piątek, 30 października 2009

(chrobami) jesień się zaczyna


Na początku przypominki - 15 października Ola miała pasowanie na przedszkolaka. Nie było akademii ku czci, rodzice i dzieci bawili się razem - były wspólne tańce, hulanki i rysowanki (dobre rozwiązanie - przypuszczam, że dla maluchów samodzielne występy byłyby jeszcze za dużym wyzwaniem).
Potem panie wychowawczynie dotykały wielkim ołówkiem ramienia dziecka i wymawiały formułkę "jesteś dużym już dzieciakiem, mianuję cię przedszkolakiem", a przedszkolak odbierał dyplom i prezent.
Ola podeszła do sprawy nad wyraz poważnie i wieczorem spytała się, czy teraz jest już przedszkolakiem. Wygląda na to, że uznała znaczenie uroczystości.
(zdjęć brak - aparat wciąż na kuracji)

Dzień ten uroczysty był jednym z nielicznych, które Ola spędziła w przedszkolu w tym miesiącu - zapalenie układu moczowego płynnie przeszło w przeziębienie, więc Królik siedział w domu i się kurował, a ja na lodówce przyczepiłam rozpiskę leków (ten na czczo, ten po jedzeniu, tego 5 ml, a tego 10 ml, jeden 1 dziennie, a drugi 3 razy dziennie, ten mozna mieszać z soczkiem, ten absolutnie nie, a jeszcze maść...)
Ola spędzała więc czas w domu.
Przez chyba 2 tygodnie ulubioną zabawką Oli był zestaw lekarski. Z pełną powagą i wielką lubością badała puls, bo przy naciśnięciu stetoskop wydawał dźwięk jak bicie serca (już nie wydaje - czas na zmianę baterii), drugie miejsce ex aequo miały otoskop i lusterko dentystyczne zaopatrzone w małe latareczki, dalej strzykawka i termometr. Bardzo mi się podobało, jak Ola wyciągała termometr spod pachy patrzyła uważnie w wyświetlacz i wygłaszała: "trzydzieści sześć".
Potem weszła w fazę klocków i kolejki. Nowością jest to, że Ola nie zniechęca się przy pierwszym niepowodzeniu, ale potrafi zatopić się w konstruowaniu i budować, przebudowywać ("robię remont mamusiu"), kombinować...


Chwilami Ola wykazuje zmysł małej spryciulki:
Wieczorem zapowiadam cięcia repertuaru kołysanek
- Olciu, zaśpiewam ci tylko 2 usypianki, bo jest już bardzo późno, co wybierasz?
- o łapach i o żabce
Zaśpiewałam
- a teraz mamusiu zaśpiewaj 2 kołysanki misiowi, nie mi, tylko misiowi...

Maciek pomaga Oli sprzątać zabawki wieczorem (a niełatwo nakłonić córeczkę do przedkąpielowego opanowania chaosu, który z wielką łatwością generuje) i prosi:
- Ola, podaj mi ten klocek
- sam nie dosięgniesz tata?

Kupiłyśmy Oli nową małą poduszkę (stara poszła do przedszkola towarzyszyć córeczce w leżakowaniu - na razie bez większych sukcesów w usypianiu). Nowa poduszka ma dużą szeleszczącą metkę, ale kiedy zamierzałam się na tą wątpliwą ozdobę z nożyczkami usłyszałam: "Mamusiu, nie wolno obcinać metki, tu są literki! Mama, tu jest napisane, żeby nie obcinać metki!"
Jasne.

sobota, 17 października 2009

Skąd książki?


Ola ostatnio spędziła pracowite przedpołudnie starannie "malując" w kolorowance wodnej (umoczonym pędzelkiem wydobywa się kolory z kartki). Kiedy już zamoczyła wszystkie kartki poprosiła nianię: "kup mi jeszcze taką książeczkę, a jak nie będzie w księgarni, to pani przywiezie z hurtowni".
Lekko zdumiona tą rozbudowaną prośbą pani Małgosia przypomniała sobie, że ponad miesiąc temu zamawiała w księgarence na naszej ulicy podręcznik dla syna i wtedy pani z księgarni ją zapewniała, że przywiezie książkę z hurtowni. A małe uszka słuchały...

