poniedziałek, 26 grudnia 2011

i po świętach

Minęły nam pierwsze święta w nowym składzie, pierwsze święta Zuzi, pierwsze święta w gipsie i pierwsze święta Oli bez okruszynki śniegu. Na pocieszenie wmawialiśmy Oli, że zima czeka, aż Ola będzie miała ściągnięty gips, ale zupełnie nie chwyciło. Bo dla Olci gips w sumie nie jest dużym problemem - ot, potrzebuje pomocy przy ubieraniu i chyba tyle. Chwilami oczywiście próbuje uzyskać coś ekstra, albo czegoś nie robić "bo gips". Zresztą córeczka od razu zdała sobie sprawę z potencjalnych korzyści nowego stanu - kiedy wracali ze szpitala ze świeżo nałożonym gipsem, zwierzyła się Maćkowi: "teraz nie będę musiała robić ćwiczeń na nóżki!" (Ola ma płaskostopie i dręczymy ją różnymi rowerkami, chodzeniem na palcach, itd. itp., licząc jedynie na zrozumienie przez córkę w przyszłości, bo teraz spotykamy się najczęściej z unikami typu: już zaraz będę ćwiczyć, ale jeszcze muszę zrobić tysiąc pięćset innych rzeczy i to pilnie).
Tymczasem mała nie straciła na ruchliwości i musimy ją chwilami mitygować.
Ola zresztą dobrze sobie radzi: rysuje, maluje, układa klocki i z reguły nie potrzebuje pomocy, co zresztą wyraziła dobitnie Maćkowi, który chciał ją wyciągnąć z fotelika w aucie. Otóż Oleńka rzekła: "chłopie, poradzę sobie!", przy czym przypuszczamy, że początek wypowiedzi zainspirowany został tekstami ze Scooby-doo.

Zasadniczo mobilność Oli nie zmieniła się, mobilność Zuzi w sumie także nie, choć malutka posiadła ostatnio umiejętność podnoszenia brzuszka i opierania się o kolana. Na razie ćwiczy nowo nabytą sprawność bujając się na kolankach i wyprostowanych rączkach w przód i w tył, a my przypuszczamy, że powolne pełzanie niedługo odejdzie w przeszłość.
Na czas wigilii unieruchomiliśmy Zulkę w foteliku; mała, uważnie obserwując, przeleżała w nim bez protestu całą kolację, przetrawiając smak opłatka i nie dając się skusić na takie specjały, jak skórka od chałki. Na karpia w szarym sosie jeszcze przyjdzie czas...

Rozłożyły nas życzenia Oli, która z nieśmiałym uśmiechem każdemu życzyła co innego; nie słyszałam, co Olcia szeptała babci i kuzynom, Jarkowi życzyła, żeby chłopaki się nie sprzeczały, tacie, żeby kochał wszystkich kolegów i koleżanki w pracy, a mi Oleńka życzyła, żebym urodziła trzecią córeczkę.
Przypadek, czy małe uszka wyłowiły z gwarnych rodzinnych rozmów, że Jarka trapi, że chłopakom zdarza się nie dogadywać, Maciek czasem ma ochotę zrugać współpracowników, a mi plątała się (czas przeszły jak najbardziej uzasadniony) po głowie myśl o kolejnym dziecku?

Pierwszy dzień świąt upłynął na cieszeniu się prezentami

i na spacerze w jesiennym parku:


Dziś przyjechaliśmy do Wrocławia, pobyć z dziadkami, wujami i ciocią (na dziewczynki i tu czekał aniołek z prezentami). Wieczorem Maciek wybył na spotkanie z kolegami, a Ola, która od złamania sypia na dużym łóżku w gabinecie (obawialiśmy się, że ze swojego nie za szerokiego łóżka mogłaby spaść) po raz pierwszy od tygodnia zawitała w porze usypiania do sypialni, gdzie miała pogrążać się we śnie pospołu z Zuzią. Zasypianie mocno odsunęło się w czasie, bo dziewczyny, które wyspały się w samochodzie, bardzo entuzjastycznie zareagowały na swoją wspólną w rodzicielskim łóżku obecność. Zuza zanosiła się głośnym śmiechem na widok moszczącej się zagipsowanej Oli, Ola ochoczo porzuciła poszukiwania optymalnej pozycji na rzecz pogawędki z siostrą. I tak zaczęła się godzina pełzania i przewalania się po łóżku, ustawiania i zdobywania zasieków z poduszek i kołder, chowania się pod pościelą... Dochodziła 22, kiedy panny zasnęły.
Będą obie robić zadymy?

środa, 21 grudnia 2011

gips


W niedzielę Ola złamała obojczyk i ma zagipsowaną rączkę na 3 tygodnie. Dzień, który zaczął się sielsko - kupowaniem i ubieraniem choinki, skończył się sporym stresem.
Wedle tego, co udało nam się odtworzyć (wypytywanie Maćka Olcia ucięła: "tatusiu, to było bolesne(!), nie chcę o tym rozmawiać") Ola potknęła się w czasie zabawy z Sabinką i Dominikiem i upadła na wyprostowaną lewą rękę. Potem było dużo płaczu i mała z godzinę leżała na naszym łóżku, nie pozwalając się dotknąć. W końcu jakoś udało się namówić na wstanie z łoża boleści i wyprawę do doktora (tzn. na oddział chirurgii dziecięcej). Zdjęcie kostek nie pozostawiało wątpliwości i córeczkę zapakowano w całkiem spory twardy opakunek.
Przy czym kontakt z państwową służbą zdrowia okazał się tradycyjnie trudny na płaszczyźnie wymiany informacji między lekarzem a rodzicem. Pan doktor z wyraźnym zniecierpliwieniem odpowiadał na tak podstawowe pytania Maćka, jak to o czas noszenia gipsu.

gipsiak-zdobywca

Jak do tej pory Ola dobrze znosi swoje sztywne ubranko, zasypia bez problemu, śpi dobrze, humor jej dopisuje, apetyt takoż; inna rzecz, że w związku z nadzwyczajną sytuacją wszystkie - mieszczące się w granicach rozsądku - kulinarne zachcianki Olci są spełnianie.
A kochający tato zaraz w poniedziałek popędził do sklepu i w ramach pocieszenia podarował córeczce całkiem nową płytę ze Scooby-doo. Podparta poduchami Ola obejrzała 2 bajki, po czym wstała z legowiska przed telewizorem i stwierdziła: "te bajki postawiły mnie na nogi".
Ola już coraz lepiej przyswaja frazeologię języka ojczystego, co oczywiście bardzo cieszy ale i tak najbardziej bawią nas jej własne powiedzonka. Niestety, nie wyrobiliśmy sobie nawyku natychmiastowego zapisywania (przecież to takie świetne, że na pewno nie zapomnę) i ciągle nam umykają. Udało mi się zapamiętać cudny komentarz Oli do jej samopoczucia po długiej podróży z Szydłówka: "czuję się, jak rozmrożona truskawka"...



W poprzedni weekend Ola nocowała u dziadków, a w niedzielny poranek wybrali się do kina, ale już nie na poranek. Dziadkowie wspominali, że mała chwilami wydawała się znużona filmem, ale Ola zeznawała, że film o pingwinach ("Tupot na małych stóp") bardzo jej się podobał i nawet go nam dość dokładnie opowiedziała, co nie jest typowe dla Oli, która nie przepada za relacjonowaniem i ciężko od niej czasem wydobyć co robiła, jak była bez nas.
Niekinowa i domowa część niedzieli przebiegała obiadowo-relaksacyjnie:


Zuza nie wygląda na niemowlaczka, który dopiero co wyszedł z zapalenia oskrzeli, energia ją nie opuszcza, a kąpiel i założenie piżamki (z rękawiczkami przeciw ssaniu kciuka) niekoniecznie kojarzą się jej ze spokojem czy bezruchem.

Wygląda na to, że ilość czynności medycznych, której nie powstydziłaby się małe ambulatorium, nie zrobiła na Zulce większego wrażenia. A było tego niemało: antybiotyk, probiotyk, inhalacje, oklepywanie, witaminki, woda do noska, frida i tak w kółko. Niestety wymiernym skutkiem choroby jest lekki spadek wagi, więc dbamy o jego przyrost. Zuzanka nie ma na razie zbyt dużego apetytu, a już najmniejszym wzięciem cieszą się owoce (i te przecierane przez mamę i słoiczkowe, choć domowe lepiej się wypluwa, bo nie są tak gładko przetarte).


Ubytek wagi nie ujął Zulce słodyczy, uśmiecha się równie często i próbuje nieporadnych pocałunków, którymi uszczęśliwia też tego wesołegogo dzidziusia w lusterku.

W kąpieli dalej chlapie bez opamiętania - profilaktycznie wstawiamy wanienkę do wanny; dodatkowo robi zadymę na przebieralniku: spokojne czekanie na ubranie/przebranie jest pieśnią przeszłości, aktualnie utrzymujący się trend to jak najszybsze przekręcenie się na brzuszek i pełznięcie do pojemniczka z kosmetykami i finalne chwycenie oliwki czy innego linomagu. Zapobiegawcze wręczenie malutkiej jakiejś buteleczki już na początku tylko czasem zdaje egzamin - wydaje się, że Zulka jest przekonana, że tubką własnoręcznie zdobytą bawi się znacznie lepiej.

Układ między siostrami bez zmian - wciąż cierpliwie zabawiająca i edukująca Ola oraz wciąż zachwycona i rozradowana siostrą Zuza.
Ola wszczyna fajne rozmowy z siostrą. Ostatnio obserwowała, jak Zuzia unosi tułów i rozkłada rączki na boki (jedna z ulubionych pozycji malutkiej, wygląda wtedy, jak startujący samolot) i spytała: "dokąd się wybierasz? wiem, do Szwecji!" ???
A potem uczyła Zulkę przewrotów

Na Mikołaja Ola dostała aparat fotograficzny (Mikołaj kupił używany na allegro) i robi zdjęcia wszystkiemu, co się da - nie ma obiektu, który nie mógłby być sfotografowany. Swoje zdjęcie już mają zabawki, sztućce, zdjęcia małej Oli... Na razie Olcia daje upust nieskrępowanej wenie, na pogadanki o kadrowaniu itp. przyjdzie jeszcze czas.

Ola pokazuje świeże zdjęcie

Kilka pierwszych zdjęć:

Olkowa biedrona

zamek z wieżą, a wieża z trampoliną, basen w komplecie do trampoliny jest w planach pani budowniczej

A po południu w mikołajki wybrałyśmy się na imprezę dla dzieci w naszym domu kultury. Impreza może nie byłaby warta szczególnego odnotowania (choć występował na niej wyjątkowo miły, pogodny, cierpliwy i udanie przebrany Mikołaj), gdyby nie niezwykła śmiałość Oli. Córeczka najpierw obejrzała występ tańczących maluchów, potem jeden konkurs zakończony obdzieleniem cukierkami dzieci, które zgłosiły się na scenę. I może te cukierki wpłynęły na Olę, bo kiedy ogłoszono następny konkurs dla dziecka i rodzica, Ola od razu wstała, podeszła do mnie chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła na scenę. Przyznam, że pierwszą moją reakcją było główkowanie, jak wyplątać się z tej sytuacji. Ale po chwili stwierdziłam, że nie mogę tego zrobić córeczce i zlekceważyć takiego ładunku śmiałości, więc tańczyłyśmy na scenie, kłaniałyśmy się pięknie a Ola dostała cukierki.
A potem jeszcze Oleńka zaśpiewała Mikołajowi piosenkę, pełne dwie zwrotki z refrenem, on wysłuchał nie przerywając i pochwalił, co wzbudziło moje uznanie, bo Ola była przedostatnim z bodaj 50 dzieci, które otrzymywały od Mikołaja prezenty (dostarczone wcześniej dyskretnie przez rodziców).

