Ojcowski urlop Maćka rozpoczęliśmy w Krakowie. Przyjechaliśmy w chłodne niedzielne popołudnie, pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście na Rynek. Owinięta szczelnie w kocyk Zuza strzygła oczami, niezmordowana Ola ganiała za gołębiami i kręciła się wokół bryczek, namawiając nas na przejażdżkę, mnie grabiały dłonie, które trzymałam na rączce wózka (co się dzieje z tą pogodą?).
Ola radziła sobie z temperaturą w najlepszy sposób: nieustanny ruch:
I poznawanie sztuki od środka:
W końcu zlądowaliśmy na obiedzie w miejscu, które bardzo spodobało się Oli - głównie za sprawą żyrandola:
Olcia przygotowywała się z nami do wyjazdu, choć z przewodnika ("Polska z dzieckiem") najbardziej podobała się jej legenda o księżniczce Kindze, na deser puszczała sobie bajkę o smoku wawelskim. A w czasie podróży zastrzeliła nas pytaniem: "w jakim języku mówi się w Krakowie?". Kiedy zaczęliśmy odpowiadać, przerwała nam, mówiąc "przecież żartowałam".
W poniedziałek rano okazało się, że nasza misternie ułożona marszruta na najbliższe 4 dni pozostanie li i jedynie w sferze planów i zamierzeń. Krakowska pani pediatra od pierwszego spojrzenia na Zulkę nie miała wątpliwości: ospa wietrzna, trzymać w domu, wygrzewać, smarować krostki pudrem/gencjaną, kąpiele krótkie, syrop na swędzenie...
Jako że Zuza - poza zwiększającą się liczbą kropek - nie zdradzała innych objawów choroby: nie gorączkowała, była radosna, postanowiliśmy nie wracać od razu do domu, tylko jeszcze pokorzystać z wyjazdu i świetnego zakwaterowania (nie więcej niż kwadrans spacerem od rynku). W poniedziałek Maciek pojechał z Olą do Wieliczki, we wtorek tato domował z Zuzą, a Ola i ja udałyśmy się (tramwajem) na Wawel. Obydwie wyprawy były bardzo udane; Ola cierpliwie pokonywała długie kopalniane/zamkowe korytarze, nie narzekała, chłonęła i jeszcze się dopytywała. Po powrocie z Wieliczki zdała mi dość dokładną relację, używając przy tym sformułowań: "jest taki specjalny typ soli - sól zielona, w której najlepiej się rzeźbi".
Na Wawelu obejrzałyśmy katedrę z podziemiami i dzwonem Zygmunta, komnaty królewskie, skarbiec i zbrojownię, a na końcu smoczą jamę i nie przypominam sobie choćby jednej skargi na bolące nóżki, czy pytań "kiedy pójdziemy do domu?". Za to Ola kazała sobie powtarzać opowieści o historiach przedstawionych na arrasach (wieża Babel, arka Noego, itd). A potem jeszcze przeszłyśmy się w deszczu na Kazimierz, gdzie umówiłyśmy się z Maćkiem i Zuzą.
Byliśmy podwójnie zaskoczeni: raz,
że Ola ma teraz bardzo mocną (i trochę już dla nas męczącą) fazę na
księżniczki i wydaje się czasem, że poza księżniczkami nic nie może ją
zainteresować. A tu sól, wagoniki, królewskie groby i halabardy. Oraz
kusze. Wchłaniała i chciała więcej. Poza tym spodziewaliśmy się, że nie
wytrzyma godzin zwiedzania, ale nie było problemów.
Jeszcze w środę przed wyjazdem wybrałyśmy się z Oleńką na Rynek, chciałam pokazać jej kościół mariacki. Wracając rozmawiałyśmy o tym, co będziemy robić, jak przyjedziemy do Krakowa za 2 lata (obiecaliśmy, że przyjedziemy, żeby odbić sobie ten wyjazd, ale żeby Zuza coś już skorzystała). I tu Ola wykazała się bardzo dużym zmysłem praktycznym, żeby nie powiedzieć spryciulstwem: "przyjedziemy w czerwcu, jak Zuzia będzie miała urodziny. I na prezent kupicie jej przejażdżkę powozem i przejedziemy się wszyscy".
I tak Ola poradziła sobie z żalem, że najpierw nie było pogody, a potem okazji, żeby pojechać dorożką.
A po powrocie do domu codzienności ciąg dalszy - np. dalsze dokarmianie Kota, który okazał się Kotką, na dodatek ciężarną. Wprawdzie to Maciek kupił miskę i pamięta o zapasie karmy, ale Oleńka bardzo pilnuje, żeby zwierzak nie był głodny - przynosi puszkę, widelec, wydziela kotce szczodrą porcję, przemawiając do niej z zajęciem. Nasza troska o kotkę polega teraz na pilnowaniu córeczki, żeby nie przesadziła z tym dożywianiem.
A po powrocie do domu codzienności ciąg dalszy - np. dalsze dokarmianie Kota, który okazał się Kotką, na dodatek ciężarną. Wprawdzie to Maciek kupił miskę i pamięta o zapasie karmy, ale Oleńka bardzo pilnuje, żeby zwierzak nie był głodny - przynosi puszkę, widelec, wydziela kotce szczodrą porcję, przemawiając do niej z zajęciem. Nasza troska o kotkę polega teraz na pilnowaniu córeczki, żeby nie przesadziła z tym dożywianiem.
A tymczasem Zuzanna (z podpuszczenia Oli) nauczyła się wchodzić na kanapę i sytuacja się skomplikowała, ponieważ córeczka - nie mając wystarczających zasobów instynktu samozachowawczego - bez lęku podążała ku krawędzi kanapy, zatrzymywała się wprawdzie, ale nie mieliśmy pewności, czy zawsze zorientuje się w porę. Sytuacja nie poprawiła się, kiedy pokazaliśmy, jak bezpiecznie schodzi się z mebla (przekręt na brzuszek, opuścić nogi...), ponieważ po kilku udanych próbach zejścia na podłogę Zulka uznała, że opanowała sztukę zmiany poziomu w każdej konfiguracji i nagminnie podejmuje próby zejścia z kanapy przez oparcie. Stała czujność rodzicielska wymagana.
Ogród zaczyna pełnić właściwą funkcję - miejsca, gdzie można się świetnie schować. Dzieciaki bawią się bez względu na pogodę, a rodzice zastanawiają się, czy nie praktyczniej byłoby zrobić furtkę w ogrodzeniu, niż pilnować, jak chodzą do siebie uliczką (nie ruchliwą, ale zawsze...).
Z kategorii: ogłoszenia różne:
Zachęcona dobrym przykładem nie wyrzucam od razu rolek po ręcznikach itp., tylko przekazuję dzieciom do wstępnej utylizacji przez zabawę. W silnych łapkach Zuzanny takie rolki długiego życia nie mają, ale zawsze przynajmniej przez chwilę poudajemy słonie, które robią tru-tu-tu. Zuza chyba coś zapamiętała, bo jak chwyciła całkiem nową rolkę zrobiła: tu-tu-tu.
Ola bawi się inaczej, czasami całkiem dobrze wychodzi jej zabawa słowem: ostatnio Ola coś opowiadała Maćkowi w taki sposób, że wynikało, że gdzieś była sama, Maciek dodał: "była tam też Zuzanna", Ola uzupełniła: "i była mamanna".
Kilka dni temu Sabinka była chora, Ola bawiła się tylko z Dominikiem i trochę kolegą rządziła (np. bawili się w chowanego i Dominik szukał 6 razy pod rząd).
Ola teoretycznie nie lubi takiego zachowania ("bo Lena się rządzi" narzeka na koleżankę w przedszkolu), ale jak trafi na jakiegoś bardziej ugodowego towarzysza, to steruje zabawą; a jak spotka mniej spolegliwe koleżanki dostosowuje się do nich.
Z siostrą relacje ma inne - mieszanina czułości, lekkiej pobłażliwości, kumplowania i niecierpliwości. Ale ostatnio była bardzo cierpliwa i uważna - karmiła Zulkę: Ola dostała leniwe pierożki z pierwszej transzy, szybko uporała się z nimi, a ja kiedy z drugą porcją dla Zuzy i siebie siadłam do stołu, córka obserwowała, jak karmię małą, łykając coś na boku. I wystąpiła z ofertą nie do odrzucenia "ty mamo sobie jedz, ja nakarmię Zuzię". Operacja zakończyła się nadspodziewanym sukcesem - Zu zaskoczona nową sytuacją zjadła wszystko bez brewerii, ja się posiliłam ciepłym obiadem, a Ola poczuła się taka duża i pomocna.
Duża wydała nam się Ola też w czasie występu z okazji dnia mamy i taty w przedszkolu. Przećwiczoną wcześniej rolę w krótkiej scence zagrała bezbłędnie, ładnie śpiewała i tańczyła z resztą grupy. Jaka różnica w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy Ola na początku występu zamyśliła się tak głęboko, że przez większość czasu ani nie śpiewała, ani nie tańczyła, włączała się w akcję chwilami, po czym znowu się zamyślała.
Z kategorii: ogłoszenia różne:
Zachęcona dobrym przykładem nie wyrzucam od razu rolek po ręcznikach itp., tylko przekazuję dzieciom do wstępnej utylizacji przez zabawę. W silnych łapkach Zuzanny takie rolki długiego życia nie mają, ale zawsze przynajmniej przez chwilę poudajemy słonie, które robią tru-tu-tu. Zuza chyba coś zapamiętała, bo jak chwyciła całkiem nową rolkę zrobiła: tu-tu-tu.
Ola bawi się inaczej, czasami całkiem dobrze wychodzi jej zabawa słowem: ostatnio Ola coś opowiadała Maćkowi w taki sposób, że wynikało, że gdzieś była sama, Maciek dodał: "była tam też Zuzanna", Ola uzupełniła: "i była mamanna".