Ale nie zawsze jest różowo z wypowiedziami córeczki. Kilka dni temu błogosławiłam szybko zamykające się drzwi w naszym warzywniaku. Warzywniak "U Tomka" prowadzi chłopak nazywany przez nas zawsze (żeby nie było niedomówień) "panem Tomkiem". Wychodząc zachęcałam Olcię, żeby powiedziała "do widzenia". Kiedy otwierałam drzwi Ola powiedziała "do widzenia...", a kiedy drzwi się już domknęły dodała niespodziewanie "... ty cwaniaku". I nie umiała wyjaśnić, co miała na myśli.
No pięknie. A ja przypomniałam sobie, że parę dni temu opowiadając Maćkowi jakąś sprawę z pracy nieroztropnie wspomniałam coś o cwaniakach.

A teraz coś z zupełnie innej beczki:
W pierwszy październikowi weekend rzutem na taśmę wybraliśmy się do zoo. Nie udało nam się zrealizować całego planu wycieczki, bo według naszych zamierzeń do zoo mieliśmy dotrzeć stateczkiem z przystani na Ostrowie Tumskim. Jako że z nastaniem jesieni statki przestały pływać zgodnie z rozkładem udaliśmy się do zoo samochodem. Ale dzięki temu trafiliśmy akurat na karmienie kotików. Foczki w łapały ryby w powietrzu i robiły inne sztuczki:


a po solidnie zapracowanym posiłku relaksowały się w basenie:

Zaraz obok fok był mały wybieg misia, na którym był tylko jeden apatyczny niedźwiedź. Ola, która przyobserwowała, że generalnie zwierzęta mieszkają po kilka razem, zapytała:
- gdzie jest kolega misia?
- ten miś jest sam w wybiegu, nie ma kolegi.
- i jest smutny?

Nie mogę sobie odmówić wklejenia poruszonego zdjęcia małpiego przytulenia totalnego; mała małpka nie tylko wczepia się w futro mamy, przywiera brzuchem i pyszczkiem, ale zmyślnie zawija swój ogonek wokół mamowego.

Ostatnio Olcia jest jak ta małpka: mamusi-tatusia-córeczka. Poranne pożegnania są rozdzierające, domaga się naszej obecności przy zasypianiu (a już od dawna po czytaniu i kołysankach usypia sama), a ostatnie 3 poranki w przedszkolu były bardzo ciężkie: nieodstępowanie o krok, trzymanie za nogę, brak zainteresowania dziećmi, zabawkami i szloch przy pożegnaniu.
Za pierwszym razem winę zrzuciłam na chorobę (Oli przyplątało się zakażenie układu moczowego, pierwszy w życiu i od razu paskudny antybiotyk, maście i różne badania). Ale potem się powtórzyło.
Pocieszeniem jest rozmowa z wychowawczynią Oli. Pani Kinga zauważyła, że we wrześniu Ola - spokojna przy pożegnaniach - siedziała potem nieco na uboczu, a teraz po trudnym rozstaniu chętnie włącza się w zabawy. Nie rozumiem tego. Na razie nie myślmy o zabieraniu Oli z przedszkola - w sumie uspokaja się po krótkim czasie a potem chłonie wrażenia.
Ola fajnie przyswaja nowe doświadczenia: nabrała zwyczaju zachęcania do zabawy w liczbie mnogiej ("a teraz tańczymy", "podnosimy razem nóżki"), a w domu podśpiewuje piosenki, których nauczyła się w przedszkolu.
Ale na myśl o porannym pożegnaniu boli serce...

Ola od nowa zapałała miłością do kreskówek o Reksiu, pszczółce Mai i Koziołku Matołku. A tak wygląda, jak ogląda:

Nowością jest to, że pełna koncentracja i zaangażowanie nie przeszkadzają Oli ujawniania poczucia humoru i co pewien czas słychać radosny śmiech (oczywiście w momentach nie zawsze dla nas oczywistych).

