czwartek, 21 czerwca 2012

roczek, morze i kroczki

Cały pochmurny Dzień Dziecka spędziliśmy w drodze nad morze. Od połowy drogi było trudno: Zu nie chciała jeść, zwymiotowała, a na koniec popasu i wsadzanie jej do fotelika reagowała rozpaczliwym płaczem. Żeby nie męczyć dzieci ponad miarę pod koniec dnia mama pruła po A1 (160 km/ha to szczyt mojej wytrzymałości nerwowej), a babcia przesiadła się do tyłu w wąskie miejsce między dwa foteliki i zabawiała nieletnie.
Pomorze przywitało nas chłodno - przez pierwszy tydzień temperatura oscylowała koło 15 stopni. Spacery po plaży siłą rzeczy skróciły, ale Zuza sobie nie krzywdowała:


A w Olę po przyjeździe w nowe miejsce wstąpił inny duch, co objawiło się - przejściową niestety - wyjątkową dbałością o czystość najbliższego otoczenia. Otóż Oleńka po zdjęciu butów po spacerze zauważyła górki piasku, które wysypały się z jej pantofelków. Bez słowa udała się po szczotkę i zmiotkę i pozmiatała podłogę.Wprawdzie w czasie naszego pobytu nad morzem więcej taka akcja się nie powtórzyła, ale w domu już ze dwa razy łapała za odkurzacz. Ciekawam, co z tego będzie, bo Ola dotychczas z reguły bywała doskonałym generatorem chaosu, z trudem namawianym do sprzątania. A może to ten moment, kiedy tysiąckrotnie powtarzane prośby zaczynają dawać efekt? Byłoby to coś, co rodziców pocieszy, ponieważ od kilku miesięcy Ola nie jest zbyt skłonna do współpracy i każdą niemal prośbę trzeba powtarzać parę razy.


Nieplażową pogodę wykorzystałyśmy na wycieczki. Najpierw Hel i fokarium.



Wprawdzie nie zdążyłyśmy na karmienie, ale za to zobaczyłyśmy przepychanki stadne sytych fok: przewodnika stada, który samotnie leżał na sporym cyplu i oburzonym fukaniem reagował, kiedy inne foki chciały się wdrapać i ułożyć obok, młodego pana foka, który mimo to ponawiał próby sjestowania na cyplu, zwinne panny foczki, które z daleka przyglądały się przepychankom samców.



Gdańsk - cel naszej kolejnej wycieczki - oferował zgoła inne atrakcje.



W kościele św. Brygidy, gdzie zaciągnęła nas babcia ciekawa bursztynowego ołtarza (rozczarowujący), ja pociłam się, próbując przybliżyć dziecku czasy ancient regimu.



Potem Ola skarmiała gołębie resztkami bułki z nie byle jakiej piekarni (p. Pellowskiego, który woził pieczywo strajkującym stoczniowcom). Świadome bagażu historycznego gołębie pochłaniały okruszki z należytą uwagą.



Ponad wszelkie Gdańska atrakcje Oli najbardziej spodobała się fontanna z Neptunem. Nieopatrznie zaczęłam snuć opowieść o Neptunie władcy mórz i już po krótkiej chwili, kiedy wyczerpał mi się repertuar wiadomości o Neptunie, stwierdziłam, że trzeba odświeżyć wiedzę. Zresztą podobna refleksja naszła mnie w drodze nad morze, kiedy przejeżdżaliśmy koło Kruszwicy i w czasie opowiadania legendy o Piaście Kołodzieju, zawiesiłyśmy się obie z mamą, próbując przypomnieć sobie, jak miał na imię syn rzeczonego Piasta. Pomógł dopiero telefon do przyjaciela (a konkretnie brata).



Potem nastąpiło kilka trudniejszych dni, podczas których górna lewa jedynka Zuzi torowała sobie drogę na świat. A że górne jedynki okazują się być niezłymi łopatami (geny to potęga) torowanie to nie było łatwe. Czymś, co uśmierzało płacz było śpiewanie, ale nie byle czego - radę dawał tylko kolonijny przebój "jesteśmy jagódki, czarne jagódki", a próba przejścia na jakiś bardziej dorosły repertuar kończyła się z reguły płaczem ząbkującej, więc "jagódki" śpiewane były niezliczoną ilość razy.
Przy okazji Ola ustaliła, że Zuza ma ząbki podróżniczki - coś w tym jest: pierwszy pojawił się w Polanicy, drugi w Krakowie, trzeci nad morzem.