wtorek, 6 grudnia 2011

pół roczku

W niedzielę stuknęło Zuzance pół roku. Co można powiedzieć o tak małym człowieku... Pogoda ducha - to jest najbardziej uderzająca cecha małej córeczki: Zuzek budzi się spokojnie, często się uśmiecha, długie minuty potrafi bawić się w skupieniu. Płacze rzadko, nie jest marudna. Na spacerach lubi, kiedy opuszczamy budkę gondolki - rozgląda się wtedy z uwagą. Zasypia łatwo, ale i łatwo się budzi. Z zapałem podchodzi do wszelkich zabaw, entuzjastycznie reaguje ostatnio na podskakiwanie (bierze się Zulkę na ręce i podskakuje) oraz na zabawę w chowanego. Bez słowa protestu mała znosi wszystkie eksperymenty starszej siostrzyczki - zapowiada się na dobrego towarzysza zabaw.
Poza wzmiankowanym podskakiwaniem aktualnie ulubione zabawy malutkiej to zabawa w chowanego (się znika za poduszką, a potem się pokazuje, salwy śmiechu Zuzki), córeczka świergocze na widok skaczącej piłki i próbuje ją łapać, ale jakoś bez szczególnego zaangażowania. Zuza jest bowiem umiarkowaną fanką wzmożonego wysiłku fizycznego, co świetnie widać przy pełzaniu. Otóż malutka posiadła umiejętność pełznięcia w wybranym kierunku, czasami więc kładę jakąś ciekawą rzecz kilka metrów od niej i zachęcam ją do wędrówki. Zulka pełznie kawałek, po czym widząc, że zabawka wciąż nie jest w zasięgu jej rączek, porzuca zbyt odległy cel i szuka czegoś ciekawego w bliższej okolicy.

Zulka ma nowe hobby: jest nim wychlapywanie jak największej ilości wody w czasie kąpieli. Po ablucjach Zuzy mokra jest nie tylko spora połać podłogi ale także rodzic kąpiący oraz siostra asystująca. A wczoraj malutka wpadła na to, że chlapać można nie tylko nogami, ręce też mogą się przydać...

Niestety Zuza nabawiła się ostatnio jednego niezbyt dobrego przyzwyczajenia - ssie kciuk i to z taką intensywnością, że na paluszku zmacerowała się skóra. Najczęściej ssie przez sen, ale i na jawie się zdarza, kiedy nikt się nią nie zajmuje przez dłuższy czas. I robi to coraz częściej. Niemal od razu został wdrożony plan naprawczy: zastosowałam płyn "gorzki paluszek", który zupełnie nie zdał egzaminu. Planem B było podanie córeczce smoczka, więc wyciągnęłam smoki dołączone do zestawów dla młodych mam i próbujemy.
Na razie system działa średnio na jeża. Zuzanka przyzwyczajona jest do swobodnej ekspresji - tych przeciągłych ooouee, chichocików, a ostatnio czegoś, co przypomina skrzypienie (dziecko wydaje takie dźwięki, jakby trochę zardzewiało). O ile dopuszczała zatykanie samej siebie kciukiem, to nie akceptuje kneblowania jej smoczkiem. Używanie smoczka polega więc na wkładaniu go do zuzkowego dziobka (rodzice) i radosnym wypluwaniu, przekładaniu z ręki do ręki, rzucaniu na odległość, ewentualnie gryzieniu boków ustrojstwa (Zulka). Ale dzięki tej zabawie Zuza ma stałe zajęcie wokółbuziowe i kciuk jakoś rzadziej wędruje do ust.
Sama jestem ciekawa co z tego wyniknie, po lektura paru artykułów w internecie nie natchnęła mnie zbytnim optymizmem (przekaz był taki, że ze ssaniem nie ma co walczyć, przejdzie w 4-6 roku życia).

W weekend mieliśmy gości: Damian z Anią i Magda, Adam i Zosia. Przyjechali na piątkową kolację, jedliśmy, dziewczyny wieczerzały z nami, a małe uszka słuchały. Efekty: wczoraj bawię się z Olą, ona jest dorosła, zaprasza gości i konwersuje: "coś wam jeszcze dać? może winka?".
A najmilsze zdjęcia z dziewczynami ma Adam:


W sobotę wybraliśmy się na spacer do city, na rynku Magda nabyła 2 balony z helem. Ola bardzo lubi te balony i zawsze boleje, gdy gaz z nich ucieka i przestają się unosić.
Ostatnio na taki balon daliśmy się naciągnąć w Lublinie, po czym przeklęliśmy własną krótkowzroczność i upór Oli, jako że dołożenie balonu do wakacyjnie zapakowanego auta wydało się niemożliwością. Zaproponowaliśmy Oli taki happening, że wypuścimy na wzgórzu zamkowym balon i będziemy patrzeć, gdzie leci. Absolutnie nie! Broniła jak niepodległości, wracaliśmy więc z balonem.
Wyposzczona balonowo Ola nie rozstawała się z nabytkiem, ale wpadła w rozpacz, gdy balon poszybował pod sufit w dużym pokoju. Niezawodny tato znalazł i na to sposób (dużo taśmy klejącej przyczepione do aluminiowego profilu):

