wtorek, 4 czerwca 2013

2, róża w zębach i Zuzia hama

Znów haniebnie długa przerwa, ale ostatnimi czasy praca dostarcza mi takiej ilości pisaniny, że przespana noc stała się luksusem, więc nawet na pisanie o kimś tak miłym jak własna progenitura nie starczało sił.
Ale teraz pokrzepiona kilkudniowym szkoleniem nad morzem i dwoma tygodniami urlopu mogę pokronikować:

Zuza skończyła dziś 2 latka. Jako że ulopujemy, obchody przełożyliśmy na później, ale już dziś dostała mały podarek – od kelnerek w naszym hotelu, zauroczonych małym blondaskiem (she is sweet/cute/i love her) dostała dwa lizaki, którymi – choć z lekkim oporem – podzieliła się z Olą. I tak zyskała nowe życiowe doświadczenie, jako że wcześniej lizaka nie jadła. Usłużna starsza siostra oczywiście zrobiła pokaz technik spożywania lizaka, Zuza chwilę lizała zgodnie z instrukcją, po czym zaczęła całego wkładać do buzi i próbując zgryźć słodycz wyciągała z pyszczka i stwierdzała: „nie da się”, ponawiała próby, aż tryumfalnie oświadczyła: „skończyłam!” i oddała sam patyczek.
Od ostatniego wpisu Zu mocno ruszyła z mową, strzela już całymi zdaniami, mówi sporo i pięknie odmienia, aczkolwiek wydaje mi się, że Ola w adekwatnym wieku mówiła więcej i wyraźniej.
Chyba.
Za to sprawnością bije starsze siostrę z naszych wspomnień na głowę (równowaga zachowana).

Rysuje dość abstrakcyjnie, maluje takoż, z zapamiętaniem układa wysokie wieże z klocków, dając im tak do 4 sekund życia, po czym radośnie je dekonstruuje (równie krótki żywot mają piaskowe baby), rwie się do czterokołowego rowerka Oli i wchodzi na każdą zjeżdżalnię. I nie widzi problemu w wyjściu z dziecięcego łóżeczka z wysokimi brzegami!
Jest ruchliwa i lubi często zmieniać zabawę (a Olę pamiętam, jak potrafiła przez kwadrans uważnie studiować jedną książeczkę, przewracając ze skupieniem kartka po kartce).

Zu bada głębokość kałuży
Początki mowy są zawsze świetne – naszym ulubionym słówkiem Zu było „duchem” – Zuzka chowała się pod koc/ręcznik i udawała ducha, pomijając zawsze słowo „jestem”: podnosiła rączki, potrząsała przykryciem i niskim głosem straszyła nas, krzycząc: „duchem, duchem!”.
Wiosną nieśmiało wyskoczył pierwszy przyimek – na spacerze Zuzia ustaliła „kura idzie do nas”, ale z reguły pomija te mniej istotne części mowy.
Jest też bardzo kulturalną panienką - kiedy ktoś stoi jej na drodze, przesuwa go delikatnie, mówiąc "pasiam", jak jej się coś poda, wyraża wylewnie wdzięczność "dziękuję baldzo", "posie" też jest na porządku dziennym, siostrzyczkę budzi czułym wezwaniem "tawaj Oleńko!".
A potem wali Olę drewnianym marakasem w głowę.