I jeszcze coś z innej beczki:
Piątkowa wizyta na poczcie skończyła się na placu zabaw przy pobliskich blokach. Wydaje mi się, że Ola ma niezła pamięć do miejsc, bo na poczcie nie byłyśmy razem bodaj od wiosny, a dziecko zaraz po odebraniu listu zapowiedziało wycieczkę na plac zabaw schowany za budynkiem.
Nie byłam osobiście tym pomysłem zachwycona, bo ubrałam się zupełnie nieadekwatnie do bardzo rześkiej pogody. Kiedy Ola obeszła już wszystkie urządzenia (zresztą niepiękne i zdezelowane) i zaczęła nową turę od huśtawki zaczęłam ją usilnie namawiać na powrót, na co dziecko palnęło przemowę: "tak, już idziemy, tylko się ostatni raz pohuśtam; na pożegnanie pohuśtaj mnie tak wysoko, że aż głowa boli - jak w parku południowym".
Pamięć do miejsc potwierdziła, kiedy w sobotę odwieźliśmy Olę do Bety i Jarka a sami pojechaliśmy sprzątać na budowie (syzyfowa praca). Beata zabrała Olę i Misia do biblioteki na Sztabowej a potem uprzejmie doniosła, że Ola całkiem nieźle kojarzyła drogę powrotną.

Od dziś przez najbliższy czas zdjęcia z komórki, bo nasz aparat pojechał na kurację do Warszawy (tak, właśnie tam znajduje się jedyny serwis canona).
Komórka ma tą zaletę, że zawsze jest pod ręką. Np. przy robieniu pasty z bakłażanów, kiedy Ola ochoczo zabrała się za rozdrabnianie przypraw, kiedy tylko usłyszała słowo "moździerz".



Ola jest wielką zwolenniczką wspólnego gotowania. Miesza i próbuje, podaje i ostrzega ("mamusiu, patelnia jest gorąca, uważaj, nie oparz się") i ma swoje kuchenne sympatie i antypatie: np. zawsze z dużym zaangażowaniem miesza (choć nie zawsze mieści się w misce z tym mieszaniem), bardzo lubi przebijać żółtko i patrzeć jak się malowniczo rozpływa.


piątek, 2 października 2009

Maliny

Ostatni weekend zaczęliśmy "Bękartami wojny" (polecamy) i kolacją o północy (niekoniecznie polecamy). Kiedy myśmy wsłuchiwali się w piękny akcent pułkownika Aldo Rein, Ola smacznie spała u dziadków. I tak się tam zadomowiła, że w sobotę nie chciała wychodzić.
A z babcią Anią pojechaliśmy z Polanicy do Studziannej, gdzie jej znajoma udostępniła nam zagon malinowych krzaków, uginających się od owoców.

Było sielsko. Maliny wielkie jak truskawki, szum brzóz i bezchmurne niebo. Przy zbieraniu malin towarzyszyło nam stado kur oraz kogut. Ola przemawiała do kur: "dzień dobry kurki! ja chodzę do przedszkola...".
A kiedy kogut zapiał córeczka oświadczyła: "jak w Reksiu". No - dziecko z miasta...
Były jeszcze dwa psy, których Ola nie mogła się nagłaskać.
A w przerwach między bieganiem za zwierzętami i zjadaniem malin Ola trochę przeszkadzała tacie:


a potem relaksowała się z babcią:

(zdjęcia średniawe - z komórki)

A w przedszkolu, o którym Ola opowiadała kurkom, córka czuje się już całkiem zadomowiona. Jest bardziej rozmowna przy wspólnych zabawach, dobrze czuje się na zajęciach (zwłaszcza na muzyce), a w czasie drzemki spokojnie (ponoć) poleguje. Po przyjściu do przedszkola spokojnie zasiada koło swojej półeczki z pingwinem (to Oli znaczek), zmieniamy buty i po nierozdzierającym (choć nie zawsze krótkim) pożegnaniu idzie do dużej sali.
Ostatnio nie mogłam sobie odmówić i po odprowadzeniu Oli stałam dłuższą chwilę na schodach na zewnątrz patrząc przez okno na córeczkę, która obeszła salę, wybrała sobie zabawkę, a potem siadła koło dzieci i zaczęła się bawić, zerkając na nowoprzybywających. Była spokojna i pogodna. Miód na moje serce.
Ola rozbroiła mnie w tym tygodniu przypominając mi, że mam jej zapakować drugie śniadanie. Nie zdarzyło nam się kiedykolwiek o tym zapomnieć, ale fajne jest dołączenie przez Olę nowej czynności do porannych rytuałów.