niedziela, 27 listopada 2011

stoi na stacji lokomotywa

a konkretnie parowóz

11.11 nie zrażeni wybitnie rześkim powietrzem ruszyliśmy do Jaworzyny, do muzeum kolejnictwa. Wybierając kierunek wycieczki kierowałam się głównie chęcią oderwania naszego rodzinnego fana pojazdów szynowych od spędzenia kolejnego weekendu na pracach wokół domu. Okazało się, że i Ola miała frajdę; choć zimno szczypało w policzki długo musieliśmy ją namawiać na opuszczenie parowozowni.
Najpierw Maciek z Olą zbadali ogólny stan posiadania Muzeum Techniki (Maciek bolejąc nad rdzewiejącymi weteranami szyn), po czym pan przewodnik zaprosił nas do jednego z kilku niewielkich budynków o niepozornej elewacji, za obdrapane drzwi, dla lepszej konspiracji pozbawione jakichkolwiek napisów. I zanim zaprezentował słusznych rozmiarów makietę kolejową, pokazał w pierwszej sali zabytek, którego uroku nasza córeczka nie umiała w pełni docenić:


Komputer Odra, zajmujący cały pokój, o pamięci kilkukrotnie mniejszej od dyskietki (swoją drogą widzę już oczyma duszy Olę i Zuzę, które pytają mnie za kilka lat: "mamo, co to jest dyskietka?"). A w dalszym kącie pokoju inne rekwizyty z opowieści z krainy mchu i paproci:


Później Ola z Maćkiem wsiedli do parowozu i odbyli przejażdżkę, a pan maszynista dla lepszego efektu nie skąpił pary ni gwizdów (to ostatnie wyjątkowo nie pasowało Zulce).


Po przejażdżce ruszyliśmy razem do lokomotywowni (Zuzi - dla większej wygody spacerowania włożonej w chustę - wzrosła tolerancja na dziwne dźwięki). Można było dotykać, wdrapywać się, łapać za wajchy, pukać, zadawać tacie tysiączne pytania i nie przejmować się spadającą temperaturą powietrza.

Szczęściem nieopodal była miła karczma z płonącym kominkiem i zbawczym gorącym żurkiem. Posileni mogliśmy jeszcze podziwiać uroki zalanego żwirowiska, gdzie latarnie wyrastały wprost z lustra wody.


Dzień po parowozowych przeżyciach ruszyliśmy na 18 urodziny Jagody, gdzie nasze dziewczyny były najmłodszymi gośćmi. Zuza nie bardzo się tym przejęła i po otrzymaniu porcji komplementów za pogodne usposobienie i słodki uśmiech, poszła spać o zwykłej porze.
A Olę musieliśmy niemal siłą wyciągać z parkietu nieco przed 23 (podczas gdy z reguły już o 20.30 smacznie śpi). Ola bawiła się nadspodziewanie dobrze; choć większość krewnych i znajomych Jagody widziała po raz pierwszy, bez oporów wtopiła się w towarzystwo. Tańczyła niestrudzenie z wujkami solenizantki, zbierając pochwały za wyczucie rytmu i kondycję, śmiało wychodziła na dwór w rześki wieczór, jako człon tanecznego pociągu, z bartkową Hanią bawiła się balonami i rozmawiała jak ze starą znajomą. Szczerze uśmiechnięta, rozbawiona - szczęśliwy gość osiemnastkowy.
Ola lubi Jutrosin, czuje się tam dobrze i swobodnie. Pokazało się to fajnie w niedzielny poranek, kiedy Ola szybko i bez żalu zostawiła śniadających rodziców i poszła tylko z wujkiem Sylwkiem na spacer nad Orlą (co myśmy przyjęli z lekkim zdumieniem, a wujek z całkowitym spokojem).
Kilka dni temu córeczka spytała się, kiedy znowu będą urodziny Jagody...

W przedszkolu sytuacja towarzysko-koleżeńska bez zmian - to znaczy pełna wzlotów i upadków, na przemian: świetna zabawa, komitywa i idylla ("mamo, jak będziesz robić dla mnie kanapkę ma basen, zrób taką samą dla Leny" i tym sposobem zabieranie bułeczki dla koleżanki stało się nową świecką tradycją) oraz: "bo ona się rządzi" i "już nie będę się z nią bawić".

A ja miałam ostatnio bardzo przyjemną rozmowę z przedszkolną panią psycholog, która przetestowała dzieciaki ("mamo, dziś siedziałam z panią Marceliną na stryszku" zeznała Ola jakiś czas temu) i podawała rodzicom diagnozy. Widocznie ten stryszek to jakieś fortunne miejsce, bo usłyszałam, że Ola ma bardzo duży potencjał intelektualny, dobrą wiedzę o świecie, świetną pamięć, prawidłową koordynację ruchową, itd. Cud, miód i orzeszki. Ale skłamałabym pisząc, że nie było mi miło i że na prawdopodobne rozpoczęcie przez Olę edukacji w wieku lat 6 nie spojrzeliśmy raźniej.

Pamięć córeczka rzeczywiście ma niezłą i ostatnio regularnie rozgramiała nas w memory - bez żadnego dawania forów. Najpierw graliśmy zestawem kilkunastoelementowym wyciętym z gazetki dla dzieci, szybko przerzuciliśmy się na zestaw 40-elementowy. O ile Maćkowi zdarza się wygrywać z córeczką, to ja z reguły kończę grę na zaszczytnym drugim miejscu.
A Zuzanka patrzy.

Dzięki olkowym porywom mieliśmy ostatnio brokatowy dom. Zaczęło się od wypatrzenia przez córkę, że inna grupa w przedszkolu robiła jeżyki z masy solnej (masa solna + goździki). Zrobiłyśmy więc parkę jeży. A z pozostałej masy Ola wycięła pierniczkowymi foremkami gwiazdki, misie, serca, itp. Potem naciągnęła mnie na brokat w 4 kolorach i ozdabiałyśmy niepowtarzalne przystrojenia choinki (każda gwiazdka ma inaczej zwichrowane ramię, a każdy miś inaczej przekrzywioną główkę/łapę). Choć w trakcie prac nie wyszłyśmy poza kuchnię, po robocie brokat był wszędzie, w tym na Zuzi, która pełzając mimochodem froteruje podłogi.


A tu zuzkowe pełznięcie uchwycone - zostawiłam Zulkę na kołderce (prawy dolny róg) i poszłam umyć z Olcią zęby. Po powrocie:

Mobilność Zuzki ma na razie charakter raczej przypadkowy, tzn. mam wrażenie, że ona pełznie gdzie się zdarzy, a nie zmierza do wytyczonego celu.
A potem czas na regenerację sił:

I po pobudce:
Pora posiłku:

tarte jabłko - zdecydowanie nie,
banan - jak najbardziej (mieszam więc jabłko z bananem),
dynia - nie bardzo (Ola wcinała)
kaszka z owocami- chętnie
zupa jarzynowa, zwłaszcza z pietruszką - uwielbia! (przy pierwszej próbie zagrzałam kilka łyżeczek, ale po entuzjastycznej reakcji popędziłam podgrzewać resztę)

Początki oczywiście nie były łatwe; zaczęliśmy od bananowej kaszki, która teraz jedzona jest chętnie i bez oporów, ale po pierwszych karmieniach Maciek myjący małą stwierdził, że to co oblepiało zuzkową szyjkę wystarczyłoby spokojnie na drugą małą porcję - córeczka pluła pokazowo, robiąc przy tym minki pod tytułem: "co wy mi tutaj wkładacie do dziobka? a co się stało z mleczkiem?".
Dokarmianie ruszyło na początku 6. miesiąca, bo Zuzinek coś słabo na wadze przybierał. Po miesiącu coraz bardziej urozmaiconego karmienia Zuzka poprawiła wynik na wadze, ale wciąż utrzymuje się w subtelnym 10 centylu.
A tak wygląda Zulka odkarmiona:


sobota, 12 listopada 2011

klocki


Klockowa układanka Oli (wytwór indywidualny, niekierowany) pokazuje, co ostatnio działo się wokół domu: był robiony taras (klocek czerwony w otoczeniu zielonej trawy), sadzone drzewka (walce koło ścieżki) i robiony płot - symptomatycznie nieukończony, bo trafiliśmy na wyjątkowo wyluzowaną ekipę (skończyli z miesięcznym poślizgiem). Na ponaglające telefony Maćka, szef firmy ogrodzeniowej miał stałą odpowiedź: "panie Macieju, pan się nie denerwuje, zrobimy...". Pan się trochę denerwował, pani też. A dziecko odnotowało.
Dziecko nie tylko utrwala obserwacje, ale też czynnie się angażuje. I choć poniższe zdjęcie wygląda jak kadr z dokumentu o wyzysku dzieci, to zapewniam, że Oleńka włącza się w roboty okołodomowe z własnej, nieprzymuszonej woli i koniecznie chce wszystkiego popróbować.