Na urlopie pojawiło się bodaj pierwsze 4-sylabowe słowo (okulaly – okulary), 3-sylabowce to już nic nadzwyczajnego, a najlepszy z nich jest chyba „atunku” (ratunku), który Zu wydawała regularne, kiedy towarzyszyłyśmy Oli na treningu taekwondoo. Nie, Zuzi nie przerażały ciosy apczagi, czy towarzyszące im okrzyki, Zu natomiast wchodziła na drobinkę gimnastyczną do samego jej końca, po czym wołała „atunku”, czekała aż ją złapię i postawię na podłodze, po czym operację powtarzała jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz i tak przez niemal godzinę.
Najsilniejszą zuzkową fascynacją jest obecnie motor. Zdeklasował nieco zwierzęta (szczególnie koty i psy) i samoloty (tak to jest, jak się mieszka pod korytarzem powietrznym). Zuza z najdalszej odległości wypatrzy motor, a obudzona z drzemki w wózku przez hałas silnika, nie obrusza się, tylko siada od razu przytomna i pyta, gdzie motor pojechał. I w ogóle życzy motorom jak najlepiej: jedną z ulubionych piosenek Zu jest „sto lat”, po odśpiewaniu jej parę dni temu, po „niech żyje nam” zapytałam tradycyjnie „a kto?”, Zu od razu wypaliła: Ola! i babcia! i motor, dla motora sto lat!

Zu przeżywa oczywiście bunt dwulatka w pełnym rozkwicie, a jednocześnie zaczyna się dawać jej pewne rzeczy wyjaśnić/ wyperswadować, co szczególnie cieszy Olę, która od kilku miesięcy coraz chętniej bawi się z siostrzyczką, a zabawy te trwają dłużej niż drzewiej i nie kończą się jakąś całkowitą rozwałką. Przy wspólnym rysowaniu kredkami, wycinaniu, malowaniu współpraca jeszcze idzie opornie – jakoś dziwnie często dziewczyny równocześnie potrzebują tej samej kredki/pędzelka/kartki i problem gotowy, przy zabawach bardziej dynamicznych układa się znacznie lepiej. Dziś dziewczyny po prostu rzucały sobie piłką i przez długie kwadranse panowała między nimi całkowita harmonia, zakłócana tylko ustalaniem, kto biegnie po piłkę, która poleciała gdzieś w bok – Ola decydowała (ja lecę/ty Zuziu lecisz) w zależności od stopnia przyczynienia do ucieczki piłki, Zu natomiast uznawała szukanie zaginionej piłki za świetną zabawę i niechętnie oddawała pola, tłumacząc siostrze: „ja lecę, ty Olu nie!”.

Zuzka śmiała i gadająca w domu, na swoim gruncie niezłomnie broniąc swego terytorium/klocków/piłek/itp. zmienia się w milczka w obecności innych dzieci na placu zabaw lub gdy przyjdą do nas goście. Po oswojeniu się (co czasem trwa wcale długo – jak z towarzystwem w parku) przestaje zachowywać się jak mały struś i wraca do łobuzerskiej normy. 

 



Zu uwielbia przesiadywać w samochodzie (wyłączonym rzecz jasna), bawiąc się w kierowcę wciskającego każdy możliwy przycisk. 






Ostatnio Zu nauczyła się wymawiać s na początku wyrazów, ale wcześniej, kiedy chciała coś zrobić samodzielnie, mówiła stanowczo: „Zuzia hama!” (równie fajne było, jak na obrazu sowa chowała się w dziupli – w wydaniu Zu to było: „howa chowa!”). A bardzo chce wszystko robić sama, co - jak można się domyślić - przedłuża każdą czynność co najmniej o połowę.

Ola oczywiście też się zmienia, ale nie tak szybko i nie zawsze już na naszych oczach. O ile od pani Karoliny dowiadujemy się ze szczegółami, jak Zu spędziła dzień, to w przedszkolu jest nieco trudniej, bo o 15.30, kiedy odbieramy Olę nie ma już pani Marty, a od pilnującej niewiele można się dowiedzieć. I potem przeżywa się różne zaskoczenia...

szóste urodziny panny O.
Kiedyś Ola szybko zniechęcała się do czegoś, co jej nie wychodziło, trudności ją podłamywały, cierpliwości niewiele. Sączyliśmy dydaktyczny smrodek, że powoli, że to na co się czeka, bardziej cieszy i takie tam – na próżno.
A teraz?
Razu pewnego, po jakimś przejęzyczeniu wspomniałam o łamańcach językowych, Ola szybko opanowała konstantynoplitańczykowianeczkę, ale stół z powyłamywanymi nogami za nic nie chciał jej przejść przez usta. Na nic tłumaczenia, że ma jeszcze mnóstwo czasu, by się tego nauczyć, że to trudne nawet dla starszych. Ola codziennie próbowała i po jakiś dwóch tygodniach wreszcie wystrzeliła. I jest z siebie dumna. I my z niej też. 

na otwartych dniach Zuza w olkowej szkole
Zaskoczyła mnie w czasie szkolnych dni otwartych, kiedy krążąc po szkole z koleżanką Oli Weroniką dziewczynki zdecydowały wstąpić do pani psycholog. Najpierw do biofeedbacku siadła Weronika, Ola czujnie obserwowała, a potem w czasie swojego badania była skupiona i dokładna, widać było, że chce dobrze wykonać zadanie i przyłoży się, żeby to zrobić. 

W końcu zapisaliśmy naszą małą córeczkę do pierwszej klasy (moje dziecko idzie do szkoły!!! – kiedy to zleciało?). Nie tylko dlatego, że w dwóch diagnozach szkolnych świetnie wypadła, ale też by uniknąć zamieszania pierwszego roku reformy i dlatego że Ola chce. 
A chce tego tak mocno, że aż nas to zaskoczyło: kiedy wróciłam z kwietniowego zebrania od razu powiedziałam Oli, że pani Marta ją pochwaliła, Ola natychmiast zapytała z zaskakującą dla mnie prośbą i nadzieją w głosie: to będę mogła pójść do szkoły?
Oby jej się tylko za szybko nie zmieniło...
Żeby nie było tak słodko, to uczciwie trzeba wspomnieć, że ta rozsądna i dzielna młoda dama wciąż ma wysoce osłabiający rodziców zwyczaj nieudzielania odpowiedzi na pytania, które jej zdaniem nie są bardzo istotne, a rodzicom po powtórzeniu tego samego po raz trzeci zaczyna ciśnienie rosnąć.

Jednocześnie jest bardzo pomysłowa (może nie odpowiada na nasze banalne pytania o jakąś kolację bo właśnie coś obmyśla?) i ma świetną wyobraźnię. Olcia właściwie się nie nudzi, zawsze sobie coś wymyśli, choć czasami jej koncepcje mnie zadziwiają. Ot, ostatnio wymyśliła grę planszową w szampon i łupież (tematyka to ewidentne pokłosie oglądania reklam po wieczorynce) – chodziło o to, kto pierwszy dotrze do włosów, Ola wyrysowała planszę na niewielkiej kartce, więc by gra się za szybko nie skończyła wprowadziła zasadę, że numery 1,5 i 6 się nie liczą i trzeba rzucać kostką dalej.

wspólne dzieło; podobne sukienki to nie przypadek a olkowa inicjatywa
Zaczyna też zdradzać przejawy ciekawego poczucia humoru; kilka dni przed urlopem wyrabiałam w pracy nadgodziny, a Maciek usypiał obie córeczki jednocześnie i przy czytaniu książeczki butlę z mlekiem usiłował wcisnąć w Olę zamiast w Zu. Ola ponoć spokojnie odsunęła przysmak siostrzyczki od siebie i lekko zrezygnowanym tonem oświadczyła: „tato, córki ci się pomyliły”.

I takie to one są.

A teraz krótka kronika od ostatniego wpisu:
Ostatnie (i jedyne) przed wyładowaniem akumulatorów w aparacie zdjęcie z Wielkanocy w Polanicy; w poniedziałek wielkanocny szusowaliśmy z Olą w Zieleńcu.

Długie oczekiwanie na wiosnę: Zu na spacerze z Mackiem - gdzież, jak nie na lokalnej stacji PKP...


