W sobotę Ola wróciła pełna wrażeń po dwutygodniowych wakacjach z dziadkami. Jak rok i dwa lata temu byli w Pogorzelicy, ale w tym roku po raz pierwszy przez dwa tygodnie. Niby niedługo, ale kiedy Olcia wysiadła z auta miałam wrażenie, że jakoś zmieniła się, wyrosła...
Przywitanie było entuzjastyczne, potem Ola obiegła ogródek i dom. Byliśmy ciekawi reakcji na przemeblowanie w jej pokoju i nie zawiedliśmy się. Już wchodząc po schodach córka zobaczyła zmianę, szepnęła "ojoj", a po wejściu do pokoju, krzyknęła "dziękuję mamusiu, dziękuje tatusiu" i ruszyła w tany. Szkoda, że obecne ustawienie mebli uznajemy za optymalne, bo coś takiego moglibyśmy oglądać częściej.
Nad pokojem Zuzy musimy jeszcze popracować, ale mała już na swój sposób cieszy się z nowych mebli, np. wchodząc do szafki z zabawkami.
Jako że domykamy urządzanie domu, co i raz coś przybywa; Zuza zauważa nowości i nawet stara się zwrócić naszą uwagę na rzeczy które się nagle pojawiły - z reguły nie jest świadkiem przywieszania, montowania - wolimy to robić, kiedy malutka śpi, bo za bardzo interesują ją śrubki i wyższe stopnie drabiny. Kiedy zobaczyła nową półkę, przypatrywała jej się długo i gadała po swojemu, póki i ja tam nie spojrzałam, naklejki na meblach Oli przyjęła inaczej - podeszła po kolei do każdej z nich i każdą poklepała.
A teraz Ola ogląda z Maćkiem olimpiadę, dopytuje się przy każdej konkurencji, czy startują w niej Polacy, jeżeli nie - pyta dlaczego. Nauczyła się (albo dziadkowie nauczyli) rozróżniać brytyjską flagę i jak zobaczyła zawodnika gospodarzy, stwierdziła: "królowa bardzo by się ucieszyła, jakby wygrał". Pewnie tak.
Zrobiła się z niej kibicka - wie z jakich dyscyplin mamy medale i wykłóca się, żeby pozwolić jej oglądać kolejną konkurencję (a tu coraz później).
Podobnie było przy Euro: na wyraźne życzenie córeczki nabyłam biało-czerwoną chorągiewkę, na mecz z Czechami wymalowałam jej policzki w barwy narodowe. Później Ola miała lekki problem komu kibicować, ale wybrała najlepsze rozwiązanie - kibicowała zwycięzcom. Dziecięcy kompletny brak lojalności najlepiej ujawnił się w czasie meczu finałowego: najpierw razem z Maćkiem trzymała kciuki za Włochy, ale już po pierwszej bramce przeszła na moją stronę i kibicowała Hiszpanii. A na koniec szczerze cieszyła się z wygranej swojego faworyta.
My nie jesteśmy zaciekłymi kibicami (właściwie to żadni z nas kibice), skąd ona to ma? Potrzeba uczestniczenia w czymś, o czym się tyle mówi (również w przedszkolu - to stamtąd Ola przyniosła pełną znajomość piosenki "koko koko euro spoko"), autentyczne zainteresowanie, przelotna pasja?
A Zuzce oczywiście obojętne, co tam leci w telewizji, ale lubi dorwać pilota i włączyć pudło.
Poza tym mała córeczka uprawia obecnie zupełnie nieolimpijskie sporty. Z wchodzenia po schodach na czworaka miałaby już medal w swojej kategorii wiekowej, więc próbuje schodzenia, ale przed nią jeszcze wiele treningów. Mistrzostwo osiągnęła we wchodzeniu na zjeżdżalnię od dołu do samej góry (podeścik wieży na wysokości 1,5 m), choć udaje jej się to wyłącznie na bosaka. Chcąc np. spokojnie powiesić pranie w ogrodzie, zakładam małej buciki, co spotyka się ze zrozumiałym brakiem entuzjazmu (ślizga się).
W ogóle moje wyobrażenie o zamontowanym 3 tygodnie temu placu zabaw było zupełnie nierealne - w moich oderwanych rojeniach dzieci sielsko bawiły się na tymże sprzęcie, a ja zajmowałam się ogrodem, zerkając na nie od czasu do czasu. Tymczasem Zuza na swoją bezpieczną huśtawkę reaguje tylko zniecierpliwieniem, zwykła huśtawka zajmuje ją na chwilę (tyle, ile obserwacja "co się stanie, jak w to pacnę"), piaskownica jest w stanie zająć małą na dłużej, ale nie zawsze; tym, co Zuzankę kręci najbardziej jest wzmiankowana zjeżdżalnia oraz drabinka na wieżę i na żadną z tych atrakcji nie mogę puścić Zuzy samej. Chwasty mają się więc bardzo dobrze.
