wtorek, 30 sierpnia 2011

wschód i południe

Miesiąc nie było nas w domu. Najpierw ruszyliśmy na wschód, ale bliski - do Magdy i Adama. Do Gliwic pojechaliśmy we trójkę, Ola dołączyła do nas dzień później - dziadkowie, z którymi była nad morzem przywieźli ją w umówione miejsce na górze św. Anny.

I dygresja: w zeszłym roku Ola również spędziła z dziadkami tydzień w Pogorzelicy. Zasadniczo bawiła się dobrze, ale codziennie przez telefon mówiła nam, że bardzo tęskni i dopytywała, kiedy po nią przyjedziemy. A w tym roku nieraz dziadkowie musieli ją namawiać, żeby podeszła do telefonu, a jak już wzięła słuchawkę do ręki, to komunikowała zwięźle: tu jest bardzo fajnie, pa!
Zdarzały się też dłuższe rozmowy, bo Ola stała się wybornym interlokutorem telefonicznym: córeczka dopytuje się: "co dziś robiłaś?", "jak się czujesz?" (jednocześnie chodząc bez ustanku - chyba podpatrzyła nasze bezwiedne zachowania). I jeszcze - sama z własnej inicjatywy, jak zapewniają dziadkowie - dopytywała się o Zuzię.
Bo Ola jest (jak na razie - odpukać...) bardzo kochającą siostrą. Przyznam, że po usłyszeniu kilku historii o trudnym przyjęciu rodzeństwa przez starszaka, spodziewałam się w najlepszym razie życzliwej neutralności, tymczasem Olę przepełnia czułość wobec małego człowieka - często Zuzię przytula, całuje, mówi do niej, robi jej kosi-łapci inne takie, z uwagą asystuje przy kąpielach małej. I nawet cierpliwie znosi fakt, że uwaga i czas rodziców podzieliły się między dwie córeczki.
Inna rzecz, że Zuzia naprawdę daje się lubić - jest pogodna i spokojna. Uśmiecha się od rana i niewiele może ją wytrącić ze stanu radosnego zaciekawienia (nawet przypadkowe zanurzenie całej twarzyczki w czasie kąpieli przyjęła ze stoickim spokojem - kichnęła kilka razy i uśmiechała się dalej). Warunki sine qua non słodkiego uśmiechu Zuzki to pełny brzuszek i miarę wygodne ułożenie. Mała akceptuje niemal wszystkie miejsca, w które ją kładziemy - z wyjątkiem fotelika samochodowego.

Wzmianka o foteliku przywraca opowieść na właściwe tory - naszych wakacyjnych podróży. Bo w czasie naszej wyprawy Zuza musiała całkiem dużo czasu w tymże foteliku spędzić.
Z Gliwic pojechaliśmy do Szydłówka, gdzie ulewny deszcz uniemożliwił realizację planów Oli ("chciałabym palić ognisko z ciocią Ewą i piec kiełbaskę na patyku, który ciocia mi zastruga" - czyli robić dokładnie, to co w czasie wiosennej wizyty).
Do Sobiboru też dotarliśmy w strugach deszczu, ale już następnego dnia pogoda się poprawiła. I od rana się działo:

(pisała duża Ninka)
I rzeczywiście po śniadaniu dziewczynki (Jasiek się wyłączył) przedstawiły piękny układ choreograficzny:
Który wzbudził zachwyt rodziców i młodszego rodzeństwa:

Sfeminizowana ekipa (wyliczając od najstarszego: Helenka, Ninka, Ola, mała Ninka i Jaś) bawiła dobrze i raczej zgodnie. Ola najchętniej towarzyszyła Nince.


Często dzieciaki organizowały sobie zabawę zupełnie samodzielnie, ale nigdy nie wzgardziły inicjatywą dorosłych (np. oglądały z Kasią całkiem nie-dziecinny album ze starymi zdjęciami Lubelszczyzny). Miłe też były chwile leniwego leżenia na trawie i niespiesznych rozmów.
Ja zapamiętałam fragment rozmowy o dorosłości i o tym, co przed nią:
- ciociu, a czego się uczyłaś w szkole? (mała Ninka)
- pisania, czytania, liczenia, o przyrodzie; są takie przedmioty: matematyka, język polski...
- to ty nie umiałaś po polsku??? (Helenka, która w przedszkolu uczyła się - o ile dobrze pamiętam - angielskiego, hiszpańskiego i chińskiego).

Dzieci spędzały czas razem nie tylko podczas zabawy - razem się myły (tzn. były myte):

razem chodziły spać:

(powyżej: dobranockowy seans bajek)
razem śniadały i wieczerzały oraz obiadowały:

W siedlisku było tak sielsko i wygodnie, że podczas wspólnego tygodnia nie ruszaliśmy się stamtąd na dłużej.
Odwiedziliśmy Włodawę, gdzie w ekumenicznej zgodności w niewielkiej odległości od spokojnego ryneczku stoją kościół, cerkiew i synagoga. Maciek z Olą i resztą ekipy pojechali zobaczyć pozostałości obozu w Sobiborze, nie tłumacząc jednak maluchom za dokładnie, co było w miejscu, gdzie teraz rośnie las.

Na Oli chyba największe wrażenie zrobiła wyprawa za granicę. Ola z Maćkiem oraz Przemek z Ninką i Jasiem wybrali się na Ukrainę przez tymczasowy most pontonowy.


Wprawdzie Ola widziała niewiele ponad ukraińskie nadbrzeże Bugu, ale zakonotowała sobie, że była na Ukrainie i co jakiś czas o tym napomyka.


Po wyjeździe Kasi i Przemka oraz Agi i Maćka z dzieciakami przenieśliśmy się z Siedliska

do kameralnej Stajenki
zapatrzonej w spore okno (odpad po remoncie budynku lubelskiej kurii), które Ola nazwała oknem w ptasie łapki (niestety nie miało moskitiery, co w obszarze działań operacyjnych drapieżnych nadbużańskich komarów było dużym minusem).



A po drugiej stronie okna - sielankowy ranek siostrzyczek:

Ola w fajny sposób przejęła się rolą starszej siostry. Kiedy tylko przyjechaliśmy do Sobiboru, przyciągnęła do naszego pokoju Ninkę. Słyszałam, kiedy szły po schodach i Ola namawiała: "chodź, chodź, pokażę ci moją malutką siostrzyczkę", a kiedy weszły do pokoju Ola dokonała prezentacji: "to jest moja siostrzyczka Zuzia. Prawda, że śliczna?". Ja się wzruszyłam, Ninka zachowała dyplomatyczne milczenie, obejrzała Zuzę i pociągnęła Olę do zabawy ze starszakami.
Inaczej reagowała na Zuzkę Helenka, którą też rozczulał mały szkrab. Helenka zabawiała Zuzę, przesiadywała przy małej, mówiła do niej, a pod koniec pobytu powiedziała do Agi, że będzie bardzo tęsknić za Zuzią.

W drugim tygodniu integrowaliśmy się rodzinnie


(Ola zaraz strzeli bramkę tacie).
I tacy zintegrowani postanowiliśmy trochę poeksplorować okolicę. Zaczęliśmy od poleskiego parku narodowego, gdzie udało się nam znaleźć ścieżkę edukacyjną o dumnej nazwie "Dąb Dominik", którą w całości (niemal) można było pokonać wózkiem.

Odwiedziliśmy Chełm, wspięliśmy się na Górkę Chełmską, a ja z Olą jeszcze na dzwonnicę na tejże górce, spacerowaliśmy po ładnym, podługowatym rynku, aż w końcu trafiliśmy do Muzeum Ziemi Chełmskiej, gdzie najbardziej absurdalnym eksponatem była żywa iguana, spędzająca czas pośród wypchanych wiewiórek, borsuków, rysi, nornic, sokołów, itp.


W końcu pożegnaliśmy się z bocianami (a był ich wyjątkowy ponoć urodzaj)

i ruszyliśmy w powrotną drogę. Pierwszym przystankiem był Lublin, który nas nadspodziewanie zachwycił. Dorosłym uczestnikom wyprawy spodobała się starówka - położone na wzgórzach zaułki, piękne, stare, choć zaniedbane kamienice.