Powyżej Ola przy budowie tarasu, poniżej główny wykonawca, w towarzystwie dyniowej latarni (wykonanej na Święto Dyni i Ziemniaka w przedszkolu). O rześkiej godzinie 22 już nikt, poza wzmiankowanym Panem Dynią nie chciał mu towarzyszyć.

Maciek walczył z materią o nietypowej porze, żeby nasi październikowi goście mieli po czym przejść do ogniska. Na imprezę przejście było, Ola nie skorzystała z niego bodaj ani razu, zadowalając się pieczoną kiełbaską przyniesioną przez tatę do domu. Ilość gości nie wpłynęła na nią deprymująco, świetnie bawiła się z Szymkiem, a potem z Zosią. Zabawa szła tak dobrze, że Ola najpierw postanowiła, że będzie spać z Zosią, po wyperswadowaniu jej tego, pozornie pogodzona poszła spać, po czym obudziła się o 6.20 (w niedzielę!) i oświadczyła, że idzie sprawdzić, czy Zosia się już nie obudziła.

Ola też dobrze bawiła na dorocznym zjeździe rodzinnym w Polanicy.
Rozkładając sztućce Ola skrupulatnie liczyła stołowników (14, nie licząc posilającej się poza stołem siostrzyczki i krążącego wokół stołu Wojtusia). Córka miała powód, by zliczać krewnych: jak tylko dowiedziała się, że do babci przyjedzie więcej gości stwierdziła z satysfakcją: "będzie dużo nakrętek". W olkowym przedszkolu trwa akcja zbierania nakrętek, a dzieci, które je przynoszą, dostają drobne prezenciki. Ola, która z pełną powagą traktuje wszelkie przedszkolne akcje, jest mocno przywiązana do swoich małych zdobyczy i nie przepuści okazji, żeby powiększyć ich zbiór.
Ale zanim nastąpiła szczęsna chwila nakrętkowych żniw Ola pomagała babci, uważnie dziurkując kluski śląskie.


A na rodzinnym zjedzie Olcia śmiało prowadziła rozmowy z ciotkami (choć z reguły sama ich nie zaczynała) i bez żadnego skrępowania szalała ze starszymi kuzynami, chwilami w silnej fazie mimikry naśladując ich nastoletnie zachowania, chwilami proponując swoją wersję zabawy. Była też opiekuńczą straszą kuzyneczką dla Wojtusia.


Niedzielne wyjście na Góralkę:

I odpoczynek po zabawie:

A Zuza w ramionach cioci Magdy, stale i konsekwentnie namawianej przez Marysię na kolejnego braciszka/siostrzyczkę.


Dobrze było patrzeć na Olę w ferworze zabawy, śmiejącą się głośno i namawiającą starsze towarzystwo na coś, co sama wymyśliła. W domu Ola zachowuje się śmielej niż w przedszkolu. Wygląda na to, że kontakty z rówieśnikami są trudniejsze, niż ze starszymi kuzynami.
Nasze powroty z przedszkola zawsze zaczynają się od opowieści, jak minął dzień w przedszkolu. Opowieść Oli biegnie nielinearnie, drobny szczegół urasta do atrakcji/problemu dnia, a anonsowane na przedszkolnej tablicy wydarzenia (przedstawienie, koncert) czasami nie doczekują się nawet wzmianki. Ola chętnie opowiada za to o zabawach i rozmowach z koleżankami. Jej przyjaźnie z Wiktorią, Leną, Mają i Asią to historia pełna licznych zwrotów akcji: celebrowania wspólnych zabaw, trzymania sztamy, ale też zupełnych nieporozumień i dramatycznych sporów. Ola lubi swoje koleżanki i jest lubiana, ale czasem komunikacja w małej grupie mocno szwankuje, a umiejętności budowania kompromisu są niewielkie. Córeczka opowiada np., jak bawiła się dziś z chłopakami, bo Wiktoria chciała się bawić kucykami, a Ola klockami i "się obraziły". Sugeruję, żeby umówić się, że najpierw pobawią się jednym, potem drugim (albo każda swoim, a potem razem czymś innym). Ola rozważa propozycję, mam wrażenie, że docenia pomysł, ale następnego dnia historia się powtarza.
Ostatnio plac zabaw olkowego przedszkola wzbogacił się o dużą trampolinę. Ola uwielbia skakanie i spędza na trampolinie tyle czasu, ile się tylko da. Ona skacze, a ja mam czas na rozmowę z wychowawczynią. Pani Ania dobrze obserwuje i potrafi powiedzieć o swoich podopiecznych coś więcej, niż standardowe "wszystko w porządku". Opisuje Olę, jako chętną do współpracy, choć lubiącą też robić coś po swojemu, ale mającą problemy z bronieniem swojego stanowiska. Inna rzecz, że w tym roku do grupy Oli trafiła Lena (określona przez p. Anię, jako gwiazda socjometryczna), którą Ola bardzo lubi i z którą chętnie się bawi, ale z którą zupełnie nie umie negocjować - Olcia albo bawi się w to, co wymyśliła Lenka, albo się wycofuje.
Ola też bardzo poważnie traktuje to, co mówią koleżanki i jeżeli nie są to jakieś oczywiste fantazje ("Wiktoria dziś mówiła, że ma dżdżownicę, którą wyprowadza na spacer na smyczy, ale to niemożliwe, prawda mamo?"), przyjmuje to za dobrą monetę i podejrzliwie patrzy na mnie, kiedy oględnie stwierdzam, że raczej nie może być tak, jak opowiedziały jej koleżanki (trzeba by widzieć ten powątpiewający wzrok, mam wrażenie, że ona myśli: "mama jest kochana, ale cóż, o pewnych rzeczach po prostu nie wie").
W domowych pieleszach Ola jest i asertywna i negocjująca, mówi co jej się podoba i co nie, nie ma problemu z wyartykułowaniem tego, co chciałaby robić, a na co nie ma ochoty. Grupa rówieśnicza jest dla niej większym wyzwaniem. Tym bardziej dobrze, że Ola chodzi do przedszkola. Ale widzę, że czeka nas jeszcze wiele rozmów o komunikacji; Olcia uważa, że jak zrobi minkę, to już koleżanki wiedzą, co też ona myśli. Wygląda to tak:
- ... ale ja nie chciałam już się w to bawić!
- a powiedziałaś jej to?
- tak!
- a jak to zrobiłaś?
- pokazałam taką minę - o (i tu: nosek zmarszczony, usta wydęte - ogólnie manifestacja niezadowolenia)
- Oleńko, a może lepiej byłoby powiedzieć....

A tymczasem (w odległej galaktyce niemowlaczków) Zulka biegle przewraca się z plecków na brzuszek i na odwrót, a leżąc na brzuszku podpiera się rączkami i jak najwyżej unosi głowę, rwie się też do siadania. Choć nie mogłam się doczekać, aż Zuzia osiągnie biegłość w tych umiejętnościach ruchowych (bo Ola już przewracała się swobodnie w 4 miesiącu), to teraz z lekkim rozrzewnieniem myślę o nieodległych przecież czasach, kiedy przebieranie pieluszki czy ubieranie spodenek nie polegało - w dużej mierze - na łapaniu wysmykującej się córeczki, która właśnie po drugiej stronie przebieralnika zlokalizowała paczkę mokrych chusteczek o tak cudnie szeleszczącym opakowaniu.







A układ między siostrami wciąż bardzo obiecujący. Nie wiem, jak to będzie, jak Zuzia zacznie się poruszać, coś popsuje w Oli pokoju, albo poprzeszkadza starszej siostrze, ale teraz jest świetna symbioza. Zulka z zachwytem obserwuje Olę (wygląda to tak, jakby duża siostra grała główną rolę w wokółzuzkowym teatrze), Ola cierpliwie przynosi zabawki, zagaduje małą i odnotowuje postępy ("zobaczcie, jak Zuza wysoko podniosła się na rączkach!").
Ola ma świadomość przewagi nad malutką i nieporadną siostrzyczką, ale to, co wypływa z tej świadomości wygląda całkiem optymistycznie.