Inna rzecz, że sprawność Zuzy nas rozbraja. Podobnie, jak fakt, że już coraz więcej rozumie i powtarza niektóre słowa po swojemu. Zuza umie różne sztuczki (gdzie masz nosek, uszko, brzuszek, nogę, podnieś rączki do góry, zrób pa pa, zrób halo), ale w ciągu ostatniego miesiąca skoczyło rozumienie: kiedy mówię "ubieramy buty", Zuza przybiega, siada i wyciąga nóżki do przodu, jak słyszy słowo "samolot" zadziera główkę do góry i patrzy w niebo. A kiedy usłyszała, jak mówię "kosi", zaraz złożyła rączki do kosi-kosi-łapci (a to było tak: Ola zapytała, gdzie jest tato, ja jej odkrzyknęłam "kosi trawę").
Córeczka nie ma szczególnego upodobania do oglądania książeczek z obrazkami, ale czasem siadamy i jej opowiadam, co tam na rysunku; śmiesznie było, kiedy pokazałam kocura i powiedziałam "to jest kotek" - na słowo "kotek" Zuza od razu popatrzyła w stronę miejsca na tarasie (wówczas akurat pustego), gdzie uwielbia się wylegiwać nasza Kocurka, zwierzę na obrazku jej nie interesowało.
Kilka razy udało jej się wyartykułować całe "cześć", a osiągnięciem ostatniego weekendu jest reagowanie na wszystkie psy entuzjastycznym "au" (skrót od hau). Na koty też woła "au", bo nie wymawia "m" i w związku z tym - ku mojej wielkiej boleści - nie mówi "mama". W sumie po co ma mówić, skoro mama ciągle jest? Ciekawam, czy mój powrót do pracy zmieni ten stan rzeczy?
Kilka razy udało jej się wyartykułować całe "cześć", a osiągnięciem ostatniego weekendu jest reagowanie na wszystkie psy entuzjastycznym "au" (skrót od hau). Na koty też woła "au", bo nie wymawia "m" i w związku z tym - ku mojej wielkiej boleści - nie mówi "mama". W sumie po co ma mówić, skoro mama ciągle jest? Ciekawam, czy mój powrót do pracy zmieni ten stan rzeczy?
Poza tym Zuza ma silną fazę naśladowania - przykładanie telefonu, czesanie się to sztuczka sprzed paru tygodni, ostatnio towarzyszyła mi przy malowaniu paznokci - wzięła wacik i z zaaferowaną minką zaczęła sobie jeździć po pazurkach i zmywać lakier, którego nigdy tam nie było (ale na fali fascynacji tym, co ja robiłam udało mi się bez protestu skrócić wszystkie małe pazurki); malutka potrząsa butelką z mlekiem, bo ja tak robię (co by rozpuścić mieszankę, ona już nie musi), itd. itp.
Zuzanna, choć taka mała, ma już swoje przyzwyczajenia - drzwi na dole muszą być domknięte (jak tylko widzi, że nie są, drepcze i dopycha, aż będzie jak ona chce), podobnie klapa zmywarki.
Może będzie porządnicka, a chwilami jest nie do opanowania, np. nauczyła się błyskawicznie ściągać pieluchę, więc ubieranie jej przypomina teraz zawody w zakładaniu bodziaka/spodenek na czas (co by nie mogła sięgnąć do rzepów).
Zu polubiła zapalanie światła - do wyłącznika sięga z przebieralnika i w łazience, gdzie stoi stołeczek do umywalki: przyciąga go do ściany, wchodzi i robi pstryk.
Zu polubiła zapalanie światła - do wyłącznika sięga z przebieralnika i w łazience, gdzie stoi stołeczek do umywalki: przyciąga go do ściany, wchodzi i robi pstryk.
Pod nieobecność Oli pojechaliśmy do Polanicy na imieniny babci Ani, weszliśmy na Igliczną, trochę pobłądziliśmy schodząc (ale w pięknych okolicznościach przyrody).
Ola była dziś 3 godziny w przedszkolu (ja poszłam z Zu na szczepienie, ciekawa rzecz - mała nawet nie pisnęła, o płaczu czy krzyku nie mówiąc) i uskuteczniła z Grzesiem i Asią intrygujące zajęcie terenowe: zoo dżdżownicowe. Kiedy poprosiłam, żeby opowiedziała mi o tym coś więcej, zaczęła: "znaleźliśmy 6 dżdżownic i wyznaczyliśmy taki obszar...". Wyznaczyli obszar - ładnie się dziecko wysławia (a potem ogrodzili patyczkami, nasypali trawy, wpuścili dżdżownice i polali wodą z konewki).
Ola na zmianę zaskakuje nas jakimiś dziwolągami językowymi i całkiem dorosłymi tekstami: "szczerze powiedziawszy" zaczęła jakąś odpowiedź, a podjadając masę do ciasta oceniła: "niezłe".
Niezłe są te córki, szerze powiedziawszy.