wtorek, 27 września 2011

Sobótka

Dziadzio przywiózł zdjęcia z przedchrzcielnej soboty, kiedy kochani dziadkowie zabrali Olę na Tąpadła i wyżej na sam szczyt; w tym czasie Maciek walczył z elewacją (zwycięstwo już blisko), a ja, przy silnym wsparciu babci Ani, spokojnie szykowałam poczęstunek.

Dziadkowie podali, że Ola naprawdę zasłużyła na swoją kiełbaskę z ogniska - weszła na sam szczyt, prawie całą drogę drepcząc na własnych nogach (pod koniec dziadzio trochę wsparł), nie narzekając, a każdy przystanek wykorzystując na zbieranie szyszek, kwiatów, itp.

środa, 21 września 2011

chrzciny, postrzyżyny i urodziny rodziny

Od powrotu z Polanicy prowadzimy bardziej stacjonarny tryb życia - nie zapuszczamy się dalej niż do Wrocławia - z wyjątkiem Oli, która z dziadkami wybrała się na Ślężę.

Tu - spacer po parku Szczytnickim z dziadziem i wujkiem Miśkiem.

I Ola, która miała ambicję gałązką wyzamiatać cały park z liści.

1 września Ola wróciła do przedszkola; choć pod koniec sierpnia wzdychała, że nie chce iść do przedszkola, to obyło się bez dramatycznych scen: zobaczyła swoją Wiktorię, pożegnała solennie Zuzankę i mnie i pomknęła do zabawy. Mieliśmy pewne obawy, jako że Ola nie lubi zmian, a w tym roku zmieniło się sporo: ma całkiem nowe wychowawczynie i mocno zmieniony skład grupy, bo większość 5-latków poszła w tym roku do zerówki. Ale Olcia widocznie już okrzepła, bo te zmiany nie zrobiły na niej większego wrażenia.
Jak inaczej było rok temu. Choć Ola dobrze bawiła się w dniu adaptacyjnym, to zaprowadzana do nowego przedszkola rzewnie płakała, nie chciała puścić ręki i upewniała się "przyjdziesz zaraz po obiedzie, mamusiu?" (a obiad w przedszkolu jest o 11.30). Potem już odwoził ją Maciek i relacjonował, jak Ola - żeby się nie rozkleić przy pożegnaniu, żegnała się z nim na pierwszym stopniu schodów i potem sama wchodziła do swojej grupy na górę. Nigdy też nie byłam tak entuzjastycznie witana przez córeczkę, jak w tych pierwszych tygodniach pobytu w przedszkolu.
Ale ucieszyłam się, kiedy pod koniec września Ola przestała przybiegać do mnie z poważną minką i okrzykiem "tak bardzo za tobą tęskniłam"; ulżyło mi, kiedy któregoś dnia Ola, widząc mnie na parkingu, pomachała mi na powitanie i spokojnie kończyła zabawę z koleżanką.
Panie relacjonowały, że Ola w przedszkolu głównie milczy i obserwuje. Wetowała sobie to w domu, mówiąc, śpiewając, recytując... A ja po raz kolejny stwierdzałam, że bardzo lubię jej słuchać. Czasem zaskakiwała tym, co mówi, czasem - jak mówi. Pamiętam, że jakiegoś jesiennego dnia, kiedy wracając z przedszkola jechałyśmy przez ul. Wietrzną Ola, wydłubująca z pudełka resztki kakaowych herbatników wygłosiła: "tak się skoncentrowałam ciasteczkami, że nie zauważyłam, jak minęliśmy Entliczki".
Wprawdzie brakowało przysłówka, ale i tak byłam pod wrażeniem. Tak się skoncentrowała...
Od tej pory słownictwo Oli znacznie się rozwinęło, a ja żałuję, że nie zapisywałam gdzieś co lepszych powiedzonek.

Tymczasem Zuza goni Olę.

W ostatnim czasie posiadła nie tylko umiejętność przekręcania się na boczek i na brzuszek,


ale też zaczęła wydawać piękne dźwięki. Obok zwiastującego głód "lle" pojawiły się aaeo, eku (z akcentem na u), uka i inne takie, łączone w długie i pełne wyrazu wypowiedzi. Przyjemnie tego słuchać, bo Zuzia ma bardzo miły głosik i angażuje się w rozmowy.
Pamiętam, że lubiłam też słuchać Oli w podobnym wieku i też uważałam, że ma przyjemnie brzmiący głos.
Udźwiękowienie Zuzki wywarło ten wpływ na Olę, że zaczęła więcej rozmawiać z małą siostrzyczką. Najpiękniejsze jest, jak Ola zadaje Zuzi liczne pytania i nie mogąc doczekać się treściwej odpowiedzi, sugeruje Zuzce, co mogłaby powiedzieć ("Zuziu, opowiedz, jak było u mamusi w brzuszku - pływałaś sobie w woreczku?").
Któregoś dnia Ola położyła się koło Zuzki, ja wyszłam na chwilę z pokoju, a kiedy wróciłam Ola zrelacjonowała: "myśmy się z Zuzią poprzytulały i pogadały".
Świetnie.

