czwartek, 19 lipca 2012

Orawa


Jak Ola usłyszała, że jedziemy w Beskidy, zaraz zaczęła się dopytywać, co to jest ta kida i czemu te góry są bez kidy. Trzeba było do razu mówić, że jedziemy na Orawę. Ale że jakoś nie szło mi zabieranie się do przewodników, w temacie "Orawa" byłam zielona, Beskidy wydawały mi się bezpieczniejsze.
Teraz o Orawie wiem nieco więcej, ale i tak wydaje mi się czasami krainą z innego świata. I rzecz nie tylko w tym, że historia zasiedziałych tam pokoleń sięga dalej niż '45 r. (mieszkaliśmy u gospodarzy, których nazwisko przewijało się w przewodnikach - ich praprzodkowie plątali się po historii Zubrzycy już w XVIII w.). Uderzyła nas wszechobecna gwara i piękna umiejętność tamtejszych - przełączanie się w sekundę z rozmowy w gwarze ze swojakami na zwykłą polszczyznę - z nami. Oli udzieliło się nasza fascynacja; postanowiła się zapoznać z nieznanym i co jakiś czas pytała nas (piękna jest wiara dziecka we wszechwiedzę rodziców): "jak jest ...(cośtam)... po góralsku?".
I obyczaje (niektóre) jakby trochę inne, np. ksiądz odwiedzający w pierwszy piątek wiekową teściową gospodyni, zagaił rozmowę w te słowa: "i jak wam tam babko jest?", a nasza przemiła gospodyni (skądinąd żona nauczyciela fizyki, posiadaczka konta w mbanku i adresu email) opowiadała całkiem serio, że jak się dziecko przestraszy, to najlepiej obciąć kosmyk, podpalić i okadzić malucha - jej wnuczkowi pomogło...
Folklor. A że pani miała jeszcze kaczki, gęsi, indyki, owieczki i byczka, to córeczka zobaczyła jak wygląda taka prawdziwa wieś - nie to co nasza. Zdarzały się jeszcze stare domy z charakterystycznymi ozdobami, stada owiec i krów, ale Olę najbardziej interesowało, co się dzieje w "naszym" gospodarstwie.



Olę najbardziej kusił strumyk, w którym brodziła niczym czapla, z kolegą Adasiem, albo bez; Zuzi do pełni szczęścia wystarczała furteczka między ogrodami - Zu potrafiła nieskończoną ilość razy otworzyć, przejść, zamknąć, otworzyć, przejść, zamknąć, otworzyć...



Ale choć było tam miło, huśtawka huśtała, plac zabaw kusił, strumyk szemrał pod świerkami, to niemal codziennie ruszaliśmy gdzieś przed siebie.

popas w przyzamkowym parku

Na pierwszy ogień poszła Sucha Beskidzka z zamkiem noszącym szumny przydomek "małego Wawelu"; nie udało się nam sprawdzić prawdziwości tego epitetu, bo instalowała się tam właśnie ekipa telewizyjna i dostępnych było raptem 5 sal, w tym 2 zajęte na ekspozycję narzędzi tortur, czego woleliśmy Oli nie pokazywać. Szybko zrobiliśmy rachunek sumienia - czy nie unikamy w rozmowach z córą trudnych tematów; doszliśmy do wniosku, że nie unikamy i że nie musimy w ramach przedstawiania nieupiększonego obrazu świata pokazywać jej madejowego łoża.



Na drugi ogień poszła trasa z Krowiarek do schroniska Na Markowych Szczawinach. Jeżeli dobrze odczytaliśmy z mapy - jakieś 11 km w obie strony, ale ciągle w lesie i przy niewielkiej stromiźnie. Ola zdecydowaną większość trasy pokonała na nogach i ogólnie była bardzo dzielną turystką.



Na wyobraźnię i zapał Oli podziałało, że mieliśmy konkretny cel - prawdziwe górskie schronisko. Pogoda dopisywała, Zuza podrzemywała w nosidle, ptaki śpiewały, liście się soczyście zieleniły, a myśmy kontemplowali fantazję osób nadających nazwy mijanym obiektom:



Był jeszcze Szumiący Potok (albo Szumiący Strumyk)...
W schronisku zjedliśmy posiłek godny prawdziwych turystów i po tej samej trasie powędrowaliśmy w dół, robiąc postoje przy każdym niemal strumyczku przecinającym szlak (Ola nie wytrzymywała, jak nie zamoczyła przynajmniej rąk). To był świetny dzień, a wytrzymałość Oli i cierpliwość Zuzy wielce nas ucieszyły; śmielej zaczęliśmy snuć plany wyjazdów w niewysokie góry.



Zuza w nosidełku wzbudzała spore zainteresowanie, a kiedy na innej wyprawie szliśmy przez Zawoję jedna pani była gotowa biec do domu po poduszkę, "bo maluch nie ma gdzie głowy oprzeć". Serdeczność pani nas wzruszyła, ale nie skorzystaliśmy.


 Na trzeci ogień poszedł skansen w Zubrzycy - duży i wciągający; ja lubię takie i myślę, że i dla Oli (dla Zuzy kiedyś też) to jedna z lepszych rzeczy do zwiedzania: autentyczne, ciekawe i można pobiegać.



Nas też ruszyło - wszystkie eksponaty to prawdziwe budynki z całej Orawy - uświadomiliśmy sobie, że 60-70 lat temu zdarzały się kurne chaty bez kominów, z miejscem dla zwierząt w "czarnej izbie", klepisko, tak mało sprzętów i rzeczy, ciasno i skromnie, a przy tym zmyślnie i ładnie; żeby mieć olej, trzeba było mozolić się w olejarni, w foluszarni wykańczano grube płótno. Nie wiem, ile razy powtórzyliśmy Olci "zobacz, kiedyś było tak, a teraz jest łatwiej..."

W drodze do zamku w Niedzicy mieliśmy niespodziewany postój:


Zamek ciekawy, acz niewielki, malowniczy i bardzo zamkowy - dziedzińce i przejścia, wieże, okienka strzelnicze, lochy, sypialnia z baldachimem i zbroje.

 

Ale największą frajdę Oli sprawił godzinny rejs po Jeziorze Czortyńskim, w czasie którego Ola spokojnie podziwiała pienińskie panoramy, a rodzice na przemian biegali po wszystkich schodach za Zuzką, która żadną miarą nie dawała się przekonać do bardziej konwencjonalnego sposobu korzystania ze statku.


W skansenie kolejowym w Chabówce zaoszczędziliśmy na przewodniku - Maciek na zawołanie objaśniał dowolne urządzenie (wraz z rysem historycznym) i to jeszcze tak, żeby mały oglądacz zrozumiał i się wciągnął.Ola oglądała, zadawała przytomne pytania, biegała między lokomotywami, wagonami, pługami wirnikowymi, wózkami na węgiel itp. z zapałem, o który bym jej nie podejrzewała, w czasie pikniku na trawie zrobiła przerwę na zbieranie kwiatków do wianka i dalej wspinała się na parowozy.




Potem jeszcze Rabka i świetny plac zabaw w parku, Ola raz po raz wdrapywała się na mini ściankę wspinaczkową i sznurową pajęczynę, odbijając sobie trochę rozczarowanie naszym katarzyńskim placem zbaw, który po całkowitej przemianie (wymiana wszystkich sprzętów) - zdaniem Oli - "nadaje się tylko dla maluchów".

Obiecaliśmy córeczce, że pojedziemy na basen ze zjeżdżalniami, ale wcześniej jeszcze pociągnęliśmy na wycieczkę po górach. Zrobiliśmy małą pętlę wokół Czatoży; Olcia była rozczarowana brakiem wyraźnego celu wyprawy, chodzenie w kółko po górach do niej jeszcze nie do niej nie przemawia (tzn. doceniała i kwiecie na łące i świerszczy cykanie i ptasie trele, ale żądna była punktu kulminacyjnego).

 

Atrakcją Zawoi Czatoży jest tzw. dzwonnica loretańska - zabytek o tak znikomej widowiskowości, że gdyby nie solidna tablica informacyjna, trzy razy byśmy minęli i większej uwagi nie zwrócili. Po czasie pogratulowaliśmy sobie, żeśmy tejże budowli nie wskazali dziecku, jako celu naszego wędrowania.