Zuzia nie zabierała głosu, natomiast Olę wciągnęła wystawa o wierzeniach ludowych - strachach i gusłach, którą oglądaliśmy na lubelskim zamku. Nic tak nie przemówiło do wyobraźni naszej córeczki, jak udanie przedstawiona postać południcy, ubranej w białe giezło, z włosami ze słomy, która to południca dusić miała odpoczywających w południe i porywać zostawione na miedzach dzieci. Mimo oczywiście koszmarnego wizerunku i zajęcia potwora Olcia prosiła mnie: "mamo, poczytaj mi jeszcze raz o południcy!".
Kolejną fascynacją były zmory, które miały dusić ludzi we śnie; Ola trzy razy kazała sobie czytać listę sposobów na zmory, wywieszoną nad łóżkiem, obok którego zatknięto kilka noży, które odstraszać miały mary. Dla porządku podaję inne sposoby na zmory: spanie z głową w nogach łóżka (zmory głupieją i odstępują od duszenia) albo z obrazkiem św. Benedykta.

A tu już po zwiedzaniu - czekamy na obiad w restauracji.


Do Kazimierza Dolnego przyjechaliśmy wieczorem. Włóczyliśmy się po miasteczku długo, nie mając wielkiej chęci na powrót do naszej trącącej myszką kwatery.


Kazimierz urokliwy, choć niewielki przeszliśmy wzdłuż i wszerz - od Wisły, przez rynek, po wzgórza, podziwiając renesansowe kamienice i przedwojenne wille. Oczywiście nabyliśmy drożdżowego koguta.


Oli harmonijna architektura jakoś nie zainteresowała. Pierwszą rzeczą, która autentycznie zachwyciła ją w Kazimierzu, była Wisła, imponująco szeroka i wcale nieleniwa. Ola długo wpatrywała się w masy wody i nie chciała odejść od brzegu.

Drugą rzeczą, którą Olcia długo i namiętnie obserwowała był górnopłuk w toalecie restauracji "u fryzjera". Solidna rączka, długi łańcuszek, donośny szum wody z wysoko zawieszonego zbiornika - coś, co dla nas jest wspomnieniem z dzieciństwa, dla Oli było odkryciem - mechanizm był dla niej całkowicie widoczny (nie to, co w gebericie) i zrozumiały.

I na tym zakończyliśmy zwiedzanie. Powrotna droga wiodła przez Szydłówek i Krzepice. W Szydłówku Ola karmiła króliki z takim zaangażowaniem, że potem pewnie wujek skierował je na lekką dietę odchudzającą. Poza tym córeczka z wujkiem dokonywała inspekcji upraw, a po wykonaniu wszystkich prac bardzo ładnie bawiła z kuzynem Kubą.
Po jednodniowym pobycie w domu żeńska część rodziny ruszyła do Polanicy, męska wróciła do pracy.
Dwa tygodnie u babci Ani upłynęły na eksplorowaniu nowego placu zabaw w parku, długich spacerach i zabawach w domu. Ola wiernie asystowała babci, również wtedy, gdy przychodzili pacjenci. Praca babci tak ciekawi małą, że - kiedy poszłyśmy odwiedzić dyżurującą babcię - ciężko było Olę wyciągnąć ze szpitala.
Najbardziej zagadkowa reklama na polanickim deptaku:


Ola na nowym placu zabaw w parku bez lęku wdrapywała się na wszystkie urządzenia. Nasza duża córeczka ma już niezłą koordynację i dobrze ocenia swoje możliwości. Mnie rozbraja, kiedy - oceniając zabawę jako lekko ryzykowną - prosi: "ty mnie tylko asekuruj, ale nie trzymaj mnie". Więc asekurowałam.

Polanicki klimat służył Zuzikowi, który też rozwijał zdolności motoryczne - Zuza nauczyła się łączyć razem dłonie i tak wzmocnionymi łapkami uderzać wiszącą nad nią zabawkę.
A tu Zuz jakby sceptyczny...

Brak komentarzy: