poniedziałek, 25 lutego 2013

od brokatu po męża, od ko-ko do kury


Bardzo długo już nie notowałam, za co cię, drogi pamiętniczku, bardzo przepraszam.
A zdarzyło się wiele.
Na początku grudnia przyjechali wszyscy nasi gliwiczanie. W ramach sobotniego spaceru pojechaliśmy do Ślęży oglądać różne starocie. Małe panny podeszły do tematu należycie i solidnie oglądały stare auta/motory/odkurzacze...
Fajnie było obserwować dziewczyny: Zosia, choć młodsza od Oli i w Olę zapatrzona, jest z reguły od niej śmielsza. Choć i Olcia się zmienia. Właściwie nie ma porównania z tą milczącym w towarzystwie maluchem z czasów przedprzedszkolnych. Ostatnio na basenie Ola fajnie zareagowała na rzucone przez jakąś panią w przestrzeń pytanie "gdzie tu się wychodzi"; mała samorzutnie powiedziała przez które drzwi i jeszcze je pokazała. 
Się nam dziecko ośmieliło.
Pewnie wpływ ma na to też przedszkole, Ola rozkwita pod opieką pani Marty. Szkoda, że tylko do końca tego roku - zdecydowaliśmy się na 99% posłać Olę do szkoły już od września. Do naszej decyzji Ola mimochodem przyłożyła małą rączkę - w teście kompetencji okazała się najlepsza z grupy, poza tym chce iść do szkoły, ale szkoda, że zostawi większość koleżanek i nauczycielkę.
Lekki wpływ na olkową chęć podjęcia edukacji szkolnej miała niejaka Oliwka. Oliwka chodzi z Olą na taekwondo, ma 10 lat, zielony pas i jest energiczna, wymowna i bodaj najlepsza z całej grupy. To obecnie idolka Olci, która stara się np. ubierać szybko, żeby wyjść razem z Oliwką. A skoro Oliwka powiedziała, że w zerówce nic się ciekawego nie działo, Ola przyjęła to za fakt ustalony.

Ola chętnie pisze (choć oczywiście, bez ó, rz, ch i fonetycznie - więc wychodzą stworzy typu: miut - miód, koham, itp.), coraz ładniej rysuje a przed świętami zaangażowała się bardzo w tworzenie ozdób choinkowych, najbardziej przykładając się do wycinania z masy solnej kształtów foremkami do pierniczków, potem te gwiazdki, serduszka, śnieżynki ozdabiała brokatem.
A że pomagała jej Zuza brokat był wszędzie. 

Banalne odkurzanie i mycie nie wystarczało - przez dłuższy czas niemal wszystkie podłogi w naszym domu lśniły i błyszczały.

A między świątecznymi przygotowaniami trafiły się nam podwójne-podwójne chrzciny: tego samego dnia byłam na chrzcinach bliźniaków Ewy jako chrzestna Milenki, a Maciek został chrzestnym Tymka. To niestety jedyne zdjęcie eleganckich świeżo ochrzczonych:


I Ola z nową koleżanką Tosią - w ramach zajęć w podgrupach:


A po świętach zostaliśmy w Polanicy i codziennie jeździliśmy do Zieleńca.


Ola miała codziennie godzinę nauki z instruktorem - my jako samouki nie chcieliśmy wpuszczać dziecka na manowce. Córeczka nas zaskoczyła: po 3 dniach na stoku pięknie zjeżdżała i nie spadała z wyciągu. Ola jeździ radośnie, acz bez szaleństw, polubiła narty do tego stopnia, że do auta chciała wsiadać z przypiętymi deskami. Ciekawam, jaki wpływ na olczyną sympatię do nart miały codzienne rytualne wizyty w barze na stoku/Orlicy, niezmiennie porcja frytek z keczupem i gorąca czekolada na zmianę z cytrynową ice tea.

 Tak czy owak efekty są - w czasie ferii, które również spędzaliśmy w Polanicy, Ola swobodnie zjeżdżała "koło kościółka". 


Ale jeszcze na początku stycznia odwiedziliśmy Magdę i Adama. Niewątpliwym gwoździem programu był występ Zosi i Oli: dziewczyny przebrały się, ustawiły krzesła w rząd, przygasiły światło i po krótkiej próbie wystawiły przedstawienie, które nazwałyby "wielka improwizacja", gdyby znały to słowo; rzecz jasna rodzice i siostra byli zrozumiale zachwyceni.


Akurat w Gliwicach jakoś Olci nie wpadły w oczy salony z sukniami ślubnymi, ale w czasie ostatniego spaceru wokół wrocławskiego rynku Ola co rusz przystawała i z zachwytem proporcjonalnym do ilości falban podziwiała ślubne kreacje. Z trudem odrywana od witryn snuła tematyczne rozważania. Nam najbardziej spodobało się, kiedy - w głębokiej zadumie - wyszeptała: ciekawe, za kogo wyjdę za mąż. 
Mnie jeszcze taka ciekawość nie zżera - lubuję się stanem bieżącym: córeczką już mądrą i wcale samodzielną, ale jeszcze tak mocno zżytą a rodzicami.
Inna rzecz, że życie uczuciowe sześciolatków jest złożone: w Oli kocha się Szymek (kiedy Ola chłodno skrytykowała jego fryzurę, kawaler zaczął nastawać na mamę, by zabrała go do fryzjera - dane od mamy), Ola w Aleksie, Aleks w Lenie, Lena w Michale...


Zima upłynęła pod nam z Mary Poppins - przeczytaliśmy wszytskie części. Lektura z tomu na tom była coraz lepsza, choć ja miałam ochotę wycofać się na początku drugiej części - bo jak wytłumaczyć 6-latce zdanie (cytat z pamięci): "sprzedawca lodów skierował sie do głównego wejścia, bo w domu admirała Buma nie było osobego wejścia dla dostawców i służby"?


Zuza przez zimę ruszyła z mową, pojawiają się różne interesujące zbitki wyrazów typu "niechce", ale jakoś nie przypominam sobie, żeby mówiła: chcę.
Skrócony słownik zuzowo-ludzki:
kacię - skaczę
baban - banan
pem - krem, czyli maść do pupki, którą Zu nauczyła się odkręcać i - co gorsza - wyciskać
piciu - picie/sok
mniam - pyszne, co szczególnie udanie wygląda połączone z masowaniem się po brzuszku i zadowoloną minką; Zuzi zasadniczo smakuje wszystko, ale zdziwiłam się, kiedy zdybałam ją na dojadaniu resztek kutii po Oli z komentarzem "mniam".
Zuzia/Zuzi - mała nie tylko opanowała już określanie domowników (ja ostatnio jestem "musią"), ale i radzi sobie z odmianą: zabawka Oli, czapka musi...
balom - balon
choć, idę
bacić - zobaczyć/patrzeć
krzecho-krzesło
obiad - obiad i ogólnie posiłek
kuko - kółko, Zu rozróżnia jeszcze trójkąt i kwadrat, ale nazwać umie tylko kółko, za to narysować też kreskę i kropkę, z tym, że kółko jest ulubione
dzidzia - dziecko
pami - pani i w ogóle osoba dorosła; według Zuzy ludzkość dzieli się na "dzidzie" i "panie"
gujec - guzik
i z tej samej serii: wujec - wujek 
czapka - wszelkie nakrycia głowy (Zu lubi sobie nałożyć np. pudełko na głowę i defilując wołając czapka)
buzia, oko ucho, nos
sija - szyja 
Zuza umie też pokazać inne części ciała (włosy, usta, plecy, zęby itd.), a słowem, które spowodowało któtkie zawieszenie Zuzanny było "kolano". Zuza mówi na nianię swą: Kola i jakoś zupełnie jej nie grało, że część nogi nazywa się Kola-no; na razie nie przyjęła tego do wiadomości.
talci - starczy
koniec
juś - już
też, albo: i też - kiedy coś wymienia
kuj-kuj - kiedy Zu bawi się w osę
gili-gili - kiedy łaskocze
pasiam - przepraszam
śpi
Zulka poszerzyła znajomość odgłosów zwierzęcych - oprócz standardowego hau, miau, ko-ko, doszły mu (krówka), bee (owca), hu (sowa), i-a (osioł), ha (koń, konie Zuzy chyba lubią się śmiać, nie robią kanonicznego i-ha-ha, a li i jedynie pojedyncze ha). Sport ten jest dość absurdalny, jako że ani konia, ani krowy, o ośle czy sowie nie mówiąc Zu nie widziała przez ostatnie pół roku lub zgoła w ogóle, ale przy oglądaniu książeczek jakoś się nauczyła, więc brniemy w to, zwłaszcza że Oli odpytywanie siostrzyczki sprawia wyraźną przyjemność.
Ale ostatnio Zuza nie mogąc się doczekać, aż nasz  ogród odwiedzi panigieniowa kura, chodziła od okna do okna wołając: kula, kula!
Zuzi udaje się układanie krótkich zdań. Bodaj pierwsze było: "tato, choć citać", potem usłyszałam: "nie ma paci" (nie ma pasty - dla Zuzy, uwielbiającej mycie zębów, poważny problem).

Nie mam jeszcze zdjęć z 4 dni z mamo-urodzinowego pobytu we Włoszech. Okrągłe urodziny mamy natchnęły brata mego do zorganizowania wyjścia do LaScalli oraz przyległości. Wyjazd piękny, ale mocno tęskniłam za moimi małymi szkodnikami.
Ola była dzielna, pomogła tacie naprawiać mojego laptopa


Zu też nie sprawiała większych problemów, ale na lotnisku strzeliła wielkiego focha - nie chciała się do mnie przytulić przez kilka minut. I ten wyrzut w pięknych oczkach...


Nie mam też zdjęć z przedwczoraj, kiedy wróciłam z pracy padająca ze zmęczenia  i zastałam Olę zostawioną rano w domu z powodu tragicznego kataru (Ola lubi podramatyzować: "nie mogę oddychać przez ten katar, będę się strasznie męczyć w przedszkolu") w trakcie szalonej zabawy z Zuzą: starsza uciekała trzymając jeden koniec wstążki, młodsza za nią z drugim końcem w łapce. Ola zaśmiewając się krzyczała "dorsz mnie goni"?!, Zu piszczała z uciechy.
Później Ola dawała Zuzi zadania do rysowania (Ola rysowała kształty, Zu miała kolorować), a potem nawet zdołały zgodnie usadowić się na sankach ciągniętych przez mamę przez śniegi do parku.
Poprzedni pobyt Oli z Zuzą pod opieką pani Karoliny (Ola zagorączkowała w Mikołaja, więc zamiast jechać z grupą na rewię na lodzie została w domu - Ola tak ma: nie choruje miesiącami i rozkłada się idealnie przed jakąś imprezą) nie przebiegał tak sielsko - Zuza irytowała się, jakby chciała powiedzieć: dzielę się z Olą rodzicami, zabawkami, jeszcze nianią mam się dzielić?
Ale teraz chwile zgodniej zabawy coraz dłuższe.
Krzepiące.