piątek, 24 lipca 2009

Rota

Rotawirusy - wirusy należące do rodziny reowirusów. Nazwa rota związana jest z ich kształtem przypominającym koło (łac. rota = koło).
Tyle wikipedia. A my w nocy z piątku na sobotę mieliśmy całkowicie błędne koło...
A miało być całkiem inaczej: pokój w Samotni zarezerwowany od początku czerwca, nosidło Olkowe od 2 tygodni ustawione w dużym pokoju, coby Ola się z nim na powrót oswoiła (akcja udana - córa nawet któryś podwieczorek zjadła w nosidle).
Kiedy okazało się, że pogoda może być wątpliwa, ograniczyliśmy się do Ślęży.
Tymczasem jedyną naszą wyprawą w czasie weekendu była podróż do szpitala Korczaka na ostry dyżur pediatryczny, przedsięwzięta po całonocnym wymiotowaniu małej. Okazało się, że to rotawirus, konieczne nawadnianie, dieta lekkostrawna, probiotyk. Ola od 6 dni apatyczna, zupełnie bez apetytu (w sobotę jej egzystencja opierała się na wątłym budulcu 3 biszkoptów!). Biedny królik. A rodzice wmuszają kolejne łyki wody.
Najbardziej absurdalna była nocna rozmowa z dyspozytorką pogotowia, która uświadamiała mnie, że przyjazd pogotowia na pewno skończy się zabraniem dziecka do szpitala, bo w ekipie pojazdowej nie ma pediatry, a internista nie podejmuje się leczyć dziecka.

A Jarek i Beata specjalnie się na imprezach nie zasiadywali, żeby być w formie na wycieczkę...

Tu Ola w niedzielny poranek, jeszcze we względnej formie. Potem drzemała 3 razy a między drzemkami snuła się, konsekwentnie odmawiając posiłków i zabaw.


Choroba miała przejść w ciągu 3-4 dni. Nie przeszła. Jutro mieliśmy jechać do Wilkowic na urodziny Adama. Nie jedziemy. Ola może i już nie zaraża, ale jeszcze jest osłabiona, a jej apetyt (a właściwie kompletny jego brak) wywołuje u mnie lekką panikę, która objawia się proponowaniem Oli coraz to nowych lekkostrawnych frykasów. Ola odmawia wszystkiego, również tego, czym jeszcze tydzień temu się zajadała. Liczę, że na wakacjach sobie powetuje.

Teraz zasadniczym wieczornym hobby Oli jest teraz polegiwanie na kanapie i słuchanie "Kubusia". Mamy kasetę "Chatka Puchatka" należącą wcześniej do Maćka. Ola umie sobie włączyć i od dobrych kilku (kilkunastu?) tygodni słucha tej kasety przynajmniej raz dziennie, a ostatnio i więcej. Zna już wszystkie piosenki i powtarza niektóre dialogi, nawet te, które nie do końca rozumie.
Chyba musimy poszerzyć nasz zbiór bajek na płytach ...


niedziela, 19 lipca 2009

Lipiec


Zdjęcie poniżej jest najlepszą ilustracją pogody ostatnich tygodni: zdarzają się przebłyski słońca, nawet upalne dni, kiedy to wyciąga się basenik, żeby dziecię zażyło ochłody i wydaje się, że już przyszło lato. A potem niebo się zasnuwa i przez balkonowe okno obserwujemy, jak krople deszczu robią idealne kółka tak, gdzie przed chwilą Olą się pluskała.
Jedyny plus tej pogody to wygląd i faktura naszego trawnika. Myśmy nigdy nie mieli tyle pary, żeby podlewać go tak intensywnie. Teraz - świetnie nawodniony - jest zielony i gęsty.

Nie ma niestety zdjęć z zaimprowizowanych zajęć zastępczych w naszym ogródku. Zabawy w entliczkach zostały odwołane i przy dwóch basenikach, chrupkach i lodach bawiła się Ola z Nastką, Wiktorią i Kubą. Dzieciaki ganiały, mamy rozmawiały zerkając co chwila na wesołe towarzystwo. Zjawiskiem nowym była zabawa całkowicie wymyślona przez dzieciaki (maszerowanie wokół baseniku z rytmicznym powtarzaniem "buła, buła, buła"???). Zaczynają mieć swoje sprawy?

W Polanicy też roślinność bujna i też deszczowo.
W pierwszy lipcowy weekend Ola mogła się nacieszyć dwiema babciami Aniami naraz i dziadziem Adamem oczywiście. Córeczki zupełnie nie zdziwiło, że dziadkowie wrocławscy zmienili miejsce pobytu i w powrotnej drodze zapowiadała, że znowu przyjedzie do Polanicy do babci Ani, babci Ani i dziadzia Adama.



A tu 3 Anie i Ola, czyli Aleksandra Anna:


W początkach lipca Ola była trochę osamotniona na placu zabaw. Nastka i Wiktoria wyjechały, a koledzy się jakoś rozpierzchli. Córeczka miała okazję poznawać inne dzieci, ale nie zawsze z tego korzystała. Ola nie jest śmiała wobec dorosłych, z dziećmi do tej pory generalnie nawiązywała kontakt bez większych problemów. Teraz niestety się to zmieniło i Ola milczy uparcie przy co bardziej ekspansywnych jednostkach. A jednocześnie przełamała się i prosi już w sklepie panią sprzedawczynie o loda czy soczek. Przypuszczamy, że przedszkole trochę ośmieli Olę.


Spacery z Olą na razie się nie zmieniają - wciąż są bardziej wędrówkami w poprzek drogi, niż po drodze. Ola jest wciąż namiętną zbieraczką patyków i kamyczków oraz wierną ich posiadaczką. Patyki wędrują z nami co najmniej do bramy klatki, a niektóre nocują w przedpokoju, kamyki poniewierają się po całym mieszkaniu.
Ola czasami przygląda się dokładnie każdemu krzaczkowi, a obserwacja myjącego się kotka trwała do momentu, kiedy kot nie skończył toalety i poszedł własną drogą (jakieś 20 minut).


Zastanawiamy się nad wzięciem kota. Ale bliższe kontakty Oli z kotem - jak u Agnieszki i Jacka, raczej pogłębiają nasze rozterki. Poniższe zdjęci najlepiej oddaje relacje Oli i Tygrysa: kocur się chowa, a Ola go goni; kocur chowa się coraz lepiej, Ola szuka go z coraz większym zaangażowaniem (wczołgała się pod łóżko).

Wizyta u cioci i wujka nie upłynęła wyłącznie na gonieniu kota. Wybraliśmy się na spacer (podtuczyliśmy trochę komary) a Ola konsekwentnie największe zaufanie okazywała wujkom (tu akurat jednemu):