Z basenu w Bukowinie Tatrzańskiej zdjęć nie mamy, a trochę szkoda, bo to pierwsze doświadczenie Zulki w takim miejscu. Ola to stara wyjadaczka basenowa (jakkolwiek dziwnie to brzmi) pokazywała, jak świetnie nurkuje i pływa na plecach i x razy zjechała ze zjeżdżalni - długiej pokręconej rury, całkiem ciemnej, w której raz na kilka sekund zapalało się kolorowe światełko. Zjeżdżając pierwszy raz spodziewałam się, że córeczka zlękniona ciemnością chwyci się mnie mocniej, czy coś zawoła niepewna, a Ola kiedy tylko po chwili ciemności rozbłysło kolorowe światełko, krzyknęła "hurra" i lekko przyspieszyła.
Okrzepła; wydaje mi się, że jeszcze rok temu zjazd w ciemności nie wywołałby ani krzyny entuzjazmu.

Podsumowując: wakacje udane.



Jeszcze zdjęcia z czerwcowych domowych pieleszy:



Nasza już całkiem zadomowiona, czy może zaogródkowana kocurka, która w czasie naszych wakacji nad morzem powiła 2 kocięta w naszym ogrodzie. Niestety kocią rodzinę dane nam było z bliska oglądać tylko jeden wieczór, bo z nadgorliwości zaniosłam im stary ręcznik jako kocyk dla maleństw, co ewidentnie oburzyło kotkę, bo zabrała maluchy (pyszczkiem trzymając za kark) i wyniosła się do pani Gieni. Ola była niepocieszona.

Jeszcze przed wyjazdem zakończenie roku w przedszkolu, na którym maluchy zaprezentowały wszystkie tańce, których uczyli w tym roku (nie wiedziałam, że Ola tańczy passo doble), potem dyplomy i piknik w przedszkolnym ogrodzie. W przyszłym roku wszystkie dzieci trafią do oddziału przedszkolnego w szkole, więc tegoroczne zakończenie było prawdziwym pożegnaniem z przedszkolem.
Było dobrze, choć nie idealnie - zdarzały się sytuacje, które nas osłabiały, ale najważniejsze było, że Ola autentycznie lubiła chodzić do przedszkola, choć trzeba było rano zrywać się z łóżka, a relacje w grupie rówieśniczej nie zawsze układały się sielankowo. Za to początek uspołeczniania się w większej gromadzie mamy odhaczony. Jasnym punktem była pani Ania - energiczna i uważna, kumpelska, ale wymagająca, no i traktująca swoje przedszkolaki jako zbiór indywidualnych osóbek, nie jako jednorodną zbiorowość. Od niej dużo dowiadywaliśmy się o olkowych przedszkolnych przeżyciach (inne panie były mistrzyniami w mówieniu "dziś wszystko było w porządku" i koniec kropka).



I jeszcze Zuzanki kroczki:



Mała panienka ma już rok i miesiąc, chodzi coraz śmielej i coraz więcej rozumie. Nawet kilka słów posiadła. Niestety, słowo "mama" jeszcze nie przeszło jeszcze przez małe usteczka - oboje rodzice to po prostu "tata". Natomiast bez większego problemu opanowała imię siostry (z tym, że w zuzkowym wydaniu brzmi to "ala"). Słodkie jest "cze" wygłaszane, kiedy się witamy z Zulką i mówimy cześć; Zuza podaje rączkę i produkuje się werbalnie. I jeszcze ładnie macha rączką na pożegnanie, czasami dodając "pa, pa". I umie podnieść ręce do góry, jak się ją o to poprosi. Ale kiedy ładnie proszę, żeby pokazała nosek, uparcie dotyka swoich ust.
Wie, co to skarpetki, butki... i - co symptomatyczne - telefon (któregoś dnia poprosiłam, żeby przyniosła mi telefon, podeszła do kanapy, chwyciła aparat i mi go dotransportowała); czasem bierze telefon, przykłada sobie do ucha, zdarza się, że powie "alo".