Ola zaszczepia siostrzyczce balonolubność:

Między siostrami wciąż dobry układ. Zuza nieodmiennie z entuzjazmem przyjmuje olkową inicjatywę, a Ola sama z siebie zabawia siostrzyczkę, wykazując przy tym tyle inwencji, że czasem stopuję zabawę, powodowana lękiem o całość zuzkowych kości.
Ostatnimi czasy Olcia postanowiła poedukować siostrzyczkę. Rano, jeszcze w piżamce poprosiła, żebym przyniosła Zuzię do jej pokoju, kiedy się będzie ubierać. Umościłam więc Zulkę u siostry na kolorowej kołdrze Oli (a kołdrę na podłodze, to już nie te czasy, że można było zostawić Zuzankę na wąskim łóżku). Szykując się słuchałam monologu Oli: "Zuziu popatrz! tak się ubiera bluzkę - najpierw przechodzi głowa, potem rękawy; jak będziesz starsza, to cię nauczę; a teraz spodnie...". Za chwilę Ola przeszła do sekcji językowej: "Zuziu, zobacz - tu jest yellow i tu jest yellow, a tam i tam pink. a gdzie jest purple? pokaż ładnie coś, co jest purple, o waśnie tu!".
Zuza będzie dzieckiem wyjątkowo wcześnie edukowanym.
Ale kompletnie rozbroiła mnie Olcia, kiedy na koniec tego szkolenia ubraniowo-kolorystyczno-językowego przytuliła Zulkę i mówiła do niej z zapałem: "moja kitty, moja hello kitty", co w ustach Olci, lubującej się we wszechobecnej koteczce, zabrzmiało na wyjątkowe wyróżnienie.

Oli wyobraźnia i inwencja pracują dobrze, czasami za dobrze. Kilka dni temu Oleńka opowiedziała mi ze szczegółami co robili w przedszkolu (takie samorzutne opowieści nie są częstym zjawiskiem, Ola nie ma w sobie potrzeby dokładnego relacjonowania). Zgodnie z opowieścią Oli wybrali się z całą grupą do największego katarzyńskiego marketu, gdzie pani kupiła im po lizaku. Historia z wyprawą do sklepu mnie nie zdziwiła, bo widziałam na przedszkolnej tablicy, że jednym z "tematów kompleksowych" na bieżący miesiąc są właśnie zakupy. Pomyślałam, że po rozmowach o zakupach, piosence o zakupach ("zakupy zrobione, co trzeba kupione") przyszła pora na zajęcia w terenie.
Jakież było moje zdziwienie, gdy przy jakiejś okazji zagadnęłam panią Anię o wyjście. Pani wychowawczyni (też lekko zdumiona) zapewniała, że w żadnym sklepie nie byli, lizaków nie kupowała, a o zakupach rozmawiali tylko na sucho.
I wierz tu opowieściom dziecka.
Ale i tak lubię słuchać nielinearnych opowieści córeczki. Kilka dni temu relacja o przedszkolnych eksperymentach z gorącą i zimną wodą oraz kostkami lodu zaczęła się od tego, że "dziś wszyscy puszczaliśmy w przedszkolu bańki mydlane", dopiero potem przyszło: "ale nie z takiej zwykłej wody, tylko z wody z roztopionych kostek lodu".
Ola posiadła też - niestety - umiejętność oszczędnego gospodarowania prawdą. Obrazek ze stłuczoną szybką znalazł się między poduchami kanapy. Na moje (beznadziejne w gruncie rzeczy) pytanie: "dlaczego nie powiedziałaś, że ci spadł obrazek?" otrzymałam niewiele wnoszącą odpowiedź: "bo zapomniałam".

A dziś wieczorem podam Zuzce pierwszą porcje antybiotyku - nasz półroczniak nabawił się zapalenie oskrzeli.
Smoczki, lekarstwa, fantazje - bez nich się nie obejdziemy.