Szczęśliwie w czasie chrzcin Zuza zachowała (pełne właściwej jej pogody) milczenie, cała zadowolona w ramionach mamy chrzestnej (Beaty), zainteresowana świecą, trzymaną przez ojca chrzestnego (Michała). Doczekała się pochwały do księdza, który po wygłoszeniu wymaganych formuł dodał nieprzepisowo: "super Zuza!".


Siostrzyczki - poważna Zuza w wyjściowym wdzianku i okrutnie pogryziona przez komary Ola:

Dzień chrzcin mijał Zuzi komfortowo:


Nie odmówiliśmy sobie spaceru na pobliskie błonia, gdzie odbywały się gminne dożynki, z całym dobrodziejstwem takiej imprezy: skoczną muzyką, straganami z wszelakim dobrem i wesołym miasteczkiem.

Ostatni weekend spędziliśmy w Złotowie na zbiorczych urodzinach Beaty, Jarka, Antka i Misia. Nie mogliśmy przecież pozostać obojętni na tak sformułowane zaproszenie:


Zuza zbierała uśmiechy i uściski, a Ola korzystała z palety atrakcji: obejrzała wszystkie "Martynki" znalezione w domku (dobrze, że nie prosiła, żeby je wszystkie przeczytać - rozsądnie ograniczyła się do 2 sztuk), wybawiła się tamtejszymi lalkami, asystowała ekipie kuzynów (Antek, Michał, Marysia i Kajtek) w ich "starszakowych" zajęciach i rozmowach, zbierała szyszki i dopingowała do pilnowania ogniska.
Córeczka pogardziła wprawdzie pysznym curry wujka Jarka, ale nie odmówiła 2 porcjom kiełbaski z ogniska, bo w spożywczym rankingu Oli kiełbaska z ogniska zajmuje bardzo wysokie miejsce. Czołowym wspomnieniem z zeszłorocznych wakacji z babcią Anią i kuzynami było codzienne pieczenie kiełbasek na ognisku (wysokie miejsca zajmowały też ex aequo basen i dyskoteki dla maluchów; jeżeli chodzi o to ostatnie, to nie wiem, po kim ona to ma...).
Wieczorem na ognisko przyjechała 5-latka Iga, z którą Ola szybko złapała kontakt. Dziewczyny odłączyły się od starszaków i uskuteczniały własne zabawy, np. w ducha głodomora(?)!

Następnego dnia: przejażdżki na taczce

i doskonalenie turlania po zboczu (rozgrzewka była w wieczór wcześniej - z Igą):


Do domu wróciliśmy przez jeszcze świeży most Rędziński; duża wygoda i jaki piękny widok.
A w domowych pieleszach:



Wydarzeniem na lokalną skalę było otwarcie odnowionego domu kultury. Ola na razie jest zapisana na zajęcia plastyczne dla dzieci; zastanawiamy się też nad angielskim i grupą cheerleaderek. Jak Ola podrośnie, będzie mogła zapisać się do kółka szachowego, na taniec nowoczesny albo lepienie w glinie. Na razie jestem bardzo zbudowana ofertą przybytku, którego oficjalna nazwa brzmi "Klub osiedlowy Tęcza".

A kilka dni temu Ola, zamiast konstruktywnej zabawy, zajęła się poprawianiem swojej fryzury.

Musimy szybko zorganizować wizytę u fryzjera, bo na razie mamy Olę z ząbkiem w grzywce. Kiedy zapytałam "czemu???" odparła zgodnie z prawdą: "bo mi wchodziła grzywka do oczu".
Chyba trzeba się przygotować na takie akcje. Zajmując się Zuzą, domem nie zawsze pilnujemy co Ola robi w każdej chwili. Zresztą nasza duża dziewczyna fajnie bawi się sama i z reguły nie wycina większych numerów.
Z drobnymi wyjątkami.

A ranki już pachną jesienią...