Wizyta w Jutrosinie - Zuzka z dziadziem i wujkiem Sylwkiem, wyjątkowo cierpliwym dla wszędobylskiej Zu.

Poniżej - to nie kadr z przygnębiającego thrillera, a zdjęcie z majowego weekendu  - Błędne Skały:


I jedyny dzień ładnej pogody - w lądeckich lasach:


Trafem dziwnym dostałam czterodniowe szkolenie w Jastrzębiej Górze, które składało się z 2 dni wykładów ("poniedziałek: przyjazd uczestników, kolacja", "czwartek: śniadanie, odjazd uczestników" - wyimek z planu). Namówiłam więc mamę i pojechałyśmy razem z dziewczynkami już w sobotę wieczorem pociągiem. Było przeżycie, Ola wypróbowała łóżka na różnych poziomach, umywalkę ukrytą pod stolikiem, każdy wieszak i włącznik, Zu zafascynowana skakała po łóżku, patrzyła na uciekające światła za oknami i powtarzała: "pociąg! fajnie!, pociąg fajnie!" i tak do 0.30, kiedy wreszcie padła, po moich licznych zabiegach w celu uśpienia szkraba (w tym udawania snu, co jednak szybko skończyło się po wezwaniach Zuzy "mama, nie spij", wzmocnionych podciąganiem mych zamkniętych powiek do góry).


Wybrzeże powitało słoneczną, acz rześką pogodą.


A pod koniec nawet się ociepliło, ja się wyszkoliłam, nagadałam z współtowarzyszami niedoli z całego kraju, a popołudniami wracałam do mamy i dziewczyn i nie próżnowałyśmy:


Potem 4 dni w domu, wykańczanie (się) w pracy, szaleńcze pakowanie (zabawki, książeczki, kredki z temperówką, gry, butle, mleko, pieluszki, kremy, misie itd. itd. - aż dziw, że zmieściliśmy się w 3 walizki) i Kefalonia:

Góry schodzące wprost do morza, morze koloru szafiru, słońca w sam raz, pastelowe miasteczka, wolny czas, miły hotel, spokój i cisza (wieczorami tylko dzwonki kóz pasących się na pobliskich wzgórzach) i jeszcze grecka kuchnia. Wypoczęliśmy setnie, nabyliśmy się z dziećmi, nadrobili nieco zaległości w czytaniu, nawet na siłownię pochodzili (tzn. Maciek i ja).

Ola szalała w wodzie (zwłaszcza z nabytym na Dzień Dziecka dmuchanym delfinem, nazywanym czuje "Oli koleżką"), Zu zgadzała się zanurzyć tylko do kolanek, obie niestrudzenie robiły konstrukcje z piasku i codziennie po kolacji chodziły na mini-disko. Zaczęło się od Oli, a Zuzka tak się wciągnęła, że pod koniec, kiedy szliśmy w kierunku baru, gdzie odbywały się tańce, Zu oznajmiała, że chce tańczyć z dziećmi.

mini-disko
Zu robi przelewy
wdrapujemy się na zamek w Assos
dalej się wdrapujemy
moja słabość - drzwi
i a na deser - spinacze
Ola w charakterze piaskowego ludka

I jeszcze zapomniałam o róży w zębach: otóż jeszcze przed urlopem Ola dostała od kolegi z klasy Michała 2 rysunki wykonane z dużym zaangażowaniem świecowymi kredkami, ale nie w technice rzecz: jeden rysunek przedstawiał bruneta (Michał) trzymającego za rękę blondynkę, a w zębach mającego różę, na drugim zaś ten sam brunet jedną ręką trzymał tą samą blondynkę, w drugiej ręce dzierżąc róż cały bukiet, a z ust wychodził mu dymek o treści "kocham cie", dziewczynka miała w swoim dymku "ja ciebie też".
Odpadliśmy.