11.11 nie zrażeni wybitnie rześkim powietrzem ruszyliśmy do Jaworzyny, do muzeum kolejnictwa. Wybierając kierunek wycieczki kierowałam się głównie chęcią oderwania naszego rodzinnego fana pojazdów szynowych od spędzenia kolejnego weekendu na pracach wokół domu. Okazało się, że i Ola miała frajdę; choć zimno szczypało w policzki długo musieliśmy ją namawiać na opuszczenie parowozowni.
Najpierw Maciek z Olą zbadali ogólny stan posiadania Muzeum Techniki (Maciek bolejąc nad rdzewiejącymi weteranami szyn), po czym pan przewodnik zaprosił nas do jednego z kilku niewielkich budynków o niepozornej elewacji, za obdrapane drzwi, dla lepszej konspiracji pozbawione jakichkolwiek napisów. I zanim zaprezentował słusznych rozmiarów makietę kolejową, pokazał w pierwszej sali zabytek, którego uroku nasza córeczka nie umiała w pełni docenić:
Najpierw Maciek z Olą zbadali ogólny stan posiadania Muzeum Techniki (Maciek bolejąc nad rdzewiejącymi weteranami szyn), po czym pan przewodnik zaprosił nas do jednego z kilku niewielkich budynków o niepozornej elewacji, za obdrapane drzwi, dla lepszej konspiracji pozbawione jakichkolwiek napisów. I zanim zaprezentował słusznych rozmiarów makietę kolejową, pokazał w pierwszej sali zabytek, którego uroku nasza córeczka nie umiała w pełni docenić:
Komputer Odra, zajmujący cały pokój, o pamięci kilkukrotnie mniejszej od dyskietki (swoją drogą widzę już oczyma duszy Olę i Zuzę, które pytają mnie za kilka lat: "mamo, co to jest dyskietka?"). A w dalszym kącie pokoju inne rekwizyty z opowieści z krainy mchu i paproci:
Później Ola z Maćkiem wsiedli do parowozu i odbyli przejażdżkę, a pan maszynista dla lepszego efektu nie skąpił pary ni gwizdów (to ostatnie wyjątkowo nie pasowało Zulce).

Po przejażdżce ruszyliśmy razem do lokomotywowni (Zuzi - dla większej wygody spacerowania włożonej w chustę - wzrosła tolerancja na dziwne dźwięki). Można było dotykać, wdrapywać się, łapać za wajchy, pukać, zadawać tacie tysiączne pytania i nie przejmować się spadającą temperaturą powietrza.
Szczęściem nieopodal była miła karczma z płonącym kominkiem i zbawczym gorącym żurkiem. Posileni mogliśmy jeszcze podziwiać uroki zalanego żwirowiska, gdzie latarnie wyrastały wprost z lustra wody.

Dzień po parowozowych przeżyciach ruszyliśmy na 18 urodziny Jagody, gdzie nasze dziewczyny były najmłodszymi gośćmi. Zuza nie bardzo się tym przejęła i po otrzymaniu porcji komplementów za pogodne usposobienie i słodki uśmiech, poszła spać o zwykłej porze.
A Olę musieliśmy niemal siłą wyciągać z parkietu nieco przed 23 (podczas gdy z reguły już o 20.30 smacznie śpi). Ola bawiła się nadspodziewanie dobrze; choć większość krewnych i znajomych Jagody widziała po raz pierwszy, bez oporów wtopiła się w towarzystwo. Tańczyła niestrudzenie z wujkami solenizantki, zbierając pochwały za wyczucie rytmu i kondycję, śmiało wychodziła na dwór w rześki wieczór, jako człon tanecznego pociągu, z bartkową Hanią bawiła się balonami i rozmawiała jak ze starą znajomą. Szczerze uśmiechnięta, rozbawiona - szczęśliwy gość osiemnastkowy.