 A jak już Zuzance poprawił się humor, ruszaliśmy na długie spacery po plaży. Zuza była autentycznie uszczęśliwiona ilością piasku do przewalenia oraz bliskością tego niebieskiego szumiącego, z czym chciała zapoznać się bliżej. I wtedy w sukurs mamie ratującej małą przed pomoczeniem w lodowatej wodzie przychodziła starsza siostra zabawiając malutką.
Zuzkę jakoś nie zachwycały spacery w chuście (choć z reguły w niej zasypiała) i znacznie bardziej zadowolona była, kiedy chusta wspomagała huśtanie.



A w weekend  naszą skrajną północ odwiedził Jarek z chłopakami - w drodze na mecz Hiszpania-Włochy.



 Potem wreszcie zawitało słońce:



A kiedy znowu pogoda miała się psuć, ruszyłam z Olą, żeby spędzić popołudnie w Gdyni, zostawiając Zuzę z babcią Anią.



W planach był "Dar Pomorza" i oceanarium, ale Oli zwiedzanie żaglowca tak się spodobało, że sama zaproponowała, żebyśmy obejrzały i kolejny okręt - Błyskawicę, choć to surowy wojenny niszczyciel.

 

Na "Darze Pomorza" było więcej wyposażenia przemawiającego do wyobraźni (koje, kajuty oficerów, mesa, kuchnia pokładowa itd.), ale i na Błyskawicy obok makiet bitew morskich, gablot z bronią, znalazło się coś, co nas zachwyciło: telefon - tuba (z maszynowni na mostek, itp.):



 Po dwóch statkach obiecana pizza (zacieramy wspomnienia po fatalnej pizzy w Gdńsku). Czekając Ola zdaje tacie relacje, a potem podkarmia wróbelka:



W drodze do oceanarium:



Być może dla przyszłych marynarzy "zakład prawa rolnego instytutu prawa cywilnego" brzmi równie egzotycznie, jak dla mnie "katedra manewrowania statkiem".

W oceanarium żądne dobrego widoku dziecko co i rusz wskakiwało mamie na barana i jeszcze prosiło, żeby czytać jej wszystkie napisy. Zwiedziłam więc całość bardzo dokładnie i dowiedziałam się np., że pani ryba sanitarek jakiśtam może zmienić się w pana rybę, jak w stadzie zabraknie samca. Jaka ta przyroda przebiegła...

A potem już tylko plaża, spacery




I powrót, który szczęśliwie Zuza w większości przespała.

A rzutem na taśmę dwa dni później spóźnione urodziny Zuzanki. Córeczka ma już roczek!
Zu testuje nowy ręczniczek:

Zu przymierza się do dmuchania świeczki:


Zu karmiona urodzinowym ciastem przez Olę (to akurat zdjęcie sielskie, bo są jeszcze takie, na których siostra trzyma kręcącą się solenizantkę za czoło i ładuje ciacho).


A potem popołudnie w ogrodzie: bule, konewki i uściski:


Roczna panna pokazywała, co potrafi - a potrafi zrobić kilka kroczków; dotychczasowy rekord to 10. Jeszcze nie można powiedzieć, że mała chodzi, ale jest na najlepszej drodze.


Ogłoszenia różne:

Ola - jak już się wcześniej rzekło - jest pilną słuchaczką prognoz pogody; kilka dni temu po wysłuchaniu prognozy spytała: "co to jest Małopolska?", odpowiedziałam, Ola pociągnęła temat: "a gdzie jest Dużopolska?". 
Dobrze kombinuje.
A patrząc na pojawiające się opady ocenia: "to będzie deszcz przelotny".

A z wczoraj: Ola przejęta tym, że idzie do przedszkola przy szkole, prosi, żeby jej opowiadać o tym, jak ja byłam w szkole. Wspomniałam o tym sąsiadce, na co Ilona przytoczyła pytanie Sabinki z tego samego cyklu, ale ze szczególnym smaczkiem: "mamo, w jakie gry na telefonie grałaś jak byłaś mała?".