Chabówce zaoszczędziliśmy na przewodniku - Maciek na zawołanie objaśniał dowolne urządzenie (wraz z rysem historycznym) i to jeszcze tak, żeby mały oglądacz zrozumiał i się wciągnął.Ola oglądała, zadawała przytomne pytania, biegała między lokomotywami, wagonami, pługami wirnikowymi, wózkami na węgiel itp. z zapałem, o który bym jej nie podejrzewała, w czasie pikniku na trawie zrobiła przerwę na zbieranie kwiatków do wianka i dalej wspinała się na parowozy.




Potem jeszcze Rabka i świetny plac zabaw w parku, Ola raz po raz wdrapywała się na mini ściankę wspinaczkową i sznurową pajęczynę, odbijając sobie trochę rozczarowanie naszym katarzyńskim placem zbaw, który po całkowitej przemianie (wymiana wszystkich sprzętów) - zdaniem Oli - "nadaje się tylko dla maluchów".

Obiecaliśmy córeczce, że pojedziemy na basen ze zjeżdżalniami, ale wcześniej jeszcze pociągnęliśmy na wycieczkę po górach. Zrobiliśmy małą pętlę wokół Czatoży; Olcia była rozczarowana brakiem wyraźnego celu wyprawy, chodzenie w kółko po górach do niej jeszcze nie do niej nie przemawia (tzn. doceniała i kwiecie na łące i świerszczy cykanie i ptasie trele, ale żądna była punktu kulminacyjnego).

 

Atrakcją Zawoi Czatoży jest tzw. dzwonnica loretańska - zabytek o tak znikomej widowiskowości, że gdyby nie solidna tablica informacyjna, trzy razy byśmy minęli i większej uwagi nie zwrócili. Po czasie pogratulowaliśmy sobie, żeśmy tejże budowli nie wskazali dziecku, jako celu naszego wędrowania.

Z basenu w Bukowinie Tatrzańskiej zdjęć nie mamy, a trochę szkoda, bo to pierwsze doświadczenie Zulki w takim miejscu. Ola to stara wyjadaczka basenowa (jakkolwiek dziwnie to brzmi) pokazywała, jak świetnie nurkuje i pływa na plecach i x razy zjechała ze zjeżdżalni - długiej pokręconej rury, całkiem ciemnej, w której raz na kilka sekund zapalało się kolorowe światełko. Zjeżdżając pierwszy raz spodziewałam się, że córeczka zlękniona ciemnością chwyci się mnie mocniej, czy coś zawoła niepewna, a Ola kiedy tylko po chwili ciemności rozbłysło kolorowe światełko, krzyknęła "hurra" i lekko przyspieszyła.
Okrzepła; wydaje mi się, że jeszcze rok temu zjazd w ciemności nie wywołałby ani krzyny entuzjazmu.

Podsumowując: wakacje udane.



Jeszcze zdjęcia z czerwcowych domowych pieleszy:



Nasza już całkiem zadomowiona, czy może zaogródkowana kocurka, która w czasie naszych wakacji nad morzem powiła 2 kocięta w naszym ogrodzie. Niestety kocią rodzinę dane nam było z bliska oglądać tylko jeden wieczór, bo z nadgorliwości zaniosłam im stary ręcznik jako kocyk dla maleństw, co ewidentnie oburzyło kotkę, bo zabrała maluchy (pyszczkiem trzymając za kark) i wyniosła się do pani Gieni. Ola była niepocieszona.

Jeszcze przed wyjazdem zakończenie roku w przedszkolu, na którym maluchy zaprezentowały wszystkie tańce, których uczyli w tym roku (nie wiedziałam, że Ola tańczy passo doble), potem dyplomy i piknik w przedszkolnym ogrodzie. W przyszłym roku wszystkie dzieci trafią do oddziału przedszkolnego w szkole, więc tegoroczne zakończenie było prawdziwym pożegnaniem z przedszkolem.
Było dobrze, choć nie idealnie - zdarzały się sytuacje, które nas osłabiały, ale najważniejsze było, że Ola autentycznie lubiła chodzić do przedszkola, choć trzeba było rano zrywać się z łóżka, a relacje w grupie rówieśniczej nie zawsze układały się sielankowo. Za to początek uspołeczniania się w większej gromadzie mamy odhaczony. Jasnym punktem była pani Ania - energiczna i uważna, kumpelska, ale wymagająca, no i traktująca swoje przedszkolaki jako zbiór indywidualnych osóbek, nie jako jednorodną zbiorowość. Od niej dużo dowiadywaliśmy się o olkowych przedszkolnych przeżyciach (inne panie były mistrzyniami w mówieniu "dziś wszystko było w porządku" i koniec kropka).



I jeszcze Zuzanki kroczki:



Mała panienka ma już rok i miesiąc, chodzi coraz śmielej i coraz więcej rozumie. Nawet kilka słów posiadła. Niestety, słowo "mama" jeszcze nie przeszło jeszcze przez małe usteczka - oboje rodzice to po prostu "tata". Natomiast bez większego problemu opanowała imię siostry (z tym, że w zuzkowym wydaniu brzmi to "ala"). Słodkie jest "cze" wygłaszane, kiedy się witamy z Zulką i mówimy cześć; Zuza podaje rączkę i produkuje się werbalnie. I jeszcze ładnie macha rączką na pożegnanie, czasami dodając "pa, pa". I umie podnieść ręce do góry, jak się ją o to poprosi. Ale kiedy ładnie proszę, żeby pokazała nosek, uparcie dotyka swoich ust.
Wie, co to skarpetki, butki... i - co symptomatyczne - telefon (któregoś dnia poprosiłam, żeby przyniosła mi telefon, podeszła do kanapy, chwyciła aparat i mi go dotransportowała); czasem bierze telefon, przykłada sobie do ucha, zdarza się, że powie "alo".