Ola lubi Jutrosin, czuje się tam dobrze i swobodnie. Pokazało się to fajnie w niedzielny poranek, kiedy Ola szybko i bez żalu zostawiła śniadających rodziców i poszła tylko z wujkiem Sylwkiem na spacer nad Orlą (co myśmy przyjęli z lekkim zdumieniem, a wujek z całkowitym spokojem).
Kilka dni temu córeczka spytała się, kiedy znowu będą urodziny Jagody...
W przedszkolu sytuacja towarzysko-koleżeńska bez zmian - to znaczy pełna wzlotów i upadków, na przemian: świetna zabawa, komitywa i idylla ("mamo, jak będziesz robić dla mnie kanapkę ma basen, zrób taką samą dla Leny" i tym sposobem zabieranie bułeczki dla koleżanki stało się nową świecką tradycją) oraz: "bo ona się rządzi" i "już nie będę się z nią bawić".
A ja miałam ostatnio bardzo przyjemną rozmowę z przedszkolną panią psycholog, która przetestowała dzieciaki ("mamo, dziś siedziałam z panią Marceliną na stryszku" zeznała Ola jakiś czas temu) i podawała rodzicom diagnozy. Widocznie ten stryszek to jakieś fortunne miejsce, bo usłyszałam, że Ola ma bardzo duży potencjał intelektualny, dobrą wiedzę o świecie, świetną pamięć, prawidłową koordynację ruchową, itd. Cud, miód i orzeszki. Ale skłamałabym pisząc, że nie było mi miło i że na prawdopodobne rozpoczęcie przez Olę edukacji w wieku lat 6 nie spojrzeliśmy raźniej.
Pamięć córeczka rzeczywiście ma niezłą i ostatnio regularnie rozgramiała nas w memory - bez żadnego dawania forów. Najpierw graliśmy zestawem kilkunastoelementowym wyciętym z gazetki dla dzieci, szybko przerzuciliśmy się na zestaw 40-elementowy. O ile Maćkowi zdarza się wygrywać z córeczką, to ja z reguły kończę grę na zaszczytnym drugim miejscu.
A Zuzanka patrzy.
Dzięki olkowym porywom mieliśmy ostatnio brokatowy dom. Zaczęło się od wypatrzenia przez córkę, że inna grupa w przedszkolu robiła jeżyki z masy solnej (masa solna + goździki). Zrobiłyśmy więc parkę jeży. A z pozostałej masy Ola wycięła pierniczkowymi foremkami gwiazdki, misie, serca, itp. Potem naciągnęła mnie na brokat w 4 kolorach i ozdabiałyśmy niepowtarzalne przystrojenia choinki (każda gwiazdka ma inaczej zwichrowane ramię, a każdy miś inaczej przekrzywioną główkę/łapę). Choć w trakcie prac nie wyszłyśmy poza kuchnię, po robocie brokat był wszędzie, w tym na Zuzi, która pełzając mimochodem froteruje podłogi.
A tu zuzkowe pełznięcie uchwycone - zostawiłam Zulkę na kołderce (prawy dolny róg) i poszłam umyć z Olcią zęby. Po powrocie:
Mobilność Zuzki ma na razie charakter raczej przypadkowy, tzn. mam wrażenie, że ona pełznie gdzie się zdarzy, a nie zmierza do wytyczonego celu.
A potem czas na regenerację sił:
I po pobudce:
Ola lubi Jutrosin, czuje się tam dobrze i swobodnie. Pokazało się to fajnie w niedzielny poranek, kiedy Ola szybko i bez żalu zostawiła śniadających rodziców i poszła tylko z wujkiem Sylwkiem na spacer nad Orlą (co myśmy przyjęli z lekkim zdumieniem, a wujek z całkowitym spokojem).
Kilka dni temu córeczka spytała się, kiedy znowu będą urodziny Jagody...
W przedszkolu sytuacja towarzysko-koleżeńska bez zmian - to znaczy pełna wzlotów i upadków, na przemian: świetna zabawa, komitywa i idylla ("mamo, jak będziesz robić dla mnie kanapkę ma basen, zrób taką samą dla Leny" i tym sposobem zabieranie bułeczki dla koleżanki stało się nową świecką tradycją) oraz: "bo ona się rządzi" i "już nie będę się z nią bawić".
A ja miałam ostatnio bardzo przyjemną rozmowę z przedszkolną panią psycholog, która przetestowała dzieciaki ("mamo, dziś siedziałam z panią Marceliną na stryszku" zeznała Ola jakiś czas temu) i podawała rodzicom diagnozy. Widocznie ten stryszek to jakieś fortunne miejsce, bo usłyszałam, że Ola ma bardzo duży potencjał intelektualny, dobrą wiedzę o świecie, świetną pamięć, prawidłową koordynację ruchową, itd. Cud, miód i orzeszki. Ale skłamałabym pisząc, że nie było mi miło i że na prawdopodobne rozpoczęcie przez Olę edukacji w wieku lat 6 nie spojrzeliśmy raźniej.
Pamięć córeczka rzeczywiście ma niezłą i ostatnio regularnie rozgramiała nas w memory - bez żadnego dawania forów. Najpierw graliśmy zestawem kilkunastoelementowym wyciętym z gazetki dla dzieci, szybko przerzuciliśmy się na zestaw 40-elementowy. O ile Maćkowi zdarza się wygrywać z córeczką, to ja z reguły kończę grę na zaszczytnym drugim miejscu.
A Zuzanka patrzy.
A tu zuzkowe pełznięcie uchwycone - zostawiłam Zulkę na kołderce (prawy dolny róg) i poszłam umyć z Olcią zęby. Po powrocie:
A potem czas na regenerację sił:
tarte jabłko - zdecydowanie nie,
banan - jak najbardziej (mieszam więc jabłko z bananem),
dynia - nie bardzo (Ola wcinała)
kaszka z owocami- chętnie
zupa jarzynowa, zwłaszcza z pietruszką - uwielbia! (przy pierwszej próbie zagrzałam kilka łyżeczek, ale po entuzjastycznej reakcji popędziłam podgrzewać resztę)
Początki oczywiście nie były łatwe; zaczęliśmy od bananowej kaszki, która teraz jedzona jest chętnie i bez oporów, ale po pierwszych karmieniach Maciek myjący małą stwierdził, że to co oblepiało zuzkową szyjkę wystarczyłoby spokojnie na drugą małą porcję - córeczka pluła pokazowo, robiąc przy tym minki pod tytułem: "co wy mi tutaj wkładacie do dziobka? a co się stało z mleczkiem?".
banan - jak najbardziej (mieszam więc jabłko z bananem),
dynia - nie bardzo (Ola wcinała)
kaszka z owocami- chętnie
zupa jarzynowa, zwłaszcza z pietruszką - uwielbia! (przy pierwszej próbie zagrzałam kilka łyżeczek, ale po entuzjastycznej reakcji popędziłam podgrzewać resztę)
Początki oczywiście nie były łatwe; zaczęliśmy od bananowej kaszki, która teraz jedzona jest chętnie i bez oporów, ale po pierwszych karmieniach Maciek myjący małą stwierdził, że to co oblepiało zuzkową szyjkę wystarczyłoby spokojnie na drugą małą porcję - córeczka pluła pokazowo, robiąc przy tym minki pod tytułem: "co wy mi tutaj wkładacie do dziobka? a co się stało z mleczkiem?".
Dokarmianie ruszyło na początku 6. miesiąca, bo Zuzinek coś słabo na wadze przybierał. Po miesiącu coraz bardziej urozmaiconego karmienia Zuzka poprawiła wynik na wadze, ale wciąż utrzymuje się w subtelnym 10 centylu.
A tak wygląda Zulka odkarmiona:



